Dwa światy/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dwa światy
Pochodzenie Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII.

Gdy doktor Greber z Aleksym Drabickim zajechali przed ganek zamku w Karlinie, choć to już nie było tak bardzo rano, znać spali tam wszyscy jeszcze, bo znaku życia widać nie było; służący tylko, postawiony na straży przez Juliana, wprowadził zaraz do niego przybyłych. Pierwszy to raz Aleksy znalazł się przypadkowo wciągnięty w sferę zupełnie sobie nieznaną, i jak zwykle jemu podobni, uczuł przestrach niewytłómaczony, pochodzący z miłości własnéj, obawiającéj się zadraśnięcia. Poważny ów zamek stary, mnogość sług, oznaki państwa i arystokracyi wypiętnowane wszędzie, przykro odbiły się w człowieku przywykłym do równych sobie, lub do niższych, z któremi czuł się zupełnie swobodnym. Pożałował w progu, że się dał wciągnąć do tego domu, którego drzwi, w przekonaniu swojém, nie powinien był przestąpić. Ale cofać się nie czas już było; doktora i jego, po wschodach wysłanych dywanem, wprowadzono na pierwsze piętro bocznego skrzydła, do mieszkania pana grafa, jak go nazywali słudzy po swojemu.
Wszystko to dla ubogiego szlachcica, co się urodził i żył pod słomianą strzechą, było zdumiewającém i zdawało się zbytkowném. Sama budowa tak obszerna, marmurowe wschody, kobierce po nich porozrzucane, drzwi przyozdobione bronzami, przedpokoje pełne kwiatów i mieszkanie Juliana, istotnie z gustem i przemysłem sybaryty i wytwornisia urządzone. Okna téj części pałacu wychodziły na ogród i światła dawały mało, obicia stare ale pięknie zachowane, przyciemniały jeszcze wnętrze, które było zastawione mnóstwem kosztownych sprzętów starych i nowych. Ściany pokrywały obrazy w ramach złoconych, wybornego pędzla, portrety familijne, flamandzkie i holenderskie, arcydzieła kolorytu i cierpliwości, pejzaże stare z wielkim wybrane smakiem, zwierciadła ogromne, świeczniki i misterne półki pełne zabytków drogich, ciekawych i pięknych.
Po wszystkich kątach stały kanapki różnych kształtów, wzywając do spoczynku, do wygodnego wyciągnienia się po obiedzie, do położenia na drzemkę, zdając się być wymyślnie zastosowane do najdziwniejszych potrzeb rozpieszczonego, schorzałego ciała, szukającego ulgi w zmianie gnuśnych położeń. Były tam szezlągi, fotele, kozetki, fatersztule, woltery, berżerki, niziutkie i wysoko-poręczowe krzesła, na huśtawkach, na kółkach, na sprężynach, sofy, sofki, podnóżki, nietylko ze śmieszną troskliwością o wygodę dobrane, ale przyozdobione pięknie gobelinami, bronzami, snycerszczyzną. Pod nogami ich rozpościerały się skóry niedźwiedzie i dywany.
Z pierwszego pokoju, który stanowił wstęp do apartamentu, weszli do saloniku, któregoby się żadna nie powstydziła elegantka, świeżuteńkiego, pełnego cacek, udrapowanego, pachnącego i przybranego w najwyszukańsze kwiaty. Tu Aleksy uczuł się jeszcze bardziéj nie swój, zmieszany na widok rzeczy tysiąca, których ani użytku, ani ceny nie umiał odgadnąć.
— Do czego to im wszystko służy? — pomyślał — ile w tém grosza, którego lepiéj użyćby można? czyż człowiek wykształcony bez tych znikomych drobnostek, bawiących oczy dziecinne, obejść się nie może? Czy ten rodzaj życia, o którym powiadają ich sprzęty, nie wyciąga z nich siły, i nie czyni ich, czém są: lalkami drżącemi od strachu za każdym silniejszym wiatru powiewem? Kto. z nas dwóch jest w błędzie? czy ja, co się bez tego obchodzę, czy on, co żyć bez nieznanych mi potrzeb nie może?
Nim gospodarz nadszedł, usiedli w krzesłach i Aleksy poczuł, chwilę spocząwszy, że łatwo się było można do nich przyzwyczaić. Doktor wyciągnął się wygodnie, bez ceremonii, a czując się potrzebnym, daleko też okazywał się śmielszym; zresztą, dla niego nie były to rzeczy nowe. Właśnie zabierał się już prosić o herbatę i cygaro, gdy Julian zbudzony wbiegł, zawiązując jeszcze chustkę, w rannym surduciku aksamitnym, ubrany starannie, ale blady i z oczyma zaczerwienionemi. Spojrzał na Aleksego i naprzód ścisnął jego rękę, cicho mu dziękując za przybycie, potém dosyć zgóry i protekcyonalnie powitał doktora, który zachowując swój tonik, umiał go z nadskakującą pogodzić grzecznością.
— Bardzom panu wdzięczén, żeś był łaskaw przyjechać — rzekł szybko — przynajmniéj uspokoisz mamę...
— Ale jakże się ma pani pułkownikowa?
— Wczoraj, jak mi mówiono, miała jakieś silne uderzenie do głowy... późniéj trochę dreszczu i gorączki... późniéj z północy już niespokojnym snem usnęła; siostra moja jest przy niéj... jak tylko się przebudzi, kazałem dać znać o panu... Jeszcze nie mogę ochłonąć z przestrachu, jakim mnie to nabawiło...
To mówiąc, zadzwonił Julian, i wbiegł w pięknéj liberyi służący, któremu kazano podawać śniadanie. Aleksy w duchu powiedział sobie, że natychmiast po niém wyjedzie, nie widząc się wcale potrzebnym, a obawiając być poczytanym za natręta.
— Jakżeś ty dobry i poczciwy, mój drogi Aleksy, żeś do mnie przyjechał — zawołał, obracając się ku niemu Julian — obawiałem się, żebyś wprost do Żerbów nie popędził...
— I gdyby nie ja, byłby to zrobił — rzekł doktor — ale sądząc, że pułkownikowa bardzo chora, namówiłem pana Drabickiego, żeby w takiéj chwili swéj pomocy nam nie odmawiał. Pan sam jeden...
— Dzięki Bogu, mamie nie jest tak źle, o ile miarkuję — przerwał Julian — ale kolega i dobry przyjaciel to zawsze najmilszy gość w domu, jeszcze dla mnie, com go tak dawno nie widział.
Doktor, który wszystko uważał, chcąc zbadać, jaki ich łączy stosunek, zastanowił się nad tém wyrażeniem.
— Jakto? — spytał.
— A tak, bo kochany kolega, mieszkając od tak dawna o miedzę ode mnie, o czém nie wiedziałem, nie był nawet w Karlinie; byłbym go uprzedził, alem się nie domyślał, że dla wsi wyrzekł się swoich marzeń młodzieńczych.
Greber spojrzał na obu, chciał się dobadać powodu tak długiego niewidzenia i nie zrozumiał go. Aleksy do reszty był onieśmielony tém, co go otaczało i umilkł. Julian w karczmie na popasie, a Julian występujący jako gospodarz tego feudalnego zamczyska, wcale mu się różnie wydawali; pierwszy go nie odstręczał, drugi już w nim obudzał jakąś instynktową obawę. Biedny szlachcic potrzebował czasu, ażeby się oswoić z tém, co go otaczało, nie miał wprawy w to życie nowe.
Podano nareszcie śniadanie wniesione przez kilku ze służby na ogromnych srebrnych tacach, podane z wykwintem i starannością domu od wieków zasposobionego, w którym na wszystko były prawidła i tradycye, nawet na sposób krajania chleba, który przyniesiono obwinięty w białą serwetę. Tu znowu nieznany dotąd zbytek zastanowił Aleksego. Tyle tam było rzeczy niezrozumiałych dla niego, niewiadomego mu użytku, a widocznie na coś dla tych ludzi potrzebnych; tyle zagadek dla człowieka, co tylko najprostszy wyraz życia pojmował! Śmieszno powiedzieć, ale Aleksy wpatrywał się osłupiały w ten niezliczony dobór chleba, bułek, placków, placuszków, obwarzanków, nożów, nożyków, łyżek, łyżeczek, misek, miseczek, małych i wielkich filiżanek i szklanek, imbryków, nalewek... które zdawały się nie na trzy, ale na dwadzieścia przynajmniéj przygotowane osób. Uśmiechnął się wreszcie, gdy go Julian zapytał troskliwie, czy woli herbatę szklanką, filiżanką małą, czy wielką?
— Mój drogi — rzekł — zapominasz, że do mnie to mówisz; ja piję, czém mogę, i nie przywykłem wcale dobierać sobie... daj mi, czém chcesz i co chcesz, to mi wszystko jedno...
Lekarz chcąc się niejako wyżéj już cywilizowanym od pana Aleksego pokazać, poprosił o... szklankę...
— A co będziecie pili? — dodał gospodarz uśmiechając się.
— Co chcesz, kochany Julianie — odpowiedział Aleksy — nic mi nie szkodzi a wszystko smakuje... zatém co na placu, to nieprzyjaciel...
— Szczęśliwy! — szepnął Julian, wzdychając.
— Ja proszę... o herbatę... — dodał doktor nie dozwalając zapomnieć o sobie.
Zabrali się tedy do śniadania, a Aleksy ujrzał ze zdumieniem, jak dawnemu towarzyszowi wygrzywano ukropkiem filiżanki, jak przynoszono jaja miękkie, jak pilnowano jego herbaty, żeby chwili na samowarze nie postała... wszystko to były dlań niezrozumiałe wykwinty popsutego wygódkami człowieka. Gdyby nie doktor, możeby był nawet zapytał Aleksy przyjaciela o wykład niektórych tajemnic gastronomicznych, ale przytomność obcego wstrzymała go. Rozglądał się tymczasem po pokoju i dziwił w duchu przepychowi, który w mieszkaniu mężczyzny był zupełnie zbytecznym i zakrawał nawet na śmieszność. Nie zazdrościł Julianowi, owszem litował się nad nim prawie, zbytek ten i zniewieściałość uważając za rodzaj więzów i niewoli. W epokach moralnie potężnych, nigdy cywilizacya nie dochodziła do tego stopnia miękkości i nie przedstawiała się widomie we fraszkach mających tylko za cel zniewieścienie człowieka. Wznoszono pomniki olbrzymie, wspólnemi siły narody całe dźwigały gmachy religijnego lub utylitarnego znaczenia, artyści rozwijali w nich arcydziełami uczucie piękna, rzemiosła nawet nosiły na sobie piętna sztuki, ale człowiek się wstydził pieścić ciało i terać swe siły na dogadzanie namiętnościom lub tworzenie nałogów poczwarnych. W ubogiéj chałupie Greczyna, lampa choć jedna i posążek przedstawiały żywioł artystyczny, ale nie było i u wodzów nawet zasłon, kobierców, miękkich pościałek dla członków, które się nużyły spoczynkiem. Pojmowano, że rycerze nie wyrastają w puchach, a jadło żywić powinno ciało, nie zabijać ducha; miękkości strzeżono się jak niebezpiecznéj trucizny, zamiast miłości życia uczono się pogardy śmierci... Dziś chwalimy się z tego, co nasz upadek zwiastuje: na sto wynalazków ledwie parę mają na celu istotną korzyść człowieka, reszta odzywa się do jego namiętności, i dogadza tylko bez miary rosnącym potrzebom zmysłowym.
Stąd ta barwa materyalności, którą przybrał nasz wiek chwalący się sobą i wymyślający teorye dla pokrycia swych błędów, i stąd słabość moralna ludów, które uwierzyły, że taki kierunek cywilizacyi, przemysłu, sztuki, jest właściwym i pożytecznym; stąd piętno miernoty, pospolitości, materyalizmu, jakie nosi wszystko, co tylko stwarzamy, stąd nawet upadek sił w plemieniu całém, zużytém, chorém i do niczego niezdatném.
Duch gaśnie wszędzie, przybity, znieważony, zaparty, ustępuje ciału i schodzi z obumierającego świata — wszystko się bowiem dzieje w imię ciała, nie w imię ducha. Nauka Chrystusowa jest już tylko formą i konwencyonalnie przyjętém prawem, które szanujemy na pozór, ale od spełnienia go wszyscy się wzajem uwalniamy Poganie znowu, poganie niebezpieczniejsi daleko od tych, których nawracali apostołowie słowem, a męczennicy krwią, przelaną, zrzekamy się prawdy dla fałszu, którego widząc znikomość, smakujemy w jego słodyczy...
Niektóre z tych myśli przesunęły się przez głowę Aleksemu, a Julian rozruszać go i rozweselić nie umiał, sam też nie bardzo będąc spokojny, oddać się nie mógł przyjacielowi, co chwila przypominając matkę, do której posyłał bezustanku.
Było już około dziesiątéj; rozmowa nie szła między trzema panami; cisza panowała w pokoju. Aleksy siedział z głową spuszczoną, gdy szmer w progu, szelest sukni kobiecéj, obudził go z zamyślenia i prawie przestraszył. Podniósł oczy i ujrzał przed sobą najniespodziewańsze zjawisko — kobietę przedziwnéj piękności... porwał się z krzesła i stanął osłupiały niemal z podziwu i zachwycenia. Łatwo mu się było domyśleć, że to była Anna, siostra Juliana, przychodząca z uwiadomieniem o przebudzeniu matki; gdyby podobieństwo rysów nie zdradzało pokrewieństwa, szlachetność i poetyczność téj postaci panią-by w niéj uznać kazała...
Anna o rok starszą była od brata, ale zdawała się prawie młodszą od niego, tak dziewiczy był wyraz jéj twarzyczki, tak życie nic się jeszcze tysiącem swych boleści nie wypiętnowało na jéj anielskiém obliczu, oblaném aureolą spokoju.
Rysy miała rodowe Karlińskich: oczy czarne, nos prześliczny, prosty, malutki, a tuż przy nim usta uśmiechnięte smutno, dziecinnego prawie wyrazu, naiwności pełne. Owal twarzy nieco długi, przypominał stare, włoskiej szkoły przedrafaelowskiéj madonny; brak mu było barwy, marmurowa jednostajna pokrywała go bladość, ale jak z nią było jéj pięknie! Ciemne jéj włosy nie były jednak czarne, orzechowe raczéj, brwi i rzęsy daleko miała silniejszéj barwy, ale warkocz obfity pochylał nieco na ramię obciążoną głowę, a w połyskach jego, jak w bronzie starym, przebijało się złoto. Jak Julian, Anna była istotą, którą lada silniejszy powiew wiatru mógł zda się rozwiać w powietrzu, i to co w mężczyźnie słabością było, w niéj stawało się wdziękiem, który ją zbliżał do ideałów poety. Brakło jéj tylko dwóch lekkich skrzydełek, by uleciała z uśmiechem do niebios, w które patrzała z tęsknotą.
Może sieroctwo, którego doznała w dniach przedzielających dzieciństwo od młodości, sieroctwo dziwne, bo mając matkę nigdy na dłużéj przytulić się pod jéj skrzydła nie mogła, nadało jéj wyraz smutku i rezygnacyi cichéj, spokojnéj, pokornéj, który zdawał się najwłaściwszy omglonéj i powietrznéj postaci, ledwie stopami dotykającéj ziemi. Trudno ją było pojąć wesołą; nigdy téż nią nie była, ale i smutek jéj nie był frasunkiem ziemskim, znudzeniem, zniechęceniem, obrzydzeniem życia; była to jakaś tęsknota do nieśmiertelnéj ojczyzny, do jasnych niebios i białych aniołów, coś jakby nostalgia wygnanki skazanéj na wiekuiste mieszkanie wśród obcych i obojętnych. Było w niéj coś tak anielsko-czystego i wielkiego, że najzepsutszy wzrok ludzki nie śmiał na nią, spojrzéć z myślą grzeszną; przytomność jéj oświecała i oczyszczała, człowiek przy niéj czuł się lepszym, podniesionym, spokojnym, jakby go anioł uniósł skrzydły jasnemi nad ziemię.
Anna była też ukochaną nietylko w Karlinie od tych, co ją otaczali, ale zyskiwała serca wszystkich, i wzniecała uwielbienie w każdym, do kogo się choć trafem zbliżyła. Dojrzała przedwcześnie, poważna, kierowała mimowolnie Julianem, stryjami, domem całym i wyrzekła się młodości dla surowych obowiązków życia, które spełniała z ofiarą chętną i całą saméj siebie. Nie wiem, czy kiedy pomyślała nawet o sobie i przyszłości; jéj szczęście było w szczęściu drugich, a jeśli kiedy uśmiechnęła się radośnie, to dla nich lub z niemi.
Stanąwszy w progu, panna Anna, która się nie spodziewała widać znaleźć u Juliana nikogo prócz niego i doktora, zdumiała się i zacofała, widząc obcego, kogoś tak niepozornego jak Aleksy, w poufałéj rozmowie z bratem i w jego towarzystwie. Przyszło jéj na myśl, że to być mógł drugi jakiś nieznajomy lekarz, wezwany przez Juliana; inaczéj bowiem sobie wytłómaczyć nie mogła tak rannego przybycia zupełnie nieznajomego, w ubraniu, w jakiem się jéj jeszcze nikt z mężczyzn nie przedstawił. Aleksy był całkiem po podróżnemu, a choć mu i w tym stroju dosyć było do twarzy, choć może lepiéj jeszcze wydawał się w prostéj odzieży człowiek pracy, panna Anna tak się rychło na tém poznać nie mogła. Uderzyła ją tylko pospolitość téj postaci pełnéj siły i energii, ale na pierwszy rzut oka rażącéj szorstkością pozoru i zaniedbaniem. Zdziwiona, zatrzymała się w progu, właśnie gdy Drabicki, skłopotany, że się tak nieprzyzwoicie prezentował, pochwycił się z siedzenia, stanął jak wryty, nie wiedząc, co się z nim stało, czując tylko, że jakieś nieziemskie zjawisko miał przed zdumionemi oczyma.
Julian, który postrzegł a raczej przeczuł siostrę, i doktor, który ją zdaleka zobaczył, porwali się i podbiegli ku niéj, na chwilę zostawując Aleksego w osamotnieniu dość przykrém: wprędce jednak przypomniał sobie Karliński towarzysza, szepnął coś siostrze na ucho i przedstawił go.
— Jeden a może jedyny, którego przyjacielem w życiu nazwać mogłem, towarzysz mój uniwersytecki... Aleksy Drabicki, kochana Anusiu... Winniśmy mu podziękować serdecznie, bo sam jeździł po pana Grebera i sądząc, że nam jeszcze w czém pomocnym być może, był tak łaskaw, że do Karlina z nim przybiegł; aleśmy mu winni i wymówkę, bo dawno mieszka tu o milę, i nie dał znaku życia.
Anna skłoniła się zlekka, zapłoniona nieco, Aleksy wymówił słów kilka niezrozumiałych, i natychmiast zaczęto mówić o pułkownikowéj.
— Przebudziła się mama? — spytał Julian.
— Jak się ma pani pułkownikowa?...
— Zdaje mi się, że lepiéj jest jak wczoraj, ale dziś ma mocny ból głowy — odezwała się Anna — pytała o pana Grebera... możebyśmy poszli do niéj...
— Chodźmy — zawołał Julian. — Ty, kochany Aleksy, odpocznij, weź jaką książkę, ja zaraz powrócę...
— Dziękuję ci — odparł żywo Aleksy — widząc się niepotrzebnym, śpieszę do domu, zawadzałbym ci, a czas mi drogi i chwile mam policzone...
— Radbym cię serdecznie nie puścić..
— Niech pan zostanie — szepnęła Anna przez grzeczność.
Aleksy się ukłonił.
— Muszę jechać...
To mówiąc, w chwili gdy doktor z panną Anną przodem pośpieszali do pułkownikowéj, pożegnał Juliana i zbiegłszy ze wschodów, siadł na bryczkę, która go czekała. Za bramą odetchnął lżéj i uczuł się dopiero swobodniejszym; w Karlinie pierwszy raz doznał przykrego jakiegoś uciskającego uczucia, niewysłowionego ciężaru, od ktorego uczuł się dopiéro wolnym, gdy bramę pałacową przejechał. Śmiał się z siebie, tłómaczył to sobie różnie i obwiniał o dzieciństwo, ale przezwyciężyć nie mógł. Dlaczego te mury, ten przepych, bogactwo, to państwo, których się ani obawiać, ani im kłaniać nie miał powodu, ludzie, bez których się mógł obejść, takie jakieś dziwaczne zrobili na nim wrażenie obawy, niewoli, ucisku? Zwykle odważny i szczery, tu się czuł spętanym, a słowa marły mu na ustach, i w sercu nieznana jakaś odzywała się bojaźliwość; czemu nie umiał być szczerze, otwarcie sobą, tak jak był w domu ze swymi? dlaczego silniejszym w istocie będąc, uznawał się niejako słabszym, przez to uczucie niewyrozumowane, które nim owładło?
Zostawmy go rozwiązywaniu tych zagadnień, które przez drogę do domu, zstępując do serca swego, usiłował rozplatać, a wróćmy do Karlina.
Pannę Annę uderzyła zarazem pełna wyrazu siły, energii i prawości postać Aleksego, i niezwykła jéj powierzchowność. Przywykła widziéć ludzi posłusznych formie jedynéj, w jakiéj świata część jest oddana, nie poznała się zrazu na młodym człowieku; ale nieprzyjemnego doznała wrażenia, widząc go tak odmiennym od tych, co się u niéj uważali za normę przyzwoitości. Mimo wyższości swego umysłu, w pierwszéj chwili oprzeć się nie potrafiła temu uczuciu i musiała do niego przyznać się przed bratem.
— Gdzieżeś to, kochany Julku, odgrzebał tego oryginalnego przyjaciela? — spytała z uśmiechem.
— Nie podobał ci się, kochana Anusiu?
— Tak krótko go widziałam, że o nim sądzić nie mogę, ale przyznam ci się, że pierwsze wrażenie nie było korzystne; coś ma tak strasznego w sobie... jakiegoś trybuna fizyognomia... coś barbarzyńskiego prawie... zimno mi się zrobiło, gdym go u ciebie zobaczyła.
Julian się rozśmiał.
— Prawda, moja droga — rzekł — że się różni wielce od tych, których pospolicie tu widujemy; człowiek ubogi, pracowity... był moim dobrym towarzyszem na ławie akademickiéj, dusza wzniosła, serce złote, energii i siły ogromnéj... Dawno już gospodaruje w Żerbach, a nie był u nas, ceni swoję niezależność... ledwiem go nakłonił potrzebą posługi, że tu zajrzał, przywiózł nam sam doktora... jeździł po niego.
Anna zastanowiła się nieco nad słowami Juliana...
— A! jakżem mu wdzięczna... to jakiś dobry człowiek być musi, choć dziwnie w tym stroju wieśniaczym wygląda. Nie wiedziałam, co to znaczy, ktoś taki u ciebie... przepraszam, żem się nie poznała na twoim przyjacielu, ale się poprawię...
— Wątpię, moja Anusiu — rzekł Julian — on tu nie zechce przyjechać więcéj...
— Dlaczego? wszakżeśmy mu nie uchybili?
— Nie, ale dziki trochę... i boi się, byśmy go nie obałamucili, my, jak nas nazywa, próżniacy... Biedny, ma całą rodzinę na głowie, a tak mu ten zawód gospodarza ciężyć musi przy jego ukształceniu umysłowém.
— Więc to człowiek wykształcony?
— Jedna z najlepszych głów, jakie znam, kochana Anno... a charakter! a serce! a wytrwałość!
— A! jakże mi żal, żem tak źle go osądziła!
— Nie dziwię się — odparł Julian — wy kobiety rzadko macie odwagę inaczéj jak z powierzchownéj skorupki sądzić człowieka, dlatego to może tyle was spotyka zawodów. Najmniej godni szacunku umieją się ubrać dla oka tak uczciwie!
To mówiąc zbliżyli się do pokoju matki, rozmowa i chód ich cichsze się coraz stawały, powoli otworzyli drzwi sypialni i weszli do niéj prowadząc doktora za sobą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.