Dwa światy/LVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dwa światy
Pochodzenie Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


LVIII.

Nierychło przyjechał do Żerbów Julian, który się długo i niechętnie, czując do winy, wybierał i wybrał nareszcie zimny, grzeczny, ale nie ten już, co go Aleksy spotkał w gospodzie przed niedawnym czasem... Spodziewał się on znaleźć Drabickiego upokorzonym, obawiał się, by nie zażądał powrotu do Karlina, lękał wymówek od staréj matki, ale pojęcie i domysły, z jakiemi jechał, zupełnie go zawiodły.
Aleksy przyjął go chłodno, grzecznie także, słowa nie mówiąc o przeszłości z pewną dumą uczciwą; sam zaraz zapowiedział mu, że zdrowie nie pozwala dłużéj zająć się interesami Karlina, które inny zapewne lepiéj pojmie i poprowadzi. Stara Drabicka ani słowa nie rzekła do Juliana, przywitała go z godnością i obojętna odeszła; nie odkryła ani żalu, jaki miała, ani urazy, którą serce wzbierało. Przyszło do rachunków, Julian przywiózł pieniądze z porady prezesa... gdy o nich wspomniał, Aleksy zarumienił się, ale żywo mu przerwał.
— Nie zgodziliśmy się z panem prezesem na sposób, w jaki poprowadzić było potrzeba interes z sukcesorami Szai: prezes mi powiedział, byłeś świadkiem, żem nadto hojny był z cudzéj kieszeni, pieniądze te przeznaczyłem na zapełnienie zrobionego wam uszczerbku, i nie przyjmę ich...
Julian zakrzyknął, Drabicki go wstrzymał.
— Ani słowa — rzekł — znasz mnie, pieniędzy nie wezmę. Prezes nie zaprzeczy temu, co powiedział, a ja nie odstąpię od tego, com postanowił. Zróbcie z tém, co się wam podoba, ja grosza nie wezmę, jak mnie żywego widzisz, uczciwém słowem zaręczam.
Julian był zakłopotany mocno, ale nie wiedząc co począć, gdy nadszedł Junosza, wyrwał się do pani Drabickiéj, sądząc, że z nią łatwiéj to potrafi zrobić. Stara spojrzawszy mu w oczy poznała, że w tém coś być musi.
— Ja tych pieniędzy wziąć nie mogę — zawołała — to do Aleksego należy.
— Aleksy przez zbytek jakiéjś delikatności...
— Ludzie ubodzy powinni być delikatni aż do zbytku — przerwała Drabicka. — Kiedy Aleksy to zrobił, widać czuł, że był powinien... I my mamy coś droższego od pieniędzy — dodała — to uczucie godności naszéj.
Julian uczuł się prawie upokorzonym i wymknął się znowu do Aleksego; chciał koniecznie z rozkazu prezesa, obawiającego się, by mu ta historya u szlachty do marszałkowstwa gubernialnego nie szkodziła, skończyć rachunek z Drabickim; spróbował jeszcze użyć za pośrednika Junoszę, ale przed tym potrzeba było wyspowiadać się całkowicie.
— Widzisz waćpan — rzekł ów hrabia w sukmanie — macie sobie wiele do wyrzucenia względem obejścia waszego z Drabickim: takie rzeczy pieniędzmi się nie płacą. Wiekuista to wasza jedna i taż sama omyłka, że wszystko chcecie za grosz kupić; pamiętacie jeszcze podaniowo tę szlachtę, którąście przez lat dwieście robili, wy i my, zniżając na płatne i zależne sługi do spraw politycznych. Od wojny Kokoszéj, w któréj raz ostatni niezależność szlachecka odezwała się oburzeniem i groźbą, do pijanych i szalonych sejmików Stanisławowskich płatnemi szablami rozwiązywanych, wciąż pracowaliśmy na ujarzmienie braci, jak ci sami bracia od dawniejszych jeszcze czasów jarzmili kmiecia... Ale i szlachcic dziś, i jutro kmieć poczuć muszą godność swoję i człowieka nam równego w piersi swojéj. Obraziliście Drabickiego, a chcecie zapłacić mu grzywny; pogardził głupstwem waszém i przebaczył je, ale ani on, ani nikt z tych, co go kochają, zasmolonego grosza się nie tknie.
— Panie hrabio! — przerwał Julian — boli mnie, że nas tak rozumiecie... zresztą prezes...
— Bardzo go szacuję, tego waszego prezesa — rzekł Junosza — ale nie widzę sposobu zmienienia słowa obelżywego na pieniądze... Drabicki ich nie weźmie i chwalę go w tém; z głodu nie umrze, ubóstwo zna, a dalipan nie tak z niém ciężko, jak się wam paniczykom wydaje.
Z tém odjechał Julian; stryj czekał go niecierpliwie w ganku, gdzie podaną herbatę piękna Anna nalewała dla gości, dwóch panów Zamszańskich i Gerajewiczów rodziny. Odeszli trochę na bok.
— A co? — zapytał prezes uśmiechając się — zapłaciłeś?
— Nie...
— Jakto nie? dlaczego?
— Drabicki powiedział mi wprost, że te pieniądze przeznacza na interes z Szają, który niekorzystnie ukończył.
Stary Karliński zapłonął.
— Trzeba było...
— Robiłem, co tylko mogłem, ale z tą ich dumą szlachecką niéma sposobu, a stary Junosza prawie mnie wyłajał.
— Cała rzecz — uśmiechając się dorzucił prezes — że dwa razy tyle zapłacić będzie potrzeba.
— Nie — rzekł Julian — za to mogę ręczyć, że nic nie wezmą Drabicki ma wiele charakteru...
— Ludzie prości czasem widzą najprościéj i najlepiéj — rzekł pan Atanazy — zwłaszcza jeśli ich złe uczucie niechęci nie obłąka; cóż tedy? Wiesz, jak kocham Annę? Kto to taki? jak wygląda?
— Krewniak pana Piotra Zamszańskiego, elegant z zagranicy!
— To być nie może! Zamszański! — zawołał pan Atanazy — prezes-by na to pozwolił! Ale Anna...
— Właśnie gadają, że panna go takiém okiem widzi jak nikogo dotąd i bardzo...
Załamał ręce Karliński.
— Anna! Anna! święta i anielska istota... i ta! i ta! oddadzą ją jakiemuś zwierzęciu, co swą namiętnością ją skala.. ofiara! Nikt jéj oczów nie otworzył. Jéj życie inny cel miało... Ona jedna mogła się podnieść wyżéj, aż do ofiary, aż do świętości, aż do przebłagania Boga za grzechy dziadów... Nie mów mi nic już, nie chcę słyszéć, to istotnie kredensowe są plotki, to być nie może.
— A na cóżeś mnie pan za język ciągnął? — odparł ksiądz Mirejko — ja tego z palcam nie wyssał, ale zgóry uprzedzałem, że bałamuctwa pleść będę...
Pan Atanazy słowa nie rzekł, wstał, począł się przechadzać, i posłał natychmiast do prezesa. Zwyczajem jego było nigdy nie pisywać listów, ustne dawał polecenie tylko, i tym razem wezwał brata, żeby jak najprędzéj przybywał do niego. Prezesa szukali w jego domu, potem w Karlinie, i nazajutrz przyjechał do Szury, domyślając się po części, o co chodzi.
Dwóch ludzi, dziwniéj z sobą sposobem widzenia nie zgadzających się, na świecie podobno znaleźć było trudno; prezes zwał Atanazego arystokratą w Chrystusie, Atanazy prezesa niekiedy — starym wiatrakiem...
Widywali się rzadko bardzo, byli z sobą nazimno i jeden z drugiego żartował po cichu między swemi.
Pan Atanazy, który prosto zwykł był iść do celu najkrótszą drogą, pochwycił zaraz brata pod rękę i wyprowadził do ogrodu.
— Co to ja słyszę? — zapytał — co się tam u was dzieje? czy ja już nawet do porady, i choćby dla ceremonii nie przydałem się wam na nic?
— Ale bo, kochany bracie — odparł prezes — zbyt podobno zajęty jesteś swojém zbawieniem i sprawami duszy, żeby cię ziemskie nasze kłopoty obchodzić miały.
— Modlę się i pracuję za was wszystkich — rzekł pan Atanazy — wyście po szyję w sprawie lichéj, ja za was w pługu... wy patrzycie z ziemi, na któréj leżycie, ja...
— Ale dajmy pokój deklamacyom, panie bracie — odpowiedział prezes — ja to już wszystko słyszałem.
— Szkoda, że o tém myśléć nie chcesz... Raczcież mi choć powiedziéć, co tam za nowe projekta macie, o których się od obcych dowiaduję?
— Żadnych... zdaje mi się... prócz ożenienia Juliana...
— Ożenienie Juliana! Już myślicie o tém? A cóż zrobił? do czegoście go przeznaczyli? jaki cel wskazaliście dla niego? Przecież Karliński darmoby żyć nie powinien, i nie dość było wychować go, wypieścić, zepsuć, ożenić i nauczyć, by używał nie myśląc?...
— Julian może być użytecznym społeczeństwu tak, jak jest, nie porywając się do rzeczy niedostępnych dla siebie, to dziecię słabe... My się, bracie kochany, nigdy podobno nie zrozumiemy dobrze; ja muszę rzeczy widziéć, jak są, i twojego duchownego elementu do nich nie mieszam.
— To źle.
— Ale za to rachuję ściśle...
— Rachunki mylą, gdy w nich rzeczy duchownych nie ma...
— Inaczéj nie umiem, a robię, co mogę; Julian ma mało, żenię go z milionową Gerajewiczówną...
— Julian ma mało! ale niech zrobi wiele! niech pracuje! ubóstwo nie kala; z bogactwem nie każdy się obejść, nie każdy go użyć potrafi... Zrób z niego człowieka i nie troszcz się o grosz... grosz Bóg daje, gdy widzi w czyjém ręku jest potrzebny...
Prezes się rozśmiał.
— Kochany bracie, niema sposobu, byśmy się porozumieli; zniż się do mnie, zstąp trochę na ziemię.
— Lepiéj-że się ty podnieś, zyszczesz na tém, panie bracie. A Anna! któż się tam stara o Annę?
— Jeden z najznakomitszych młodych ludzi, jakich mi się w życiu spotkać zdarzyło... Albert Zamszański.
— Boję się, że go waćpan tak chwalisz...
— Dziś tu będzie, to go poznasz... przyjadą po południu.
— Bardzo mu rad będę, bo dla Anny! dla Anny wymagać będę wiele...
— I ja nie zadowolę się małem, ale ten młody człowiek...
— No! zobaczymy go przecie.
Kilka razy jeszcze próbowali z sobą mówić dwaj bracia, ale zejść się nie mogli; prezes przywykł był nigdy się nie dźwigać wyżéj nad ziemską i materyalną rachubę, pan Atanazy jéj nie rozumiał; jeden się uśmiechał, drugi oburzał i niecierpliwił. Przemęczyli się tak do poobiedzia, gdy pan Piotr z synowcem nadjechał. Pośpiesznie na ich spotkanie wyszedł gospodarz i oczy wlepił w pretendenta Anny tak badawcze, tak nielitościwie przenikające, że mimo pewności siebie, Albert zmieszać się musiał pod tém jasnowidzenia wzrokiem...
— I to ta doskonałość! i to mąż dla Anny! — intuicyjnie przejąwszy go do głębi, odezwał się Atanazy do prezesa — to laika doskonale wyuczona, w któréj ducha i serca nie pytaj, gęba stanie za wszystko!...
Prezes nic nie odpowiedział; Albert ochłonąwszy, po swojemu usiłował się, zastosowując zręcznie do znanych mu pojęć pana Atanazego, przypodobać starcowi. Ale tu nie tak szło łatwo: człowiek ten wiek cały strawił, bijąc się z myślami, ułudzić go paradoksem, obałamucić hipotezą, zabłysnąć mu dowcipem nie było podobna; rzuconą ideę chwytał i rozbierał, wciągał w analizę, zmuszał do tłómaczenia, zadawał pytania i nie dozwalał z nich lekką wykręcać się odpowiedzią.
Pan Albert, zwykle tak śmiały i bogaty w zasoby, tu wkrótce zmieniając strategię, z koryfeusza stał się admiratorem pana Atanazego, usiłując go wziąć pochlebstwem, potakiwaniem, podnoszeniem jego myśli... Jak tylko go do tego doprowadził, starzec jakby już dna dostał, zamilkł i daléj nie badał; znał człowieka, pierwszy rzut oka go nie zawiódł...
— Słuchaj waćpan — rzekł do odjeżdżającego prezesa — to papuga, pióra ładne, gada dobrze, ale wołałbym prostaka, u którego — bym coś dobył z pod serca; tu w piersi pusto... lalka, mospanie! lalka!
— Anna go kocha! — rzekł zwycięsko prezes.
Pan Atanazy zbladł, załamał ręce, i nic nie mówiąc dał im odjechać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.