Dwa światy/L

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dwa światy
Pochodzenie Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


L.

Są chwile, w których najobojętniejszy gość pożądanym bywa; jest to żywioł rozprzęgający, wszyscy dlań wkładają maski. Obawa grożącéj spowiedzi lub scen domowych znika, ludzie przybierają postawy urzędowe, uśmiechy niedzielne, myśli i słowo od gości i bawią się. A! co to za wyśmienita zabawa! niejeden z niéj wraca ledwie mogąc dychać, i pada bezwładny... a jednak bawił się, i nazajutrz powróci z nałogu do téj zabawy. Salon na wsi i salon w mieście, różne od siebie pozornie, równie są czcze obydwa; najgłówniejszym przedmiotem zajęcia są w nim ludzie, nie ze stanowiska miłości chrześcijańskiéj uważani, nie sądzeni jako bracia, ale zabawiający wszystkiém, co robią, począwszy od zbrodni a skończywszy na najniewinniejszéj śmieszności. Nie jest winą ludzi, że się ludźmi zajmują, ale że wszystko lekko, powierzchownie, zasrogo niekiedy, lub zapobłażająco a zawsze niewłaściwie sądzą. Takiém muskaniem życia, które powinno być poważne i surowo uważane, ścieramy w sobie uczucie moralne i przywykamy do lekkości w postępowaniu, zaczynając od płochości sądu. Pocieszne ubranie i niepoczciwy uczynek na jednéj tu ważą się szali i jedno nad drugie większego nie wywołuje oburzenia; głębsze uczucie, myśl silniejsza. coby się z ust wyrwały, skarcone-by były przez gospodynię, ukarane wzruszeniem ramion przez gości i śmiałek, coby się ich dopuścił, zamknąłby sobie drzwi wszystkich domów. Rozmowa toczy się zwykle o drobnostkach i dzieciństwach, i całe dnie upływają na niéj, a kto najlepiéj umie mówić o niczém, nic nie mówiąc, coś powiedzieć uszczypliwego, kto najbogatszy ma zapas drobnostek i ubiorków na myśli najpospolitsze, ten jest najpożądańszy w salonie. Zwyczaj tak chce, a ten jest wszechmogący; któżby się śmiał stawić przeciwko niemu? Zdaje mi się, że zupełnie obcy światu naszemu człowiek, któryby nagle wszedł w towarzystwo nasze i podsłuchał je rozmawiające, dziwne-by sobie zrobił z tego wyobrażenie o społeczności. Nie mogąc wystarczyć ustami, do zabaw salonowych dodano taniec dla młodych, karty dla starych. Ostatnie są naszéj nędzy moralnéj i nieporozumień, w jakich z sobą zostajemy, najwymowniejszym dowodem. Jedne karty połączyć mogą heterogienialne pierwiastki, z jakich często spaja się towarzystwo; do nich nic już nie potrzeba, tylko ograniczonéj bardzo inteligencyi, i jakiego-takiego uczucia przyzwoitości...
Za lat sto lub dwieście nie zechcą może wierzyć wnuki nasze, żeśmy po dziesięć godzin z rzędu nad malowanemi gałgankami siadywali...
Smutne to lekarstwo na niedołęstwo nasze, pokrywka naszego ubóstwa i choroby!
Zdaje mi się, że wszyscy byli radzi w Karlinie przybyciu gościa, który się nazajutrz zjawił niespodziewanie; był to imiennik i krewny hrabiego Zamszańskiego, pan Albert Zamszański, z Poznańskiego, świeżo z podróży po Europie powracający, który familię w cesarstwie odwiedził, i z nią główniejsze domy sąsiedztwa objeżdżał.
Poznaliśmy już hrabiego, sławnego znawcę cygar i administratora Loli Montes; synowczyk jego choć nieco w innym rodzaju, niewiele nadeń był wyższym. Co się tyczy powierzchowności, nic mu zarzucić nie było można; ubierał się prześlicznie i z największym staraniem i smakiem; Humann robił mu suknie; wszystko na nim było od pierwszych majstrów, z najwytworniejszych pracowni... Średniego wzrostu, szykowny bardzo, bo się i tańca i gimnastyki uczył w Berlinie, ciemno-blond włosów, jasnych wyrazistych oczów, z wąsikami i bródką, jak głowa utrzymywanemi wedle wszystkich mody i higieny prawideł, wymuskany, śliczniutki, na pierwszy rzut oka podobać się musiał. Minę miał pańską trochę, ruch śmiały, mowę łatwą, obejście dobrego towarzystwa; słowem zdaleka wyglądał na młodego człowieka wielkich nadziei.
Zbliska także w pierwszéj chwili upokarzał wszystkich niesłychaną znajomością świata, ludzi, erudycyą, dowcipem, hałasem swych różnostronnych wiadomostek, śmiałością pomysłów i wyższością umysłową... Pierwsze wrażenie, jakie czynił, całe było na korzyść jego; ale dość było parę dni, by dla zimniejszych oczów prysła ułuda, jaka go otaczała. Pan Albert Zamszański, niezawodnie pełen talentów i bystrości pojęcia, cały był nazewnątrz i najlepsza jego część połyskiwała na pokaz światu, ale za tym szyldem — w sklepie pustki. Nie mówię, że musnąwszy katechizmu w domu, filozofii w uniwersytecie, obojętności religijnéj na świecie, nie miał żadnéj stałéj zasady postępowania, ani punktu, z któregoby na świat się zapatrywał niezmiennie; na to dziś wszyscy niemal chorują, ale nic nie umiał gruntownie, nic nie lubił, niczém się nie zajmował, serce w sobie wygasił i stał się prawdziwém dzieckiem XIX wieku, które naprzód myśli o dobrym bycie, potém dopiéro o dobréj sławie, a naostatku lub nigdy o dobrém sumieniu i spokojności wewnętrznéj. Charakter jego nie mógł się nazwać tym wyrazem, służącym do odcechowania czegoś oznaczonego, stałego i pewnego: zewnątrz podobny był do wszystkich, wewnątrz jeszcze się nie zagospodarował.
Byle błysnąć, gotów był utrzymywać, co mu ślina do ust przyniosła, paradoksalny dla popisu, z kolei wychwalał stare czasy, których nie rozumiał i rwał się do postępu, który na bałamuctwach zasadzał; w gruncie sceptyk obojętny, pozwalał na wszystko, co mu dogadzało. Jedyną w nim wyrozumiałą moralności zasadą było, żeby nie popełniać przez dobrze zrozumiany interes własny tego, co na odpowiedzialność wobec prawa lub opinii naraża... Nie był rozwiązły, bo się wcześnie porachował, że zbytek jest ze wszech miar szkodliwy; nie był namiętny, ale gotów był i poezyę i namiętność i religię wybornie i z przejęciem aktora odegrać. Zimny jak lód, wesoły jak ptaszek, grzeczny, układny, błyszczący i umiejący się popisać z sobą na wszelki sposób, nawet na sposób skromny, kogo chciał, przyciągał, oczarowywał wszystkich i stugębna sława poprzedzała go, mieniąc czemś nadzwyczajném, fenomenalném! wcieloną doskonałością! Tajemnicą całą było wiele chłodu, panowanie nad sobą i trochę zręczności.
Dodajmy, że pan Albert był jednym z sześciorga rodzeństwa, na pięknéj wsi osiadłego, sam z siebie ubożutki, ale tak zręcznie grać umiał pozory dostatku i tak się wyrywał ze swemi stosunkami z Sułkowskiemi, Działyńskiemi i t. p., że nikt nie śmiałby go posądzić nawet o mierny majątek. Że za granicą podróże są tanie, a my o tém niewiele wiemy, z opisu peregrynacyi wnosić było téż można, że Albert wiódł życie człowieka, który o przyszłości nie myśli... Tymczasem, istotnym powodem przybycia jego do cesarstwa była potrzeba dowiedzenia się o stanie majątkowym hrabiego stryja... i czyby się czego po nim spodziewać można; a kto wié, czy i projektu ożenienia bogatego nie było za pasem.
Gość zrobił w Karlinie zwycięskie, wielkie, przepotężne wrażenie: mówił po francusku jak Francuz, po niemiecku jak Szwab, po angielsku jak prawdziwy John-Bull, świeżo wracał z kursów w Epsom i Chantilly, słyszał pannę Rachel, panią Viardot, Jenny Lind, Cruvelli, znał osobiście Dumasa i Lamartina, był du dernier mieux z Poniatowskiemi we Florencyi, z Walewskim w Londynie, z arystokracyą całéj Europy, z dziennikarzami i t. d.; po imieniu nazywał wszystkich, tańcował na wieczorach u ks Matyldy, Bonapartowie kochali go i nie mogli się z nim rozstać; na dworze saskim był najlepiéj, u króla pruskiego kilkakroć się prezentował, i napewno spodziewał szambelaństwa i t. d. i t. d.
Julian i prezes uczuli, jak wielką znakomitość mieli w swoim domu, a że Albert odraza postawił się z niemi na stopie przyjaźni i poufałości, zaszczyceni zbliżeniem do tak dostojnego przybylca, który wiedział, jakiego koloru są loże w operze paryskiéj, i którędy się wchodzi do Jardin d’Hiver, i jak się zowią konie, które ostatnie premia wygrały, nie posiadali się z radości. Prezes nawet powoli przypuszczać zaczął, że hrabiowski tytuł Zamszańskich mógł być na czémś oparty, a zresztą — w Prusach go uznano i wniesiono w urzędowe księgi — co niemało kosztowało. — Słowem, Albert podbił sobie wszystkich. Nicby to jeszcze nie było dziwnego, gdyż nigdzie łatwiéj jak u nas lwem zostać, choćby grzywa widocznie była przyprawiona z konopi — ale Anna, święta Anna, dała się także ująć urokowi pięknego chłopca, który na nią patrzał wzrokiem pełnym najżywszego, melancholijnego uczucia.
Aleksy, który ją zawsze tak widział chłodną, poważną, panią siebie i wyższą nad tych, co ją otaczali, ostygł, gdy drugiego dnia widocznie ją pod urokiem pana Alberta zobaczył, żywo nim zajętą, wystrojoną dla niego, i tak patrzącą nań, jak jeszcze nigdy na nikogo nie patrzała. Wiele-bo było sztuki w tym niebezpiecznym młodzieńcu, kłamał jak powieścio-pisarz, a wiedział, co dać komu... pierwsze chwile zwykle poświęcał zbadaniu ludzi, il sondait le terrain; dopiéro pochwytawszy gusta, sposoby widzenia, charaktery, które niestety tak schwycić łatwo! śpiewał piosnkę, kto jakiéj zapragnął. Umysł giętki, pamięć ogromna, wielkie obycie się z ludźmi, czyniły go niebezpiecznym w istocie, a że przekonania własnego nie miał i brał stronę tych, którzy mu najpotrzebniejsi być mogli, rzadko się komu naraził. W towarzystwie nie było milszego człowieka. Julian i prezes pochwycili go jak zesłańca z niebios: pierwszy wyczytał w nim zaraz wszystkie cnoty i przymioty, jakich pragnął w przyjacielu; drugi cieszył się wonią zagranicy, Paryża, wiejącą od pana Alberta. Ale cóż pociągało Annę? Tajemnice! tajemnice! co krok rozbijamy się o niepojęte sympatye i wstręty; najznakomitsze umysły zniżają się do najpospolitszych, najświętsze serca czują się pociągnionemi do najzepsutszych — jakieś prawo związku, niezbadane dotąd, kieruje nami, a rozum opiera się napróżno i na nic nie służy, chyba za smutnego świadka upadku.
Panu Albertowi też tak się wzajem podobało w Karlinie, tak się unosił nad arystokratyczném, feudalne dobre, czasy przypominającém zamczyskiem, nad ogrodem, nad rodziną, nad wszystkiém razem i każdém z osobna, że chętnie tu na dni kilka pozostał. Wszystkim to pochlebiło niezmiernie; jeden Aleksy, przypatrując się temu fenomenowi, pozostał chłodnym. Dobry ton i dystynkcya, które czarowały wszystkich, nad nim władzy nie miały żadnéj; w każdym człowieku szukał i dobadywał się gruntu, a tu po błyszczącéj powierzchni ślizgając się, głębiéj zajrzéć nie mógł. Ilekroć usiłował spróbować zawiązać rozmowę seryo, dojść zasady i sposobu widzenia Alberta, Zamszański wyrywał mu się żarcikiem, komunałem lub obrotem rozmowy zręcznym, ale widocznie sprowadzającym z drogi... Dwa czy trzy razy, mimo najwyższéj zręczności, wystrzelił kilka bąków; Aleksy przeczuł w nim istotę powierzchowną i serce zimne, ale odezwać się z tym sądem nie było podobna, okrzyczanoby go jako zazdrosnego parafianina. Zresztą wstręt, jaki poczuł do niego, zdawał się być wzajemnym, gdyż pan Albert choć grzecznie, ale bardzo był z nim zdaleka, i obchodził się jak z kimś podrzędnym.
Gdy w parę dni z obietnicą powrotu odjechał Zamszański, długo jeszcze ściany brzmiały pochwałami jego. Pola tylko, Aleksy i Justyn milczeli; Anna zdawała się niespokojna milczeniem przyjaciela i sama go zagadnęła o pana Alberta.
— No! szczerze mi pan powiedz, jak się panu podobał? co do mnie nie taję, żem jeszcze nikogo mu równego nie widziała!
— Nie śmiałbym się pani sprzeciwić — rzekł Aleksy.
— Mnie się zdaje, że zazdrość nawet nic przeciw niemu znaleźć nie może; jaki układ! jaka słodycz charakteru! jakie wykształcenie umysłowe, ile nauki, a przytém skromności! co za umiejętność życia! jakie połączenie najrzadszych przymiotów!
Aleksy westchnął tylko.
— Szczęśliwy! — szepnął pocichu.
— Dla Juliana szczególniéj — odezwała się Anna zniżając głos także — pragnęłabym go do nas przybliżyć, zdaje mi się, że zbawienny wpływ wywarłby na niego!
— Nie wiem, być może — rzekł Aleksy.
— Widzę, żeś pan przeciw niemu uprzedzony...
— Ja, nie — odparł Drabicki — ale nie podzielam zachwytu, jaki państwa ogarnął; zręczny jest, miły, grzeczny, nic więcéj...
— Tyle nauki i tyle przytém sądu o rzeczy... niezawisłego, postrzeżenia tak nowe i uderzające!
Aleksy zmilczał znowu, gdy Julian, jakby dla wyratowania go z przykrego położenia, zbliżył się i, domyśliwszy się przedmiotu rozmowy, zawołał — Pewnie spieracie się państwo o Alberta! Aleksy krzywi się na niego...
— Nie, nie, nie! — rzekł Drabicki — alem się na nim może nie poznał...
— Najrzadszy z ludzi; silnéj woli i charakteru, a zarazem pełen pobłażania i łagodności, umysł poetyczny i praktyczny... wszystko w nim jest.
— Wyznaję — dodał prezes podchodząc — że mam go za tryumf nowego systemu wychowania; fizycznie i moralnie pełny, nie zużyty, serce poczciwe, głowa dobra! wielką ma przyszłość przed sobą.
Na tak jednozgodne pochwały Aleksemu nic nie pozostawało tylko spuścić głowę i zamilknąć; uśmiechnął się i nie rzekł słowa. Annie widoczną to zrobiło przykrość, lecz nie umiejąc sobie wytłómaczyć Aleksego, nazwała to tylko niesłuszném uprzedzeniem.
Gdy dobre staje od Karlina odjechali, stary pan Piotr Zamszański, kochanek Loli, i młody Albert spojrzeli po sobie.
— Podbiłeś ich wszystkich — rzekł znawca cygar — winszuję ci...
— Dom miły, choć na nim znać rdzę wioski — odparł Albert — panna Anna prześliczna...
— I jak anioł dobra i święta! — dodał starszy.
— Jaka ich sytuacya finansowa? — zapytał młody człowiek.
— Nikt lepiéj nade mnie ci tego nie objaśni — rzekł zapalając nowe cygaro pan Piotr.
— Bardzom ciekawy... przyznają...
— Aha! świecą ci oczki panny Anny!
— Wielem widział pięknych, ale tak pięknéj!...
— Posłuchaj-że, coś chciał wiedzieć... Karlińscy co do imienia i stosunków stoją bardzo wysoko; majątek zrujnowany nieco, ale wielki; zawsze z ojczystego wezmą po kilkakroć; w dodatku jest prezes bezdzietny i bezdzietny pan Atanazy; panna w sperandzie ma z górą pół miliona...
— Śliczna partya...
— Dla ciebie byłaby w istocie bardzo dobra... czemubyś się nie starał? — podrzucił pan Piotr, którego dumie pochlebiło spokrewnienie się z Karlińskiemi.
— Starałbym się, gdybym wiedział, że się wystaram...
— Jestem tego pewny po przyjęciu pierwszém; Anna zimna, aleś się i jéj podobał... Trochęby sobie trzeba zadać pracy z prezesem, który prozą patrzy na rzeczy i niełatwo się da otumanić... trochę starać podobać panu Atanazemu, arystokracie w Chrystusie...
— O! znajdziemy na niego sposób!
— Reszta — istoty bierne...
Pan Albert zamyślił się...
— Za parę dni pojedziemy do nich znowu — rzekł po chwili.
— Wszakżeśmy przyrzekli... ale dziś wstąpim jeszcze do Gerajewiczów; tu czystych parę milionów... i panna nieszpetna; choć rodzice śmieszni, ale mają czém za to zapłacić.
Albert się rozśmiał wesoło.
— Trzeba i tych iczów zobaczyć! jedzmy do Sytkowa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.