Dramat (Czechow)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Dramat
Pochodzenie 20 opowiadań
Data wydania 1937
Wydawnictwo Śląskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze „Polonia” S. A.
Miejsce wyd. Katowice
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Драма
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

Dramat

— Pawle Wasiliczu, jakaś dama pana prosi! — zameldował mi Łukasz. — Czeka już całą godzinę.
Paweł Wasilicz był dopiero co po śniadaniu. Usłyszawszy o damie, skrzywił się i powiedział:
— Pal ją diabli! Powiedz jej, że jestem zajęty.
— Ona już piąty raz tu przychodzi. Mówi, że bezwarunkowo musi się z panem zobaczyć.... Prawie że płacze...
— Hm... Niech będzie, poproś ją do gabinetu...
Paweł Wasilicz, nie spiesząc się, włożył marynarkę, wziął do jednej ręki pióro, do drugiej książkę i, udając, że jest bardzo zajęty, poszedł do gabinetu. Tam oczekiwał go już gość — wysoka, tęga kobieta o czerwonej twarzy, w okularach, o bardzo poważnym wyrazie twarzy, ubrana bardziej niż przyzwoicie. Ujrzawszy literata, wzniosła oczy i złożyła ręce jak do modlitwy.
— Pan naturalnie mnie pamięta... — zaczęła wysokim, męskim tenorkiem, widocznie zakłopotana. — Ja... ja... miałam przyjemność poznać pana u Chruckich... Jestem Muraszkina...
— A—a—a... mmm... Proszę siadać... Czym mogę pani służyć?
— Ja, ja, widzi pan... — ciągnęła dalej dama, zdradzając coraz większe zakłopotanie. — Jestem Muraszkina... Jestem, widzi pan, wielką wielbicielką pańskiego talentu i zawsze z rozkoszą czytam pańskie dzieła, niech pan nie sądzi, że mu schlebiam... broń Boże... oddaję panu tylko, co się panu należy. Czytam pana ciągle, ciągle... Po części i mnie samej nie jest obce autorstwo... rozumie się, nie śmiem siebie nazywać literatką, ale i moja kropla miodu jest dołączona... Drukowałam w ciągu pewnego czasu trzy powiastki dla dzieci... pan, rozumie się, nie czytał ich... Tłumaczyłam też dużo i... mój nieboszczyk brat był współpracownikiem miesięcznika „Dieło“.
— Hm... tak... Czym mogę służyć?
— Widzi pan... — Muraszkina spuściła oczy i zarumieniła się. — Znam pański talent i pańskie poglądy i chciałabym usłyszeć pańskie zdanie, albo raczej... zasięgnąć pańskiej rady... Trzeba panu wiedzieć, że — pardon pour l’expression — spłodziłam dramat i zanim poślę go do cenzury, chciałabym usłyszeć pańską opinię...
Twarz Muraszkinej przypominała schwytanego ptaka, przy czym nieznajoma dama nerwowo poszarpała w swojej sukni i wydobyła duży, gruby zeszyt.
Paweł Wasilicz lubił tylko swoje artykuły, cudze zaś, które miał przeczytać, albo których musiał słuchać, sprawiały na nim wrażenie lufy armatniej, skierowanej wprost w jego oblicze. Ujrzawszy zeszyt, przeraził się i rzekł pospiesznie!
— Dobrze, niech pani zostawi... Przeczytam...
— Pawle Wasiliczu! — powiedziała Muraszkina, podnosząc się i składając błagalnie dłonie jak do modlitwy. — Wiem, że pan jest zajęty, że każda chwila pańska jest droga, wiem też, że w duszy swej posyła mnie pan do diabła, ale... bądź pan tak dobry i pozwól, że przeczytam mu swój dramat zaraz. Bądź pan tak uprzejmy...
— Bardzo jestem rad... — zaciął się Paweł Wasilicz — ale, szanowna pani... jestem bardzo za zajęty. Muszę zaraz wyjechać...
— Pawle Wasiliczu! — jęknęła dama i oczy jej zaszły łzami. — O ofiarę proszę! Jestem natarczywa, natrętna, ale bądź pan wspaniałomyślny. Jutro wyjeżdżam do Kazania i chciałabym dziś wiedzieć pańskie zdanie... Ofiaruj mi pan pół godziny uwagi... tylko pół godziny... Błagam pana!
Paweł Wasilicz był w gruncie rzeczy niedołęgą i nie umiał odmawiać. A że w dodatku wydało mu się, że dama ma zamiar rozpłakać się i paść na kolana, zmieszał się i wybełkotał w roztargnieniu.
— Dobrze... Niech już będzie... Posłucham... Pół godziny jestem gotów...
Muraszkina wydała okrzyk radosny, zdjęła kapelusz i rozsiadłszy się, zaczęła czytać.
Na wstępie przeczytała o tym, jak lokaj i pokojówka, sprzątając wspaniały salon, długo opowiadali o jakiejś panience, Annie Sergiejewnie, która założyła we wsi szkołę i szpital. Po wyjściu lokaja pokojówka wypowiedziała długi monolog o znaczeniu oświaty, potem Maruszkina sprowadziła na nowo lokaja do salonu i kazała mu wyrecytować duży monolog o panu generale, który nie uznaje przekonań córki, chce ją wydać za bogatego szambelana, uważa bowiem, iż ciemnota jest zbawieniem ludu. Po wyjściu pokojówki zjawia się sama panienka i oznajmia widzom, że nie spała całą noc, myśląc o Walentym Iwanowiczu, synu biednego nauczyciela, który pomaga bezinteresownie choremu ojcu. Walenty posiadł wszystkie nauki, ale nie wierzy ani w przyjaźń, ani w miłość, nie widzi celu w życiu i pożąda śmierci, dlatego też panienka musi go ratować...
Paweł Wasilicz słuchał i z utęsknieniem wspominał swoją kanapę. Z nienawiścią patrzył na Muraszkinę. Czuł, jak jej męski tenor wali w jego bębenki uszne, nic nie rozumiał i myślał:
— Licho cię przyniosło... Bardzo mi się chce słuchać twoich bzdur... Co ja jestem winien, ześ napisała dramat?... Boże święty, jaki gruby zeszyt, kara Boska...
Spojrzał na ścianę, gdzie wisiał portret żony, przypomniał sobie, że kazała mu ona kupić i przywieźć ze sobą na letnisko pięć metrów tasiemki, funt sera i proszku do zębów...
— Żebym tylko nie zgubił próbki tasiemki, — myślał — gdzie ja ją wpakowałem? Zdaje mi się, do granatowej marynarki... A przeklęte muchy... zdążyły już popstrzyć portret żony... Trzeba będzie wyczyścić szkło... Czyta scenę XIII, więc wkrótce będzie koniec pierwszego aktu... Czyż przy takim cielsku możliwe jest natchnienie... Co za upał!...
— Czy pan nie uważa, że ten monolog jest trochę za długi? — spytała nagle Muraszkina, wznosząc oczy z nad rękopisu.
Paweł Wasilicz nie słyszał monologu. Zmieszał się i wyrzekł takim wzruszonym głosem, jak gdyby nie dama, lecz on sam napisał dramat.
— Nie, wcale nie, bardzo sympatyczne...
Muraszkina zapłonęła z radości i czytała dalej
Anna: — Pana strawiła analiza. Zawcześnie przestał pan kierować się sercem i zaufał rozumowi.
Walenty: — Co to jest serce? Jest to pojęcie anatomiczne. Nie uznaję go jako symbolu tego, co nazywamy uczuciem.
Anna (zmieszana): — A miłość? Czyż i ona jest wytworem skojarzenia wyobraźni? Powiedz pan otwarcie. Kochał pan kiedy?
Walenty (z goryczą): — Nie będziemy jątrzyć dawnych ran. Nad czym się pani zamyśliła?
Anna: — Zdaje mi si, że pan jest nieszczęśliwy?
Podczas szesnastej sceny Paweł Wasilicz ziewnął i niechcący wydał taki dźwięk, jaki wydają psy przy łapaniu much, zląkł się tego nieprzyzwoitego dźwięku i aby go zamaskować, nadał swej twarzy wyraz współczującej uwagi.
— Scena czternasta. Kiedy nareszcie koniec? — myślał. — Boże Drogi! Jeżeli ta męczarnia potrwa jeszcze dziesięć minut to krzyknę na alarm. Nie do zniesienia...
Ale oto dama zaczęła czytać prędzej głośniej, podniosła głos i przeczytała:
— „Kurtyna spada“.
Paweł Wasilicz z lekka westchnął i chciał już wstać, ale Muraszkina błyskawicznie przewróciła stronicę i czytała dalej:
— Akt drugi. Scena przedstawia ulicę na wsi. Na prawo szkoła, na lewo szpital. Na schodach szpitala siedzą włościanie i włościanki.
— Przepraszam... — przerwał Paweł Wasilicz. — Ile jest wszystkich aktów?
— Pięć! — odpowiedziała Muraszkina i natychmiast, jakby się bała, żeby słuchacz nie uciekł, ciągnęła dalej. — „Z okna szkoły wygląda Walenty. Widać, jak w głębi sceny włościanie niosą swój dobytek do karczmy“.
Jak skazany na śmierć i przekonany o niemożliwości ułaskawienia Paweł Wasilicz już nie oczekiwał końca, nie spodziewał się niczego i tylko robił wysiłki, by mu się nie skleiły powieki, żeby zachować na twarzy wyraz uwagi. Przyszłość, kiedy dama skończy dramat i pójdzie, wydawała mu się tak daleką, że nawet nie myślał o niej.
— Tru-tru-tru-tru... — dźwięczał w jego uszach głos Muraszkinej. — Tru-tu-tu... Ż-ż-ż-ż...
— ...Zapomniałem zażyć sody. — myślał. — O czym to? A, o sodzie... Prawdopodobnie mam katar żołądka... Dziwna rzecz. Smirnowski cały dzień wódkę trąbki i dotychczas nie ma kataru żołądka... Na oknie siadł jakiś ptaszek... Wróbel...
Paweł Wasilicz zrobił wysiłek, by otworzyć zamykające się powieki, ziewnął, nie otwierając ust i spojrzał na Muraszkinę. Wydała mu się jakby we mgle, chwiała się w jego oczach i sięgała głową sufitu.
Walenty: — Nie, pozwól mi pani odjechać!
Anna (przerażona): — Po co?
Walenty (na stronie): — Ona zbladła (Do niej). Nie zmuszaj mnie do wyłuszczania przyczyn. Umrę raczej a nie dowie się pani przyczyny.
Anna (po pauzie): Pan nie może odjechać.
Muraszkina zaczęła się powiększać, nabrzmiała do ogromnych rozmiarów i zlała się z szarym tłem gabinetu, widać było tylko jej poruszające się usta, potem nagłe stała się maleńka, zachwiała się i razem ze stołem znikła w głębi pokoju.
Walenty (trzymając w obięciach Annę): — Tyś mnie wskrzesiła, wskazała mi cel życia. Tyś mnie odświeżyła, jak wiosenny deszcz odświeża rozbudzoną ziemię! Lecz za późno, za późno. Pierś mą pożera nieuleczalna choroba...
Paweł Wasilicz drgnął i utkwił osowiały, mętny wzrok w Muraszkinej. Przez chwilę patrzył jakby skamieniały, nic nie rozumiejąc.
— Scena jedenasta. Ciż sami, baron, komisarz, świadkowie.
Walenty: Bierzcie mnie!
Anna: — Należę do niego! Bierzcie mnie! Tak, bierzcie i mnie. Ja kocham go, kocham nad życie!
Baron: — Anno Sergiejewno, nie zapominaj, że gubisz tym swego ojca!
Muraszkina znowu zaczęła nabrzmiewać...
Paweł Wasilicz z dzikim wejrzeniem zerwał się z miejsca, z piersi wydarł mu się niesamowity okrzyk, schwycił ze stołu ciężki przycisk i tracąc przytomność, z całej siły uderzył nim w głowę Muraszkinej...
— Wiążcie mnie! Zabiłem ją! — rzekł po chwili do służby, która nadbiegła.
Sędziowie przysięgli uniewinnili go.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: anonimowy.