Do uświadomionej robotnicy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Szenwald
Tytuł Do uświadomionej robotnicy
Pochodzenie Utwory poetyckie
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Książka”
Data wydania 1946
Druk Zakłady Graficzne „Książka”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

Do uświadomionej robotnicy

(Canzona)


Jak lubię patrzeć z okna,
gdy w mgłami świt omyty
wychodzisz z węzłem sił porannych w sobie!
Pada twój lotny krok na
różowiejące płyty
i twarz się twoja śmieje w słonecznym zasobie.
Lecz drobne ręce obie,
całowane wietrzykiem,
nie mają czasu na to,
by powionąć zapłatą
fali powietrznej, która żegna cię z okrzykiem.
Bo w dali, nad domami,
czernieje komin, smuga dymu błękit plami.

Już poważnieją oczy
i uśmiech z twarzy znika,
na chwilę się pojawia, kiedy swoich witasz.
Już jesteś tam, już tłoczy
mozół pierś robotnika,
i tylko głuchy szum snuje się przez korytarz.
Widzę cię znów, gdy czytasz,
wsparta o starte krosna,
tekst pogniecionej kartki.
Jest przerwa. Umilkł wartki

tok lśniących maszyn. Za oknami płynie wiosna.
Niedoczytane słowa
rosną w olbrzymie myśli, w oczach rośnie głowa.

I oto sfruwa z lic twa
zaduma. Plan obronny
dojrzał. Zwołujesz ludzi, z miedzią głos kojarzysz.
Pył włókien, krzyk zwierzchnictwa,
pot czół i godzin tonny
rzucasz na jedną szalę, w drugiej — walkę ważysz.
Niejeden cię towarzysz
słucha z zapartym tchnieniem,
słowa z twych warg wyrywa,
jakby to była żywa
kaskada ziaren, skośnym przeszyta promieniem.
Kropla twej mocy padła
nawet w tych, którym serca chodzą jak wahadła.

O, nigdy nie zapomnę
tej chwili, gdyście razem
strajk rozpoczęli, który dziś w pieśniach się sławi!
Oczy miałaś ogromne
i radując wyrazem
tej drobnej twarzy, którą piegów mgiełka rdzawi,
wołałaś: „Nic nie zdławi
mas jednolitej siły!“
Zmierzchu iskra czerwona
padła ci na ramiona,
gdy pod oknem, na które pająki schodziły,
narady wiodłaś z braćmi.
Krąży papieros... to zajarzy się, to zaćmi...


Łódź, gdy jej odjąć stery,
wpada we wir i ginie,
inaczej strajk, co w tonie własnym wodzów rodzi.
Przez dni dwadzieścia cztery
trzymał się na głębinie
ten okręt robotniczy w pogwizdach powodzi.
Tyś była sterem łodzi!
Gdy ciebie dłoń zdradziecka
wydarła oczom bratnim,
gdy uśmiechem ostatnim
żegnałaś strajk — to jakby kto żegnał trup dziecka.
Lecz natychmiast za wiosła
chwyciło dwieście rąk: łódź dalej się poniosła.

Dzisiaj w powietrzu brzmi nasz
śpiew bólu i wyzwania,
jeszcze na wpół pod ziemią mieszkamy, jak krety.
Lecz ty już przypominasz,
choć krata patrzeć wzbrania,
te inne, wolne, piękne, zwycięskie kobiety!
Traktory i lawety,
kule, serca i kłosy
historii okrąg kręcą.
Gdzie jesteś ty, z dziewczęcą
twarzą, którą najprostsze okalają włosy?
Czy w mrocznych celach Wronek,
czy w Płocku brzmi twojego głosu jasny dzwonek?

Choć nieraz dłoń wzniesiona trafia na żelazo,
rośnie i wzrośnie w końcu
siła, która pozwoli przywrócić cię słońcu.

Lewar, 1935 r.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Szenwald.