Dewajtis/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Dewajtis
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1911
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV.

Zima nadeszła dziwnie lekka. Bywały śniegi i deszcze, potworzyły się odmęty, błota, ale do Bożego Narodzenia nie stanęły lody. Dubissa huczała wzburzona, nabrzmiała, a młyny mełły, turkotały na szczęście Marka, niosąc mu tyle pożądany grosz.
Jego samego nikt nie widział z tej strony. Siedm poświckich folwarków, trzy gorzelnie, dostawy zboża i mąki pochłaniały mu dni i noce.
A zresztą pocoby tam jechał? U Wojnatów myślano o weselu, czekano tylko końca adwentu; Ragis z ciotką pracowali, jak mrówki, a w Skomontach nie było nikogo. Parę razy macocha, przyciśnięta potrzebą, odbyła podróż do Canossy[1], do poświckiej oficyny, miluchna, uśmiechnięta, choć ją do rany przyłóż. Brała pieniądze, dawała potrzebne zapewnienie i odjeżdżała rychło. Na święta zatęskniła za Witoldem, który się bynajmniej do domu nie kwapił, i wyjeżdżała do Rygi, mało się troszcząc, jak Niemiec użyje czasu jej nieobecności.
Dla Marka za Dubissą nic nie istniało. Ani Marty, ani pracy, ani przyjaciela. Dewajtis stał żałobny i milczał pod powłoką szronu, ludzie potrosze zapomnieli o nim, ziemia leżała pod śniegiem.
Poświcie miało sporo sąsiedztw, ten i ów z młodzieży zajeżdżał niekiedy za interesem. Zapraszano go na polowania, wciągano w towarzystwo.
Bywał rzadko, z obowiązku, z konieczności, przesiadując ze starymi gospodarzami; unikał zebrań wesołych, wymawiając się żałobą. Nie lubił rozmawiać, a szaleć z młodzieżą nie potrafił.
Najczęściej, gdy chwilę miał wolną, siadał na koń i jechał do Jurgiszek. Stara pani Janiszewska dożywała tam resztek życia, ociemniała i niedołężna. Wnuczka niedorosła doglądała jej, a stary Czertwan gospodarzył na folwarku. Gdy umarł, staruszka sprowadziła Marka, oddała mu klucze, księgi i wiarę, jaką pokładała w ojcu.
Mizerna to była fortuna, pełna piasków i mokrych wypasów. Trzy młyny stanowiły całe bogactwo, dawały chleb dwom kobietom.
Powoli, nieznacznie, sam nie wiedząc, jak do tego przyszło, Marek nawykł przesiadywać w ich schludnym saloniku długie jesienne wieczory, czytywać głośno gazety i książki, słuchać jej opowieści z gorących czasów i rzewnych, cichutko wygrywanych na starym klawikordzie melodyi wnuczki. Stary zegar wydzwaniał kuranty, ogień trzaskał, było mu dobrze, spokojnie. Dziewczynka była chorowita, babka przygłucha, nieufna do ludzi. Ubóstwo wyzierało zewsząd, nikt też ich nie odwiedzał oprócz niego, i jego jednego witały ze smętną radością. Przywoził im pieniądze, wiadomość jaką, wnosił w posępne ściany, jakby kłąb świeżego, zdrowego powietrza! Gdy odjeżdżał późną nocą, pani Janiszewska wzdychała smutnie, Jadwisia zamyślała się długo, nasłuchując szumu wiatru posępnego.
A o Orwidach tymczasem nie było żadnej wieści. Stary Jazwigło rozpisał wezwania po gazetach, Hanka, na zlecenie Marka, uczyniła to samo w Paryżu, on pisał do Kazimierza, prosząc o zasięgnięcie języka na Wschodzie — wszystko daremnie! Po złote runo[2] w zakątku Żmujdzi nikt nie przybywał.
Czas się wlókł ciężko dla biednego administratora tych bezpańskich skarbów. Niekiedy, gdy patrzał na pełne gumna, i stada bydła, i złoto, płynące falą do jego biura, opadała go rozpacz. Dla kogo to i poco?
To znów, gdy spojrzał na pałac osamotniony, pełen cennych zabytków, gotów w każdej chwili na przyjęcie tych, którzy może nie istnieli już, gorzko się uśmiechał.
A wreszcie, gdy sam wracał do oficyny, zmęczony, przeziębly i głodny, z długiej kontroli folwarków, opadała go szalona apatya[3] i wściekłość. I pytał się po raz setny: dla kogo to i poco?
Tysiąc mniej lub więcej dla tych umarłych, co znaczy?
Po co czekać dziewięć lat jeszcze bez żadnego skutku, po co się zamęczać?
Wtedy zwykle wybierał się do Saudwilów pofolgować sobie, wypocząć we własnej zagrodzie...
I jechał, daleko nadkładając drogi, na prom za Jurgiszkami.
Nigdy doń się nie dobrał. Po drodze myślał, wspominał ojca, kawał sygnetu na piersi i ten napis na nim ledwie czytelny:
Judica me Deus et discerne causam meam...
Zawracał i po chwili siedział już naprzeciw ociemniałej, wsłuchany w motyw melodyi, powtarzając w duchu:
»Osądż mnie, Boże, i rozeznaj sprawę moją!«
Ogień się palił, brzmiała muzyka, a z mroku od klawikordu patrzyły nań smętne oczy bladego dziecka, błagające, a harde zarazem...
On ich nie widział, nie uważał, ale ludzie zaczęli szeptać i Ragis pewnego wieczoru zjawił się w Poświciu. Było to przed samą kolendą.
— Mój synku, to się nie godzi! — zawołał z progu. — Wyrzekłeś się nas? Co? Ho, ho, ho! To brzydko! Tego ciebie na chrzcie nie nauczyłem!
— Nie mam czasu — odparł Marek po serdecznem przywitaniu.
— Nie kłam, bo ci z tem nie do twarzy! Ma się rozumieć, udaje się kłamać, ale nie przed czarownikiem! Ejże! ot, ja ci powiem, czemu nie przyjeżdżasz do Saudwilów! Wstyd ci przedemną!
— Przed wami? Za co?
— Boś mi coś ukradł!
— Ja?
— Aha! To się wie! A ja przyjechałem odebrać.
— Wiele mam cudzego, ale waszego, Rymku, nic!
— Masz! Ukradłeś mi lubczyk, co się suszył na kominie! — zawołał stary, grożąc palcem. — Co? może nie?
Młody potrząsnął głową.
— Jeżelim go miał, to i swój zostawiłem w Saudwilach. Na co mi on teraz?
— Aha! Doprawdy? To czasu nie masz odwiedzić nas starych, w Jurgiszkach siedzieć, to czas jest? Ho, ho, ho!
— Przecież lubczykiem pani Janiszewskiej nie traktuję!...
Ragis oczy zmrużył i ręce załamał.
— Oh, oh, oh! Tożto ludzie z tej strony zębów dostają? Patrzajcieno go! panią Janiszewską głowę mi zawraca! A toż ci się zdaje! Albo to panna Aneta nie umie położyć kabały? Wczoraj mi powiedziała: Markowi gody się gotują przez czyjąś śmierć, a na sercu mu szatynka! Aha! teraz się czerwienisz! Dopieroś poczuł, a jak cały świat paple, toś głuchy i ślepy? Myślisz, żeś kuropatwa, co dla bezpieczeństwa głowę chowa!
Marek istotnie zarumienił się lekko i chwilę milczał, namyślając się. Potem obojętnie ramionami ruszył.
— Język ludzki młyn na plewy! — zamruczał.
— A jam nie rad, jak ty między temi plewami! No, powiedz bez wykrętów: kochasz pannę Janiszewską? myślisz ją brać?
Czertwan głowę zwiesił i odparł głucho:
— Jedną kochałem i chciałem brać! Drugiej już nigdy nie zechcę! Ciotka niech lepiej położy kabałę, czy Orwidowie wrócą; to mi jedno na sercu! Zresztą nic!
— To żle! Wstyd mi za ciebie, bo po pierwsze, miałeś kiepski gust, a jeszcze kaduczniejszą masz naturę, że tego śmiecia żałujesz! No, to tak naprawdę nie zatańczę na tem weselu i ty swego nosa nam nie pokażesz?
— Przyjadę jutro.
— Wiesz co, lepiej dzisiaj pod moją eskortą[4]! Bo jutro gotóweś zagrzęznąć koło promu i nie dojechać! Ja to wiem po sobie! Kawaler kawalera rozumie!
Tak. Ludzie gadali cuda o ich stosunku, a oni jedni tylko o tem nie wiedzieli. Marek się obejrzał, zastanowił i cały tydzień nie odwiedził samotnic.
Na tradycyonalną[5] wigilijną wieczerze panna Aneta sprawiła mu sążnistego szczupaka z szafranem i starożytną »kutyę«, na zimno — obiecał przyjechać.
Nad wieczorem wybrał się tam pierwszą sanną, na zawrocie do Jurgiszek popędził konia. Czuł wyrzut sumienia, że mija to sieroctwo, opuszczone od wszystkich.
Nagle z wysady parobczak konny wyskoczył na drogę, spojrzał, i zatrzymał go zdyszanym głosem:
— Stara pani prosi na minutkę.
Zawrócił, nie mówiąc słowa.
Babka z wnuczką były, jak zwykle, same u stołu, nakrytego sianem.
Powitały go przeproszeniem.
— Pan zajęty, śpieszy do swoich. Chciałyśmy z panem opłatkiem się podzielić.
Ucałował ręce staruszki — błogosławiła go. Przed wnuczka głęboko się ukłonił — miała łzy w oczach.
— Nie mamy nikogo! — rzekła pani Janiszewska — rodzina niewielka i jeden przyjaciel, pan! Dlatego byłyśmy natrętne. Pan wieczerza w Poświciu?
— Jeśli pani pozwoli, tutaj — odparł po swojemu, krótko.
I został. Zapomniał o Ragisie i szczupaku, i plotkach ludzkich. Pod chropowatą powierzchnią dźwięczało w jego duszy szczere złoto. Około północy, gdy siedział milczący i słuchał kolendy, śpiewanej przez Jadwisię, nagle służąca ukazała się w progu.
— Przyjechał po pana ciwun[6] z Poświcia — oznajmiła.
Pożegnał się i wyszedł. Wójt dworski istotnie czekał go w sieni.
— Co się stało?
— Ja nie wiem, panie! Ktoś przyjechał pocztą i na gwałt kazano po pana jechać!
— Orwid — zamajaczało, jak gwiazda zbawienna, w głowie Czertwana. Nie pamiętał, by mu kiedy tak biło serce.
Wziął ciwuna na sanie i, o cudo, rozmawiał!...
Widziałeś tego pana?
— A jużci! Cały dwór widział. Młody, cienińki, maleńki, z bródką! Musić to kupiec ruski. Jakościś ubrany, niby w spódniczce po kolana, i po rusku mówił z panem Sawgardem.
— Orwid! — brzmiało coraz radośniej w duszy Marka. Popędzał konie, leciał, jak do kochanki!
Wjeżdżając na dziedziniec, spojrzał w okna pałacowe. Były ciemne, jego tylko mieszkanie stało oświetlone.
— Czemuście pana tam nie wprowadzili? — zawołał zgorszony.
— Czyż ja wiem? — odparł wójt — musić tak chciał.
Stanęli pod gankiem. Marek wyskoczył, żywo otworzył drzwi.
Gość stał u stołu, na którym kipiał samowar, i zwijał papierosa, pogwizdując bez ceremonii.
— Dusza moja, a gdzież ten wasz uprawlajuszczyj? — zagadnął, nie oglądając się.
Markowi na ten głoś opadły ręce: prawie rozpacz przemknęła mu po twarzy.
— Kazimierz! — wykrzyknął.
Młody człowiek rzucił papierosa, podbiegł, objął go za szyję i począł ściskać i całować.
— Witaj, brat miły! Witaj! — wołał ze łzami w oczach. — Ot i ja przyjechał na rodzinę. Co? Ty mnie poznał? Ha? Wyrósł ja?
Marek obejrzał przyrodniego brata uważniej.
Wyrósł, zapewne, ale jakże się zmienił! Z ładnego młodego chłopca stał się człowiekiem chudym, bladym, obrzękłym, już trochę łysym, ze szkłami na wpadłych oczach. Jucht czuć od niego było, zmieszany dziwacznie z paczulą[7] i słodkawym dymem tytuniu. Atmosfera klubowej szulerni[8].
— Głos poznałem — rzekł starszy, obserwacye[9] chowając dla siebie. — Możeś głodny, zmęczony? Z daleka jedziesz?
— Z Rygi, brat miły! Szelma Witold ma ładną kochankę! Prosto duszka! Już ja się od lata zabieram jechać do was, zaraz po twojem piśmie, ale między tem wypadł interes! Nie było jak!
— Rad jestem, żeś wrócił nareszcie! Siadaj, proszę. Nie słyszałeś czego o Orwidach?
— Ani psa! Zbierałem sprawki najdelikatniej, ale bez żadnego skutku!
Ogrodniczek, pełniący zarazem funkcyę[10] lokaja Marka, przyniósł wieczerzę. Zasiedli do niej we dwóch. Gość zażądał wódki i pił kieliszek po kieliszku, paplając coś bez ustanku. Gospodarz podparł głowę łokciem i słuchał, coraz posępniejszy.
Stanął mu w pamięci ów wieczór jesienny, gdy po
liście Kazimierza poszedł na Dewajtę. Szumy dębowe nie darmo go ostrzegały przed odejściem!
— Epopeja[11], moja jazda — prawił Kazimierz, upajając się własnemi słowami. — Tydzień żegnaliśmy się z druhami. W niedzielę zaprosił mnie starszy sowietnik[12], w poniedziałek dał kolacyę prokuror[13], we wtorek byłem u kupca C., we wtorek na bliny zawołał do siebie przeświatly ojciec Nikanor, we czwartek poszedłem do mojej przyjaciółki wdowy Pelagii Fokowny, a w piątek na dworcu dałem ja kolacyę kolegom. Nikt nie był trzeźwy, szampeter[14] lał się jak woda, oczyszczonej zabrakło w bufecie. Zapłaciłem 600 rubli daremnych, bo je wybębniłem w stukułkę[15], i pojechałem z płaczem. Oh, miły brat! Jak mnie ciężko przyszło rozstać się z dobrymi ludźmi! Spałem spokojnie do Kołymny, aż tam kiedy wyjrzę, na platformie sotnia cyganek i cyganów. Ktoś im dał wiedzieć, że jadę; przyszli z powitaniem i z pieśnią. A ty słyszał kiedy cygańską pieśń? Jak pieją! Dusza mój! Nic piękniejszego niema na Bożym mirze[16]! Na rękach mnie wynieśli i trzy dni trzymali i gościli. Tak ja nigdy nie biesiadował. A co pierzyn nasłali! Cha, cha, cha!
— Z matką się widziałeś? — zagadnął Marek, obojętny na te sukcesa[17].
— A jakże! pisałeś, że ojciec — daj mu Boże zbawienie — zostawił i dla mnie majątek i kapitał. No, a gdzieże oni?
— W matki zarządzie.
— Jakże to? A ona mówiła, że u ciebie znajdę!
— To źle mówiła, bo ja nic o tem nie wiem. Ojciec tobie, jak każdemu z nas, dał 5.000 rubli, Ejniki przytem i błogosławieństwo, jeśli wrócisz! Mnie kazał Poświcia pilnować i do was się nie wtrącać.
— To płocho[18], brat miły, bo ty jedna głowa. Oni mnie gotowi naduć[19]! — rzekł Kazimierz frasobliwie.
Na pociechę wypił kieliszek.
— Niczego! — zawołał z fantazyą. — Połóżmy[20] nawet, że nic nie dadzą, to mi teraz nie strach! Żałoby nie założę. Połuczam[21] tysiąc rubli żałowania! Można żyć! Żebym chciał, tobym był bogatszy, mogłem się ożenić. Aha, prawda! Toż i ja ciebie dziś spłoszył od panienki.
Marek obojętnie ramionami rzucił. Kazimierz więcej się nie pytał, sen go morzył, coraz ciężej obracał językiem, mrugał oczyma, rozkładał się wygodnie w fotelu, wreszcie zachrapał! Gospodarz polecił go opiece ogrodniczka, a sam wyszedł na ganek. Atmosfera pokoju tłoczyła mu piersi! Godzinę stał na ganku, obojętny na mróz. Myśli jego były daleko, przy grobie ojca. Jaki on był szczęśliwy, że umarł, nie zobaczywszy dnia tego!
Nazajutrz, kto żył we dworze, pod przewodem rządcy spędził ranek w kościele.
Gość spał, potem zjadł obiad i znowu spał. Marek kazał konia założyć i ruszył do Saudwilów. Pierwszy raz czuł potrzebę podzielenia się z kimś swoją nową troską. Wczesny mrok zimowy zapadał, gdy wjechał w ulicę.
Ze wszystkich okien biło światło, odzywały się wszędzie skrzypce i bębenki, gromady postrojonych chłopaków chodziły z kolendą, u Wojnatów tańczono ochoczo, tłum otaczał zagrodę, tylko jego chata cicha i prawie ciemna.
Wielki czarodziej i panna Aneta grali sobie w maryasza[22] przy kominie. Żałowali świecy zapewne.
Wszedł, powitany zajadłem szczekaniem i piskiem menażeryi.
— Marek! — powitała go radośnie ciotka — a to dopiero miła niespodzianka!
— Cicho, hołota! — zakrzyknął Ragis, robiąc porządek swą drewnianą nogą. — Aha! niespodzianka! Czemu to tej miłej niespodzianki nie było wczoraj! Nie zjadłbym całego szczupaka i nie chorował dzisiaj! To się wie! Nasz pan raczkami się karmił panieńskimi i o Bożym świecie zapomniał!...
— Niech go jegomość nie konfunduje[23] — wdała się panna Aneta. — Dzięki Bogu, że jego biednego co cieszy! Siądź kochanieńki przy kominku! Ogrzej się! Nie frasuj! Zaraz cię ugoszczę, jak mogę.
W futrzanym tołubku, uśmiechnięta, serdeczna, starowina wyglądała młodsza o lat dziesiątek. Spokój i zgoda wyrównała brózdy po dawnych łzach. Krzątała się, jak za dobrych czasów. A Ragis burczał:
— Panna Aneta wszystkiemu rada. Mordercęby ugościła. Aż złość słuchać. Chłopiec do reszty się rozpuści przez te pieszczoty. Ho, ho, ho! Ja inaczej! Żołnierz w szeregu. Dobrze. A dezerter[24]? Kula w łeb. To się wie:
— Nie słuchaj, Mareczku, nie słuchaj! — wołała poczciwa kobieta, znosząc na stół różne specyały.
Zbyteczne było ostrzeżenie. Marek znał Ragisa, pozwalał mu wygadać się. Usiadł u ognia i w milczeniu grzał pokostniałe ręce. Z ulicy dobiegała aż tu kolenda, to znowu muzyka i tupanie u Wojnatów.
W tej chwili z sieni otwarto drzwi i ukazała się ospowata, przerażona twarz Grenisa; wedle regulaminu[25] — Proszę pana kaprala! Nieszczęście! — wyjęczał.
— Raportować krótko i wyraźnie! — zawołał gromko Ragis, wstając.
— Jakiśćić cudzy koń stoi między naszymi. Może złodzieje podrzucili, a może, uchowaj Chryste, złe się pokazało! — wybełkotał parobek.
— Jesteś gęś! — wrzasnął mu nad uchem ekskapral — nie mogąc śmiechu utrzymać, tak głośno, że chłopak otworzył oczy, spojrzał i zawstydzony uciekł czemprędzej.
— Poczciwy Grenis! — uśmiechnęła się panna Aneta.
— Co to poczciwy? — oburzył się kaleka — proszę powiedzieć: głupi! Ale kto tam przekona pannę Anetę? Ot, co znaczy opuścić swoich! Za złodzieja cię biorą albo złego ducha. Dobrze ci tak!
— Wczoraj nie mogłem być — odezwał się nareszcie Marek.
— Dlaczego?
— Bo Kazimierz przyjechał...
Starzy oniemieli z podziwu i radości. Po chwili dopiero zaczęły się wykrzykniki:
— Przyjechał — powtórzył Marek posępnie — ziemi dochodzi i pieniędzy. A jaki, zobaczycie sami. Ja nie poznałem.
— Czemuś go nie przywiózł? — spytali oboje razem.
— A jak? Kiedy spał. Wypił za wiele. Nie zrozumielibyście, co gada!
Zamilkli wszyscy troje owem ciężkiem milczeniem, co kryje zgrozę, ból i często serdeczne łzy. Jedzenie stało nietknięte, ognia nikt nie podsycał.
— Biedne dzieciątko — szepnęła staruszka i dodała coś niewyraźnie, może modlitwę.
Ragis brodę podparł pięścią i gryzł wąsy, wreszcie wzdrygnął się cały.
— Cóż będzie z tego? — spytał głucho. — Zostanie tu, czy wróci?
— Bóg wie — zamruczał Marek.
Panna Aneta złożyła ręce, wzrok zwróciła na obrazek ostrobramski nad swem posianiem. Łzy jej tamowały mowę:
— Matko Najświętsza! Przemów mu rodzoną mową do serca! Daj mu opanowanie, by nie odchodził już od nas! Tyś cudowna!
Stary wojak wstał i, stukając kulą, przeszedł się parę razy po izdebce.
— Nie puścić go i basta! — zawyrokował po żołniersku.
Potem zatrzymał się przed panną Anetą i rzekł:
— A co? Krzyczała panna Aneta: »Nie słuchaj, nie słuchaj!« A racya była moja! Za dezercyę kulą w łeb! Ale kto tam pannę Anetę przekona! Gotowa i tego ugościć.
— Jakże go nie pożałować biedniątka? On jak chory teraz!... — usprawiedliwiała się.
— At! — trzepnął stary rękoma. — Pannie Anecie było się urodzić kapelanem u kryminalistów! Ma się rozumieć, rozgrzeszałaby ich hurtem! No i cóż ty z nim zrobisz, Marku? — zagadnął.
— Zobaczymy! — odparł po swojemu Żmujdzin.
— Wyswatać mu pannę i jak najpredzej ożenić — doradził Ragis. — Ach, niema czarnej Julki, w sam raz dla niego połowica!
— Zatrzymaj go, Marku — szepnęła panna Aneta — może zapomni! Nie frasuj się nad miarę, daje Bóg troskę, da i pociechę!
Dłoń jej, stwardniała od pracy, spoczęła łagodnie na jego schylonej głowie, a on tę rękę wziął i w milczeniu do ust przycisnął.
— Gdzie ta pociecha dla mnie! — wyrzekł po chwili — Orwidów niema!
— Przyjadą! — wymówiła z mocą — niezadługo będą!
Podniósł głowę, smuga ożywienia i zajęcia zabłysła mu w oczach.
— Kto ciotce mówił? — zagadnął.
— We śnie ich widziałam! Nieopodal byli, a szli szparko. Zobaczysz, nie upłynie rok, a wyzwolą cię!
— Tere-fere! Sen mara! — zaśmiał się Ragis. — Ot, lepiej chodź do obory, pokaże ci z latarnią, jakie u nas cielęta dał Bóg na kolendę. Klacz także zrobiła niespodziankę. Źrebak jest jak malowany. Chodź!
Rozproszyło to nieco smutne myśli. Stary istotnie czary znał chyba. W każdym kącie widać było ład i dostatek, z chaty panna Aneta zrobiła czyste, schludne mieszkanko. Zapas był w śpiżarni i stodółce, bydło utrzymane na pokaz, a szkapy Grenisa parskały wesoło nad pełnym żłobem.
Przepowiednia ciotki i widok przeistoczonej zagrody napełniły otuchą Marka. Przez ten rok wypłacił macosze i Witoldowi sporą sumę, dokupił ziemi, nie żałował pieniędzy, na to wydanych, grosz dla niego nie był celem, był tylko środkiem wszechpotężnym. Nazywano go chytrym i skąpym, a on był tylko skrytym i wytrwałym. Od dziecka miał jedną myśl i pragnienie: utrzymać ziemię, jeden strach: dać ją sobie wydrzeć! Z drogi, raz obranej, nie schodził na cal, nie ustawał na minutę.
Kazimierz tymczasem rozgościł się w Poświciu! Dużo. spał i pił, a w przerwach czytał gazety, opowiadał swe tryumfy, lub pytał brata:
— Duszo moja, cóż będzie z mojem »dziełem«?
Tak nazywał interes ojcowskiej spuścizny.
— Czekajmy matki z Rygi... — odpowiadał Marek.
Po Trzech królach zaledwie rozeszła się wieść, że pani Czertwan wróciła; przyjechał też i Witold chory, zrezygnowawszy[26] na ten rok z nauki.
Kazimierz zażądał koni i pojechał, odziany w wojłokowe buty, ogromną, jak bocianie gniazdo, czapkę i tołub watowany i marszczony w pasie, który ciwun poświcki nazywał spódniczką. Ze wszystkich okien oglądano ten wyjazd, robiąc różne uwagi i śmiejąc się z cicha.
Stary ekonom, Sawgard, pluł i wąsy targał.
— Nasz starszy — tak nazywano Marka — to i dyablaby się nie zląkł, kiedy na tę poczwarę mógł patrzeć i nawet się nie skrzywił — zadecydował, gdy sanie zniknęły za bramą.
W oficynie poświckiej zapanowała dawna cisza. Administrator objeżdżał folwarki, rachował, rozprawiał się z kupcami, zbierał pieniądze i milczał.
Bystre jednak oko spostrzegłoby, że go trapił jakiś niepokój. Wyglądał często na drogę, słuchał uważnie każdego szmeru, czekał powrotu brata.
Po tygodniu pojechał za rzekę. Dubissę ściął już lód mocny, młyny zamilkły, prom ściągnięto na brzeg. Lekkie sanki przemknęły, jak duch, po wartkim niedawno prądzie, droga zimowa szła pod samemi Skomontami. Marek popędzał konia; niemiłym mu był widok dawnego dziedzictwa.
Wtem z dworskiej ulicy brzęczący zaprząg Witolda wypadł nań z impetem.
W saniach szeroko zajęła miejsce watowana spódnica Kazimierza.
— Postój! postój! — zaczął krzyczeć. — A gdzie to, duszeczka?
— Do Saudwilów! — odparł Marek, stając.
— Tak ja z toba... Ot dobrze wyszło, że ciebie spotkałem.
Przeniósł śpiesznie swą osobę na jednokonkę, forsownie ratując wojłoki ze śniegu. Ruszyli w stronę zaścianka.
Marek, wedle swego zwyczaju, o nic nie pytał, choć może raz pierwszy w życiu był czegoś ciekawy.
— A ja do ciebie jechałem — zaczął Kazimierz — czas wracać. Zasiedziałem się nad miarę. Gościli i poili, ale nie stoi[27] siedzieć bez potrzeby. Mamińka dała pud wędliny i jabłecznego sera. Biedna ona. Ciężko jej...
— Toż jest Witold... — wtrącił Marek.
— Co, on? Niedorośl[28]! Piwo szumi jeszcze! A jej cały kłopot — wyrzekł dobrodusznie Kazimierz i westchnął.
— Jak ja się obejrzał, tak i nic nie mówił o tym spadku. Poco dogryzać biedną kobietę? A ona, duszeczka, sama zaczęła ze łzami: »Ojciec dał Ejniki, to je weź sobie, mileńki. A pieniędzy to niema. Chorowałam, wzięła apteka. Święta kobieta! Dobyła z kufra precyozy[29] swoje i oddawała mnie na zastaw swoje ostatki. Aż mnie coś zaczęło klukać w sercu. Ledwie ubłagałem, żeby to przyjęła odemnie na podarunek. Bo i cóż, miły brat? Albo to mi życie te 5.000 rubli, albo matczyne szafiry i perły? Żonki nie mam, a cygance dać nie pięknie. Ot, wędliny to przyjąłem, bo to zakąska rzadka. Będzie czem druhów potraktować, jak wrócę.
— A Ejniki? — zagadnął Marek po chwili milczenia.
— Ejniki oddali. Oglądałem ich z Witoldem, ale trochę mieliśmy w czubie, to i niewiele widzieli. Koniak ma nasz młody, że prosto duszka!
Oblizał się z apetytem i zagadnął:
— A będzie tam u ciebie czem zakąsić?
Marek skinął głową i znowu badał:
— Cóż będzie z folwarkiem?
— Radzą oddać w dzieżawę! Nawet Żyda sprowadzili. Dawał sześćset rubli, ale ja się uparł na siedmset.
— Ja ci za niego dam siedmset — zamruczał olbrzym.
— Dasz? To i dzieło skończone. Ty gospodarz sławny! Zagospodarujesz, to będzie co sprzedać potem.
— Chcesz sprzedać? Nie zostaniesz na ziemi? — zamruczał Marek.
— Cha, cha! Jaki ty śmieszny! Na ziemi zostanę, bo do nieba wysoko!
— Jest jedna ziemia swoja, a tamta reszta, to wygnanie! Ja się pytam, czy znowu uciekniesz?
— Musze, miły brat. Mnie dzieło ziemię tutaj kopać, kiedy tam czekają miliony, byle brać! Ot ja tobie powiem sekret: My we trzech założyli towarzystwo handlu z kirgizami! Prowadzim w stepy perkale, a bierzem bydło i szerść wierbluda[30]! Zarabiamy sto na sto. Na co mnie Ejniki? Co?
— Jak chcesz sprzedać, to daj mi pierwszeństwo — rzekł powoli Marek. — Teraz nie mogę, ale za parę lat zapłacę.
— Z zadowoleniem, duszeczka! Hu, krzepki mróz! Sława Bogu, że dojeżdżamy. Ciotuszka nakazywała, żebym do niej zajechał.
Sanki wbiegły w ulicę zaścianka i stanęły.
Przed nimi cała przestrzeń zatłoczona była końmi i ludem, kilkanaście instrumentów tworzyło hałas piekielny, kilkadziesiąt głosów śpiewało chórem.
— Co to? odpust? — zagadnął Kazimierz.
Marek nic nie odparł. Zjechał w bok, zatrzymał konia i patrzał.
Naprzód na saniach jechała kapela, gwarno i barwno, za tem drugi zaprzag, pełen strojnych dziewcząt i kobiet, potem kilkoro młodzieży konno, za nimi wreszcie parokonne sanie, wysłane wzorzystym kilimkiem, a na nich ładna, jasnowłosa dziewczyna i chłopak czarniawy, uśmiechnięci radośnie.
Dalej znowu sanie i konni, a wreszcie dziatwa pieszo, krzycząc i machając czapkami.
Korowód otarł się o Czertwanów, a Margas, rozgniewany wrzaskiem, zawył żałośnie.
Przeleciało to wszystko cwałem i znikło, nim się Marek zdobył na odpowiedź bratu:
— Wesele!
— Toż poznałem i sam... Nawet niczego sobie panna młoda! Znasz ich?
— Znam.
— To ty na swadźbę[31] jechał?
— Nie.
— A czemuż nie?
Nie było odpowiedzi. Marek konia zaciął, jak wiatr minęli zaścianek, wjechali do zagrody. Tam nie myślano o weselu.
Grenis w ogromnym kożuchu poił z wiadra sędziwą Białkę, gadając coś do swawolnego źrebiaka; Ragis z żydem szli od »swironka«[32], kłócąc się o cenę jakiegoś ziarna na sprzedaż, a panna Aneta z dziewką stały u drzwi chlewa, naradzając się nad sposobem zaostrzenia apetytu apoplektycznych czworonogów, które już się o własnych siłach nie mogły podnieść.
— Pochwalony! — pozdrowił Marek.
— Na wieki! — odpowiedziano radośnie.
— Gościa przywiozłem!... — oznajmił, zsiadając.
Grenis otarł nos o rękaw i odprowadził konia, panna Aneta roztworzyła ramiona, a Ragis, widocznie nie rad z proponowanej ceny, pokazał Żydowi figę i wrota wymownym ruchem.
Nareszcie mógł Marek milczeć. Starzy opadli Kazimierza, jako niewinną ofiarę.
Olbrzym ostatni wszedł do izdebki, na kufrze panny Anety usiadł i, zwiesiwszy głowę, rozmyślał. Do rozmowy się nie mieszał.
Jak przez sen, brzmiały mu wyrazy: łagodny głos ciotki, łamana mowa brata, okrzyki Ragisa.
Nagle kaleka skoczył jak oparzony:
— Co? Wracasz? — zawołał gromkim głosem, stając przed Kazimierzem.
— A cóż? — zagadnął tenże, wytrzeszczając oczy zdumione, że go o to nawet pytać mogą.
Zapanowało głuche milczenie.
— To po coś tu jechał? — ozwał się wreszcie stary ponuro.
— Jakże po co? Pisał Marek, że ojciec umarł.
— No, to co? Już blizko rok, jak go pochowaliśmy...
— Aha! Czas leci, jak depesza po drucie! — westchnął Kazimierz.
— A na grobie jego byłeś? — wtrąciła delikatnie panna Aneta.
— Nie było kiedy, miła ciotuszka! Będę, jak drugi raz przyjadę.
Ragis zwrócił się na pięcie i zmierzył oczami swego chrześniaka.
— Marek! — zawołał ostro.
Zagadnięty podniósł głowę i wzrok ponury.
— Co ojciec chce? — spytał obojętnie.
— Toś ty nie był przy śmierci rodzica? Nie słyszałeś, co mówił?
Młody oprzytomniał, spojrzał po obecnych, domyślił się, o co chodzi, i rzekł:
— Co do mnie mówił, słyszałem i spełniłem.
— A co o nim mówił, to nie pamiętasz? Ho, ho! ma się rozumieć, nie tobie dali depozyt[33] i polecenie, ale tamtym, ale ty powinieneś dochować!
— Wszystko ja! — zamruczał niechętnie.
— A tak! — potwierdził Ragis gorąco. — Tobie trzeba było powiedzieć mu: Ojciec ci ziemię uchował i błogosławieństwo swoje zostawił, jeśliś mowy i wiary nie zapomniał. Bo mowa wielka moc, a wiara wielkie dobro! Czy tak, Kaziu? Rozumiesz ty mnie?
Kazimierz popatrzał na mówiącego przez swe szkła trochę błędnie. Z mrozu, pod wpływem nalewki ciotki, robiło mu się rzewnie na duszy, na płacz mu się zbierało.
— Tak, tak! — zaczął, wzdychając — wy pięknie mówicie! Ja znam! Ojciec święty był człowiek, że o mnie podłym pamiętał! Ja ciągle wybierał się wrócić i do kolan mu paść, ale czort przeszkadzał! Ale ja tam nie kradł i nie próżnował. Tyle wszystkiego, że hulał trochę. Ja nie zapomniał o was.
— To zostań, dzieciątko, z nami! — szepnęła panna Aneta, podchodząc do stołu i dopełniając mu kieliszek, po który on chciwie sięgnął.
— Nie mogę, ciotuszka, gołąbko, nie mogę, przysięgam! — zaczął, wychyliwszy specyał. — My sierść z wierbluda będziemy kupować, łój topić, ruble zbierać. Jak wrócę, to będę bogaty, jak Rotszyld[34], i wam dam, ile zechcecie, w podarku!
— To znaczy, ojcowskie błogosławieństwo nie dla ciebie! — rzekł Ragis, siadając ciężko na zydel.
Zrozumiał, że z tym człowiekiem nie było punktu wyjścia. Znowu ciotka dolała nalewki, aż Marek mrugnął na nią znacząco.
Kazimierz pił, krzywił się, spluwał i coraz gorzej plątał językiem.
— W Petersburgu takiej nie piłem; złotko, delicye[35]! Czemu ojca krzyż nie dla mnie? Ja czestny[36] człowiek. Ja jemu złoty pomnik postawię, sto mszy kupię! Ja nie zapomniał o swoich! Ale coś mnie durno[37]!
Zaczęła go czkawka dławić, zbladł bardzo, jakby miał zemdleć.
Zerwali się wszyscy.
— Ot masz! Jeszcze się rozchoruje! — zawołał Ragis.
— To nic, to nic! — szepnęła tajemniczo panna Aneta. Zanieście go do izdebki jegomości i połóżcie. To tak trzeba...
— Co trzeba? — badał stary, ale panna Aneta położyła palec na ustach i obejrzawszy się wokoło, dodała cichutko:
— Ostatni on raz kieliszek miał w ustach. Dałam mu lekarstwa!
— Aha? — rozpogodziła się twarz Ragisa — to się wie! Tak, to zgoda!
Kazimierz jęczał okropnie, pot mu okrywał skronie. Marek wziął go jak dziecko na rękę i wyniósł z pokoiku. Kaleka poszedł za nim.
Wrócili po pewnym czasie, trzęsąc głowami.
— Czy bo nie za wiele na jedną osobę tego biebrzeńca[38]? — zagadnął Rymko.
— Ej nie! W samą miarę! — rzekła stanowczo.
— No, no, uchowaj Boże chrześcijanina od takiej miary i podobnego trunku. Panna Aneta ugościła go należycie!
— Długo mnie sumienie gryzło: dać, czy nie dać! Ale się dziś brat przyśnił i nie bronił! Sroga to choroba!
— Żeby mu jeszcze zadać dekoktu[39] na tę szerść z wierbluda? — zauważył Ragis — to także sroga choroba!
— Da Bóg radę na wszystko! — szepnęła starowina, sprzątając napitek leczniczy do kuferka.
Marek w tej chwili wyjrzał okienkiem. W dali orszak weselny wracał; jeszcze gwarniejszy i śpiewniejszy. Było już po ślubie.
Stary Wojnat przyjmował chlebem i solą, życzono długich lat i pomyślności, kapela grała do tańca...
Na Markowem podwórzu Margas zziębły zawył drugi raz, zawtórowała mu psiarnia Rymki i dusza Marka. Od wyrostka myślał o tym dniu i doczekał się go wreszcie. Sztuka była ta sama i scena znajoma, tylko personel[40] się zmienił — dla niego brakło tam miejsca!


Przypisy

  1. Canossa — zamek we Włoszech, gdzie cesarz niemiecki, Henryk IV, odbywał pokutę przed śmiertelnym swym wrogiem, papieżem Grzegorzem VII. »Podróż do Canossy« oznacza wogóle: podróż połączoną ze skruchą i upokorzeniem.
  2. Złote runo — tutaj wogóle: szczęście, wielki los. Znane jest podanie greckie o złotem runie, które bohater grecki Fryks uwiózł do Kolchidy (kraj na południe od gór Kaukaskich), a po które inny bohater, Jazon, czynił pełną przygód niezwykłych wyprawę na okręcie Argo; od imienia statku Jazon i jego towarzysze otrzymali miano Argonautów.
  3. Apatya — niechęć do czynu.
  4. Eskorta — świta, straż.
  5. Tradycyonalny — zgodny ze zwyczajem.
  6. Ciwun, włodarz, karbowy, gumienny.
  7. Paczula — rodzaj perfum.
  8. Atmosfera klubowej szulerni — powietrze, przepełniające lokal, gdzie zbierają się mężczyźni na hulankę i karty.
  9. Obserwacya — spostrzeżenie, uwaga.
  10. Funkcya — obowiązek.
  11. Epopeja — szereg nadzwyczajnych przygód.
  12. Sowietnik — radca (rosyjskie »sowietnik«).
  13. Prokuror — prokurator, to jest urzędnik sądowy, który oskarża podsądnych (rosyjskie »prokuror«).
  14. Szampeter — wino szampańskie.
  15. Stukułka — gra hazardowa w karty.
  16. Mir — świat (rosyjskie: »mir«).
  17. Sukces — powodzenie.
  18. Płocho — źle (rosyjskie: »płocho«).
  19. Naduć — oszukać (rosyjskie: »nadut’«); wogóle Kazimierz mówi źle po polsku, miesza wiele wyrazów rosyjskich, przekręca polskie.
  20. Położyć — przypuścić (rosyjskie: »położyt’«).
  21. Połączać — otrzymywać (rosyjskie: »połuczat’«).
  22. Maryasz — gra w karty.
  23. Konfundować — zawstydzać, upokarzać.
  24. Dezerter — zbieg.
  25. Regulamin — zbiór przepisów lub rozporządzeń.
  26. Zrezygnować z czegoś — zaniechać czegoś.
  27. Nie stoi — nie warto (rosyjskie: »nie stoit«)
  28. Niedorośl — wyrostek (rosyjskie: »niedorośl«).
  29. Precyozy — klejnoty.
  30. Wierblud — wielbłąd (rosyjskie »wierblud«).
  31. Swadźba — wesele (rosyjskie: swad’ba).
  32. Swironek — tak na Litwie nazywają śpichlerz, lub lamus.
  33. Depozyt — rzecz powierzona na przechowanie.
  34. Rotszyld — nazwisko niezmiernie bogatej rodziny bankierskiej pochodzenie żydowskiego, w Paryżu i Londynie.
  35. Delicya — rozkosz, słodycz, specyał.
  36. Czestny — uczciwy (rosyjskie: »czestnyj«)
  37. Durno — źle (rosyjskie: »durno«).
  38. Biebrzeniec — ziele lecznicze
  39. Dekokt — odwar, lek
  40. Personel — zespół osób.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.