Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i Witoldowi sporą sumę, dokupił ziemi, nie żałował pieniędzy, na to wydanych, grosz dla niego nie był celem, był tylko środkiem wszechpotężnym. Nazywano go chytrym i skąpym, a on był tylko skrytym i wytrwałym. Od dziecka miał jedną myśl i pragnienie: utrzymać ziemię, jeden strach: dać ją sobie wydrzeć! Z drogi, raz obranej, nie schodził na cal, nie ustawał na minutę.
Kazimierz tymczasem rozgościł się w Poświciu! Dużo. spał i pił, a w przerwach czytał gazety, opowiadał swe tryumfy, lub pytał brata:
— Duszo moja, cóż będzie z mojem »dziełem«?
Tak nazywał interes ojcowskiej spuścizny.
— Czekajmy matki z Rygi... — odpowiadał Marek.
Po Trzech królach zaledwie rozeszła się wieść, że pani Czertwan wróciła; przyjechał też i Witold chory, zrezygnowawszy[1] na ten rok z nauki.
Kazimierz zażądał koni i pojechał, odziany w wojłokowe buty, ogromną, jak bocianie gniazdo, czapkę i tołub watowany i marszczony w pasie, który ciwun poświcki nazywał spódniczką. Ze wszystkich okien oglądano ten wyjazd, robiąc różne uwagi i śmiejąc się z cicha.
Stary ekonom, Sawgard, pluł i wąsy targał.
— Nasz starszy — tak nazywano Marka — to i dyablaby się nie zląkł, kiedy na tę poczwarę mógł patrzeć i nawet się nie skrzywił — zadecydował, gdy sanie zniknęły za bramą.
W oficynie poświckiej zapanowała dawna cisza. Administrator objeżdżał folwarki, rachował, rozprawiał się z kupcami, zbierał pieniądze i milczał.
Bystre jednak oko spostrzegłoby, że go trapił jakiś niepokój. Wyglądał często na drogę, słuchał uważnie każdego szmeru, czekał powrotu brata.
Po tygodniu pojechał za rzekę. Dubissę ściął już lód mocny, młyny zamilkły, prom ściągnięto na brzeg. Lekkie sanki przemknęły, jak duch, po wartkim niedawno prądzie, droga zimowa szła pod samemi Skomontami. Marek popędzał konia; niemiłym mu był widok dawnego dziedzictwa.
Wtem z dworskiej ulicy brzęczący zaprząg Witolda wypadł nań z impetem.
W saniach szeroko zajęła miejsce watowana spódnica Kazimierza.
— Postój! postój! — zaczął krzyczeć. — A gdzie to, duszeczka?
— Do Saudwilów! — odparł Marek, stając.

— Tak ja z toba... Ot dobrze wyszło, że ciebie spotkałem.

  1. Zrezygnować z czegoś — zaniechać czegoś.