Dawid Copperfield/XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Dawid Copperfield
Data wydania 1927
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. David Copperfield 1849-1850
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XXI. SZCZĘŚCIE.

Nazajutrz pojechałem konno do Canterbury.
Wiedziałem od miss Betsy, że pan Wickfield odzyskał dawny spokój. Biura już nie prowadzi, lecz jest przez całe miasto ukochanym doradcą prawnym wszystkich pokrzywdzonych i ubogich. Zajmuje mu to nieraz wiele czasu, ale daje zarazem tyle zadowolenia, że nie wyrzekłby się za nic tej pracy. Oprócz tego wynajął sobie spory ogród i sam się nim zajmuje z wielkiem zamiłowaniem.
Ania ma szkołę dziewcząt, kilka u niej mieszka, jest, jak była, poważna i pogodna. Kilkakrotnie mogła wyjść zamąż, ale nie chce.
— Dlaczego? — zapytałem niespokojnie.
— Nie wiem — odparła babka. — Zdaje mi się...
— Babci się zdaje?...
— Może mi się tak zdaje — rzekła babka. — Może nawet nie powinnam tego mówić... Tak sobie wyobrażam, że Ania dawno kogoś kocha...
Jakież dziwne wrażenie zrobiło na mnie to ciche i tak dobrze znane mi miasteczko. Pamiętałem tu niemal każdy kamień. Zatrzymałem się dłużej przed starym domem pana Wickfielda, gdyż serce mi tak biło, że nie miałem odwagi zadzwonić. Spojrzałem w okno, gdzie ujrzałem po raz pierwszy trupią twarz Urji Heepa i gdzie następnie pracował Micawber. Teraz białe firanki i kwiaty na oknie świadczyły, że miał inne przeznaczenie.
Otworzyła mi nieznana służąca i wskazała tę samą drogę, którą wszedłem przed laty do bawialnego pokoju.
Nic się tu nie zmieniło. Każdy sprzęt stał znowu na tem samem miejscu, jak niegdyś, przed laty, kiedy mieszkałem w tym domu. Ślady najścia rodziny Heepów zniknęły bez żadnego śladu. Poznałem w rogu biurko, przy którem odrabiałem lekcje, i książki, które czytaliśmy z Anią.
Stanąłem w oknie i objąłem pokój jednem serdecznej sympatji spojrzeniem.
Wtem otworzyły się małe drzwi z boku i stanęła w nich Ania.
Spojrzeliśmy na siebie. Postąpiłem szybko krok naprzód, a ona wyciągnęła do mnie prawą rękę, a lewą przycisnęła serce z wyrazem cichej radości na twarzy.
— Aniu, najdroższa Aniu!
Objąłem ją w ramiona i przycisnąłem do piersi. Nigdy jeszcze nie czułem tak wyraźnie, jak mi jest potrzebna i droga.
Usiedliśmy na chwilę na małej kanapce, wypytywała o powrót, o babkę, mówiła o ojcu z dumą i radością.
Musiała jednak odejść, gdyż dzieci czekały. Wyszedłem tymczasem na miasto.
Przebiegałem ciche ulice, pełne pamiątek i wspomnień zajrzałem na podwórze dawnej szkoły, zatrzymałem się w miejscu, gdzie dwukrotnie walczyłem z atletą-rzeźnikiem. Zobaczyłem go nawet w jego własnym sklepie obok tęgiej żony i zdrowych dzieciaków. Tu tańczyłem na balu z panną Larkins, w tym kościele zachwycałem się tą blondynką... jakże ona się nazywała?
Powróciłem na obiad. Pan Wickfield powitał mię serdecznie. Twarz miał pogodną, zdrową, chociaż przebyte cierpienia zostawiły na niej niezatarte ślady.
Po obiedzie Ania grała nam, jak dawniej, mówiliśmy o dawnych czasach, tamtych spokojnych i dobrych, zdawało nam się, że wróciły znowu.
Spałem w swoim dawnym pokoju i nazajutrz powróciłem do domu, żałując, że do Duwru jest parę godzin drogi.
Zamieszkałem u babki i zająłem się pracą autorską. Było mi tu tak dobrze i spokojnie, mogłem widywać Anię, ile razy chciałem, miałem tak blisko wszystkich ukochanych, bo i z Traddlesem łączyły nas częste stosunki, odwiedzaliśmy się nawzajem.
— Czy wiesz — zapytał kiedyś — co się stało z Heepem?
— Jestem szczęśliwy, że go nie spotykam i nie słyszałem o nim.
— Sfałszował znowu podpis i podniósł z banku cudzą sumę. Niedawno była sprawa. I dziwny zbieg okoliczności: siedzi w więzieniu, którego dozorcą jest obecnie... pan Creakle!
— Wszystko mi jedno — odpowiedziałem obojętnie — pragnę wspomnienie obu wykreślić z mego życia.
Pani Zofja była niezwykle wesołą i energiczną osóbką, rządziła mężem, dziećmi, gospodarstwem, nigdy nie brakowało jej humoru, wszędzie wnosiła z sobą trochę szumu, lecz zostawiała najmilsze wspomnienie.
Wolałem jednak moją cichą Anię. Coraz jaśniej zdawałem sobie sprawę, że kocham ją najszlachetniejszą miłością, która wzrastała ze mną, była szczęściem mego dzieciństwa, przetrwała burze życia i nic jej zachwiać nie zdoła.
Ale czy ja dla Ani jestem tem, czem ona dla mnie?
Od dwóch miesięcy widywałem ją każdego tygodnia, a czasem nawet częściej, ale jej twarz pogodna nic mi nie mówiła. Czy babka miała słuszność? Czy kochała kogo dawno w tajemnicy? Dlaczego nie powiedziała mi o tem, jeżeli ja tak szczerze otwierałem przed nią zawsze moje serce?
Postanowiłem zapytać ją otwarcie.
Wybrałem się konno w piękny dzień zimowy po lekkim śniegu, który przyprószył ziemię i błyszczał teraz w słońcu jak rozsypane brylanty.
Ania była swobodna, gdyż na czas świąteczny wszystkie dzieci rozjechały się do domów, ale ja, zaprzątnięty swoją myślą, jakoś nie wiedziałem, jak pokierować rozmową.
— Co ci jest? — rzekła Ania. — O czem myślisz, Dewi?
— O tobie, Aniu — odparłem, podnosząc na nią spojrzenie. — Powiedz mi, czy mogłabyś mieć tajemnicę przede mną? Przede mną, który zawsze byłem z tobą szczery?
Twarz Ani oblała się nagle rumieńcem, spuściła powieki, a łzy zadrżały na jej rzęsach.
— Aniu — mówiłem, biorąc jej rękę serdecznie — wiem, że nie prosi się o zaufanie, ale czy sądzisz, że ja nie mam prawa... że ja... że ja...
— Nie mów, nie mów — prosiła — może masz zupełne prawo... ale...
— Kochasz kogoś oddawna?
— Całe życie.
— Całe życie! — powtórzyłem. — A ja myślałem, Aniu... a ja... miałem nadzieję... widzisz, byłem tak głupi, że się spodziewałem, że ty... że ja... bo nikt cię tak kochać nie może, jak ja cię kocham, Aniu.
— Dewi — szepnęła, podając mi ręce.
Zrozumiałem jej tajemnicę i uszczęśliwiony porwałem ją w ramiona.
— Moja, moja Aniu!...
Nazajutrz pojechaliśmy we dwoje do Duwru.
Babka siedziała z panem Dickiem przed kominkiem. Obejrzała się na nas, zdjęła okulary, przetarła je starannie, włożyła znowu i spojrzała na nas powtórnie. Ale nic nie odgadła, gdyż umówiliśmy się z Anią udawać przez czas jakiś niewiniątka.
Westchnęła i odwróciła się do pana Dicka, powitawszy nas serdecznie, lecz z pewną niechęcią. Wiedziałem, co to znaczy: miała wielki żal do mnie, że nie umiem ocenić i zrozumieć Ani.
Wtedy spojrzeliśmy na siebie z uśmiechem, objąłem ją wpół, stanęliśmy za krzesłem miss Betsy i szepnąłem:
— Babuniu!...
Obejrzała się i klasnęła w dłonie. Nagle zerwała się z miejsca, zaczęła wołać Peggotty prawie przeraźliwym głosem, rzuciła się panu Dickowi na szyję ku najwyższemu jego przerażeniu, wreszcie się rozpłakała i zaczęła ściskać nas oboje.
Peggotty i pan Dick także zrozumieli wreszcie, o co chodzi, i wszyscy byliśmy niezmiernie szczęśliwi.
— Ach, ty, ślepy chłopaku! — powiedziała raz jeszcze babka, uderzając mię po ramieniu.
W parę dni później pojechaliśmy oboje do Londynu, przedewszystkiem ażeby odwiedzić grób Dory.
Biedne, kochane dziecko! Teraz przyznała się Ania, że w ostatnich rozmowach prosiła jej zawsze, aby zajęła przy mnie opuszczone miejsce. Biedne, kochane dziecko!
Ślub nasz odbył się cicho w ciągu dwóch tygodni. Czas jakiś mieszkaliśmy w Canterbury ze względu na pana Wickfielda, któremu przykro było rozstać się ze starym domem, ale na lato przeniósł się z nami do Duwru i przyszedł do przekonania, że wśród dzieci i wnuków wszędzie szczęśliwym być może.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.