Dawid Copperfield/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Dawid Copperfield
Data wydania 1927
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. David Copperfield 1849-1850
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XVI. STAJĘ DO WALKI Z LOSEM.

Spałem tej nocy dobrze i wstałem nazajutrz z trzeźwą myślą i śmiałem sercem. Miałem rozpocząć nowe, pracowite życie, czekał mię trud, zawody i wysiłki, ale czułem w sobie siły i ochotę zmierzyć się z losem i wydrzeć mu, czego pragnąłem.
Wyobrażałem sobie, że jestem prostym robotnikiem, który z siekierą w ręku idzie w głąb puszczy niezmiernej, aby ścinać olbrzymie stare drzewa przeciwności. A każdy olbrzym, który u stóp moich legnie, to stopień schodów do mojej przyszłości; gdy położę wszystkie, zostanę zwycięzcą.
Zacząłem od wyprawy do doktora Stronga, u którego mogłem się zjawić bardzo wcześnie. Przyjął mnie życzliwie, wysłuchał uważnie, i jak Ania przepowiedziała, był rad niezmiernie z mej kandydatury. Ponieważ mu chodziło głównie o korekty dzieł naukowych, które wydawał obecnie, nie narzucał mi godzin stałych i pozwalał spożytkować czas wolny według możności. Moja biurowa praca zaczynała się o jedenastej, tutaj mogłem przychodzić już o siódmej na parę godzin, a drugi raz wieczorem około dziewiątej. Praca być może bardzo rozmaita: sprawozdania, wyszukiwanie, korekta i t. p. Ofiarował mi za to sto funtów rocznie, zaznaczając, że jest to niewiele, lecz tylko tyle dać może.
Zgodziłem się najchętniej. Był to znów dochód stały i nie do pogardzenia w obecnych warunkach, a przytem pozostawiał mi pewną swobodę, co zamierzałem w inny sposób spożytkować. Tutaj zacząć miałem od jutra.
Stawiłem się nazajutrz punktualnie i rozpocząłem życie bardzo czynne. Wstawałem o piątej. O siódmej byłem u doktora, przed jedenastą w biurze, po obiedzie trochę wolnego czasu, na który miałem także pewne plany, wieczór znów u doktora i powrót do domu między 10 a 11.
Do Dory napisałem, że pragnę ją widzieć i mam ważne rzeczy do opowiedzenia, ale jestem bardzo zajęty, ojciec może mię nie zaprosi na niedzielę, więc proszę ją, ażeby mię zawiadomiła, kiedy będzie w Londynie u swej ciotki. Ciotka Dory mię lubi, spotykaliśmy się u niej już nieraz, więc byłoby to dla mnie najdogodniej.
Tymczasem skorzystałem z popołudniowych godzin, aby udać się do Traddlesa.
Zabrałem z sobą pana Dicka, gdyż biedak nudził się bardzo w Londynie i babka ubolewała nad tem mocno. Traddles wiedział już trochę, o co chodzi. Napisałem do niego, aby był przygotowany na poważną rozmowę o rzeczach praktycznych.
Zastałem go obłożonego papierami w jego czwartej części kancelarji. Z panem Dickiem przywitał się bardzo życzliwie i nie zaprzeczył wcale, gdy biedny staruszek nazwał go starym znajomym.
Przystąpiłem do rzeczy odrazu. Traddles ma już stosunki w dziennikarstwie, ja pragnę się nauczyć stenografji i dostarczać do gazet mów z parlamentu. Jest to bardzo zyskowne i niejeden w ten sposób zaczynał karjerę.
Traddles miał dobry uśmiech na poczciwej twarzy.
— To jest bardzo zyskowne — potwierdził łagodnie — ale długo uczyć się trzeba.
— Dzisiaj kupię podręcznik, a jutro spróbuję.
Traddles patrzył na mnie wielkiemi oczami.
— Nie wiedziałem, że jesteś tak stanowczy — zaczął — ale... ale...
— Mam czas — zapewniałem go bardzo gorąco — jestem bardzo pojętny, dołożę wszelkich starań... no i obiecujesz pomóc mi znaleźć pismo?
— Owszem... owszem — powtarzał — tylko spróbuj przedtem.
— Jabym też chciał pracować — odezwał się pan Dick z powagą. — Dewi świadkiem, że piszę bardzo ładnie.
— Wyraźnie i kaligraficznie — pochwaliłem go z przyjemnością.
Traddles patrzył na niego, pocierając czoło.
— A czy mógłbyś pan przepisywać? — spytał wreszcie — czysto, uważnie, bez pomyłek?
Spojrzeliśmy na siebie z panem Dickiem i żaden z nas nie wiedział, co ma odpowiedzieć.
— To byłoby możliwe — zacząłem po chwili — gdyby nie Karol I...
I w krótkich słowach dałem poznać Traddlesowi, na czem polega trudność.
— Możnaby jednak spróbować — rzekł Traddles. — Co innego pamiętniki, co innego kopje. Możeby się dało rozdzielić te dwie rzeczy.
Posadził pana Dicka przed stolikiem i dał mu do przepisania jakiś papier, objaśniając, że kopja ma być pod każdym względem podobna do wzoru. Próba wypadła dobrze. Obiecał więc dostarczać mu stale roboty, o ile będzie ją spełniał tak sumiennie.
Było to wielkiem szczęściem i ulgą dla babki, że pan Dick otrzymał stałe zajęcie, które przynosiło mu dochód. Naturalnie, że pracował pod jej okiem. Na jednym stoliku pod oknem miał przepisywanie, które wykonywał z największem staraniem, a na drugim leżały pamiętniki. Ile razy jego uwaga odrywała się od roboty pod wpływem Karola I, porzucał tamto i zabierał się do pisania pamiętników. Z początku on i babka mieli z tem trochę kłopotu, ale szło coraz lepiej, a w sobotę otrzymał zarobione przeszło dziesięć szylingów.
Niepodobna opisać radości i dumy, jaką go napełniły te pieniądze. Układał je w portmonetce, zmieniał w różnych sklepach i bawił się niemi całą niedzielę jak dziecko. A w poniedziałek złożył je u babki dla większego bezpieczeństwa.
Poczciwy Traddles szczerze był zadowolony z tego obrotu sprawy, a jeszcze więcej, jak mi się zwierzył poufnie, z posady, jaką wreszcie znalazł pan Micawber.
— Dobrzy ludzie — bronił ich — ale ciągła bieda. Wiem, że mi zwrócą kiedyś, tymczasem jednakże trudno mi było czasem, bo... bo... to nie zbliża terminu mojego małżeństwa. I wiesz, co ci powiem? Jestem przekonany, że to pod dobrą ręką sumienny pracownik.
Podał mi list, gdyż naturalnie pan Micawber nie pominął sposobności wyrażenia piśmiennie swych uczuć i myśli. Zawiadamiał, że w życiu jego nadeszła oczekiwana godzina i wstępuje nakoniec na właściwą drogę. Prochy jego zapewne spoczną na starym cmentarzu, pod cieniem drzew odwiecznych, a kamień grobowy zaświadczy, że spełnił na ziemi wszystkie obowiązki.
Kończył prośbą, ażebym poświęcił im wieczór dzisiejszy, gdyż jutro opuszczają Londyn. Potem właściwy mu podpis:

Nie odmawiaj tej łaski temu, który pozostaje oddanym ci zawszeWilkins Micawber.

Poszliśmy obaj.
Przyjęli nas, jak zawsze, z wielką serdecznością. Oboje, pełni najlepszej otuchy, roili i marzyli złote góry. Posada wprawdzie była na początek skromna, lecz życie na prowincji jest o wiele tańsze i syn starszy u znajomego organisty będzie mógł kształcić się w muzyce.
— Daleko państwo jadą? — zapytałem.
— Do Canterbury. Pan Heep, człowiek nadzwyczajny, pracownik niepospolitych zdolności, który własną pracą podniósł się z nicości, ofiarował mi miejsce w swojem biurze.
Byłem tak zdumiony, że nie wiedziałem, co mówić. Zapytałem wkońcu, czy pan Micawber jest pewny, że warunki tej umowy dadzą mu dostateczne utrzymanie. Okazało się wtedy, że nie zostały jasno określone, gdyż zależeć to będzie od użyteczności nowego urzędnika. Rozumie się, nikt nie wątpi, że pan Micawber będzie bardzo użyteczny, więc pod tym względem niema niepokoju. Pan Heep, człowiek szlachetny i niepospolity, zostawił nawet zaliczkę na podróż, która wprawdzie nie pozwalała uregulować rachunku z Traddlesem, lecz pan Micawber w mojej obecności zapewniał uroczyście i dał zobowiązanie piśmienne, że dług zaciągnięty spłacać zacznie miesięcznemi ratami.
W każdym razie może to dobrze: pan Micawber będzie miał byt zapewniony i przestanie obciążać biednego Traddlesa, a tam może być pożyteczny. Ma śmieszności, lecz jest uczciwym człowiekiem, tylko — czy zrozumie zawsze, o co chodzi?
Praca nad stenografią pochłaniała mi wszystkie wolne chwile: nie miałem pojęcia, że to rzecz tak trudna, a teraz dochodziłem chwilami do rozpaczy. Niepodobna, żebym się tego nauczył, żebym spamiętał wszystko! Ogarniało mię zniechęcenie. Ale wtedy stawała przede mną postać Dory i wstydziłem się za owego robotnika, który poszedł z siekierą, żeby zwalać twarde drzewa przeciwności, i już traci odwagę.
Więc pracowałem dalej i mężnie, i zawzięcie, a poczciwy Traddles nie pytał złośliwie, czy prędko się wybierani na posiedzenie parlamentu.
W domu miałem wygody większe niż poprzednio. Ponieważ mieszkanie było zapłacone jeszcze pół roku naprzód, więc babka w niem została razem ze mną i tak je urządziła, że stało się milsze i większe. Każdy miał tu swój kącik, i nikt nikomu nie przeszkadzał, a że Peggotty na parę tygodni wyjechała do brata, więc miss Betsy z panem Dickiem objęła całe gospodarstwo i wszystko szło jak z płatka.
Nakoniec odebrałem bilecik od Dory. Była w Londynie i wzywała mię na wieczór.
Natychmiast zawiadomiłem doktora, że dzisiaj przyjść nie mogę, i pośpieszyłem do niej.
Powitała mię śliczna, radosna, wesoła, tupiąc na Gipa, który nie przestawał szczekać, i śmiejąc się ze szczęścia, że jesteśmy razem.
W ten cudny nastrój dziecka, które nie znało życia, rzuciłem bez namysłu zapytanie, dręczące mię tak długo niepokojem.
— Doro, najdroższa Doro, mój aniele, czy będziesz kochała nędzarza?
Dora wybuchnęła śmiechem.
— Co ci przyszło do głowy? — zawołała. — Co za śmieszne pytanie! Po co mam kochać żebraka? Ha, ha, ha!
— Doro najdroższa, ja jestem naprawdę ubogi.
— Nie pleć, mój drogi, bo Gip cię ugryzie: dam mu znak i zostaniesz ukarany. Co za śmieszne myśli! Po co mówić takie rzeczy?
Zacząłem jej tłumaczyć. Jestem zrujnowany. Muszę ciężko pracować na kawałek chleba. Wziąłem siekierę i tnę przeciwności życia, ale...
Zaczęła płakać, płakała okropnie, zasłaniając oczy i tuląc się do mojej piersi. Wzywała Boga, ciotki, nazywała mię najdroższym, ale nie rozumiała nic, co do niej mówię, i prawie nie wiedziałem, co z nią począć.
Wreszcie uspokoiła się cokolwiek, słuchała, płacząc ciągle, lecz spokojnie, moich zaklęć, planów, zamiarów, nadziei, odważyła się nieśmiało podnieść oczy.
— Doro, najdroższa Doro — powtarzałem — czy nie stracę twojego serca? Czy pozwolisz mi zdobyć własnemi siłami wszystko, czego pragnę dla ciebie?
— O, tak — szepnęła — tylko nie bądź taki straszny.
— Straszny? — spytałem, zdziwiony tem słowem.
— Tak. Ty nie możesz być przecie „nędzarzem“, ani pracować na „kawałek chleba“.
— O droga moja! Suchy kawałek chleba w pocie czoła...
— Nie, nie, nie! — zawołała, zatykając uszy. — To są głupstwa, wiem o tem, poco powtarzać takie okropności! Będziemy mieli obiad, i ciastka, i wszystko, a Gip musi mieć codzień kotlecik w południe, bo umarłabym z żalu.
Zapewniłem ją uroczyście, że Gip będzie miał kotlet, a my codziennie obiad i śniadanie, mówiłem o przyszłości, o maleńkim domku, kochanej babce, poczciwej Peggotty, która chciała mi w pierwszej chwili oddać wszystkie swoje pieniądze. Zacząłem mówić o tem, jak pracuję, ale to ją zasmuciło.
— Nie będziesz miał czasu dla mnie! — i rozpłakała się znowu.
Musiałem ją uspokajać. Nadeszła wreszcie ciotka i przelękła się bardzo, zobaczywszy Dorę w takim stanie. Wysłuchała z uwagą mego opowiadania, rozpytywała długo o szczegóły, wypiliśmy herbatę, rozmawiając bardzo poważnie. Ciotka wyraziła zdanie, że powinienem teraz otwarcie się rozmówić z ojcem Dory. Ani razu nie zaprosił mię w niedzielę od owej wiadomości i muszę to wyjaśnić. Wbrew woli ojca nie możemy się u niej spotykać. Może przekonam go jednak, że potrafię zapewnić szczęście Dorze. Kocha córkę i tego tylko pragnie.
Uznałem, że ma słuszność, i myślałem o tem. Może powinienem to był zrobić zaraz, gdy zmieniło się moje położenie. Jeśli zbłądziłem, muszę błąd naprawić.
Dora siedziała obok, trzymając mię ciągle za rękę, a Gipa na kolanach. Nie śmiała się, była zmęczona i smutna.
Pożegnałem ją z pewnym niepokojem, chociaż nie mogłem wątpić o jej sercu. Biedactwo w ostatniej chwili przytuliło się do mnie z płaczem, zapewniając, że mię kochać będzie wiecznie, ale że nie powinienem jej straszyć.
Wróciłem przygnębiony. Miss Betsy zauważyła to zaraz i opowiedziałem jej wszystko. Pocieszała mię, że Dora jest dzieckiem, lecz dziecko może zmienić się w kobietę. Zganiła tajemnicę przed jej ojcem, choć przyznała, że niepodobna, aby pan Spenlow nie wiedział o niczem, kochając córkę i patrząc na nas przez czas dłuższy. Stanęło na tem, że rozmówię się z nim nazajutrz i sprawa będzie wyjaśniona.
Ale nazajutrz nie było go w biurze, nie widziałem go przez dni parę. Szeptano, że musi mieć jakieś kłopoty, że jest zdenerwowany i bardzo źle wygląda.
Nakoniec go zastałem. Był rzeczywiście zmieniony i zdenerwowany. Chciałem prosić go o rozmowę w sprawie osobistej, lecz spojrzał na mnie dziwnie i zapytał:
— Czy nie zapóźno trochę?
Zmieszałem się. Pan Spenlow wskazał mi drzwi gabinetu, weszliśmy.
— Właśnie ja chciałem dzisiaj prosić pana o pewne wyjaśnienia — odezwał się pierwszy. — Nadużyłeś pan mego zaufania.
To mówiąc, wyjął z kieszeni kilka poszarpanych kawałków papieru i położył przede mną.
— Miss Murdstone odebrała to Gipowi.
Poznałem swoje listy, ostatnie listy do Dory.
Zacząłem się tłumaczyć. Czyż ukrywałem kiedy swoją miłość? Kocham Dorę nad wszystko. Dla niej tylko żyć pragnę, dla niej będę pracował, zdobędę stanowisko, szczęście Dory jest jedynym moim celem.
Zdawało mi się, że wzruszyłem go swoim zapałem. Słuchał w milczeniu, ze spuszczoną głową, nie wybuchnął, lecz zaczął mi przekładać.
Dora jest dzieckiem, rozpieszczonem dzieckiem, wątłem i przyzwyczajonem do zbytku. Potrzebuje dobrobytu, a nawet bogactwa. To nie żona dla ubogiego pracownika, który musi swoje godziny sprzedawać. Jest ojcem, pragnie jej szczęścia, powinien nad niem czuwać. Żąda zaprzestania korespondencji z mojej strony, on postara się wpłynąć na córkę.
Zresztą, jesteście oboje zbyt młodzi, jeśli uczucie przetrwa próbę czasu... bez widywania się... korespondencji...
Nie mogłem o tem myśleć. Ogarniała mię rozpacz. Powiedziałem, że wyrzec się Dory nie mogę, że powinien mieć litość nad nią, bo wszak i ona cierpi...
Przerwał mi spokojnie, ale z wielką stanowczością. Co powiedział, nie zmieni. Żąda słowa, że nie będę widywał się z Dorą, ani pisywał do niej. Daje mi tydzień czasu do namysłu. Jeżeli się nie zgodzę, wyśle córkę zagranicę.
Wyszedłem zrozpaczony. Przedewszystkiem jednak przerażała mię myśl, że Dora cierpi. Jest w szponach miss Murdstone, teraz, kiedy jej własny ojciec nie osłania.
Biegałem po ulicach jak szalony. Nakoniec wpadłem do jakiejś kawiarni i napisałem list do pana Spenlow. Błagałem go poprostu o litość nad własnem dzieckiem, tak wątłem, delikatnem, że ból zabić ją może. Odwoływałem się do jego serca, jakgdybym ja był ojcem, a on najsroższym z tyranów.
Powróciłem do biura i położyłem przy nim list na biurku. Przeczytał go, lecz milczał. Dopiero, wychodząc, zapewnił mię łagodnie, że dba o szczęście córki, że młodzieńcze uczucia przemijają prędko, a jego obowiązkiem myśleć o przyszłości.
Powróciłem do domu i szukałem rady u miss Betsy. Wysłuchała cierpliwie i starała się mnie uspokoić, kładąc nacisk na łagodność pana Spenlowa w tej sprawie. Nie oburzyło go przecież nasze uczucie, a w tem, co mówił, miał wiele słuszności. Dora nie była odpowiednia na żonę dla ubogiego człowieka, lecz jeśli jej uczucie przetrwa próbę czasu, a ja zdobędę środki, aby jej odpowiedni byt zapewnić — wszak zostawił nadzieję.
Po bezsennej nocy udałem się do biura. Postanowiłem prosić o jedno, ostatnie widzenie, choćby w obecności ojca. Tego chyba mi nie odmówi?
Ale w biurze zastałem dziwny nieład: nikt nic nie robił, wszyscy o czemś rozmawiali. Zbliżyłem się z pytaniem do pierwszej gromadki.
— Ach, pan nic nie wiesz! Okropny wypadek: pan Spenlow...
— Co się stało?
— Nie żyje.
Mury zachwiały się nagle wkoło mnie i byłbym upadł, gdyby nie koledzy. Posadzono mię na krześle i skropiono wodą obficie. Przyszedłem do siebie, odzyskałem mowę.
— Pan Spenlow... nie żyje? — wyjąkałem z trudem, lękając się słów własnych.
— Wypadek — objaśniono mi natychmiast. — Wczoraj pojechał do domu sam, jak zwykle. Nie wziął człowieka. Konie stanęły przed gankiem, ale w powozie nie było nikogo. Wysłano natychmiast ludzi z latarniami i znaleziono go już nieżywego. Atak apoplektyczny.
Nie umiem opisać, co się ze mną działo. Nie mogłem pojąć tej śmierci człowieka, którego wczoraj widziałem przy biurku, a myśl o Dorze przejmowała mię rozpaczą.
Aby mię chociaż trochę uspokoić, miss Betsy napisała natychmiast do ciotki, zapytując o Dorę. Tegoż dnia jeszcze mieliśmy odpowiedź: Dora zachorowała. Jest pod opieką ciotki, miss Murdstone już wyjechała. Dora ma gorączkę, wzywa ojca i o nim tylko mówi, widzieć jej obecnie nie mogę. Otrzymałem jednakże pozwolenie dowiadywać się o jej zdrowie.
Dnie były teraz smutne, niespokojne. Interesy pana Spenlowa okazały się w stanie opłakanym i nikt nie wątpił, że grożąca mu wkrótce ruina głównie śmierć spowodowała. Po sprzedaniu willi i spłaceniu długów biednej Dorze zostało zaledwie tysiąc funtów. Zrównaliśmy się zatem pod względem majątku i przestałem obawiać się ze strony ciotki jakiejkolwiek przeszkody co do naszych uczuć i projektów na przyszłość. Teraz rozumiałem lepiej, dlaczego pan Spenlow obawiał się mego ubóstwa. Ale zdobędę tyle, że pieszczonemu dziecku nie zbraknie niczego. Otoczę ją miłością i dostatkiem.
Nie mogąc jej widywać z powodu choroby, tem gorliwiej rzuciłem się do pracy. Nie pokonywałem, lecz wprost łamałem trudności, gryzłem zębami wściekłe hieroglify i na próbę udałem się do parlamentu.
Notowałem z najwyższem natężeniem wszystkich władz umysłowych, pot kroplisty okrył mi czoło, język mi wysechł z pragnienia. Lecz w domu sam nie mogłem odczytać swoich znaków.
Pobiegłem zdesperowany do Traddlesa, żeby nie męczyć babki swojem przygnębieniem. Poczciwy chłopak pocieszał mię i obiecywał przychodzić jak najczęściej wieczorami na „lekcje wprawy“: on będzie czytał mowy drukowane, a ja będę usiłował je notować.
Był to szlachetny dowód jego prawdziwej przyjaźni. Poświęcał dla mnie chwile nocnego spoczynku, pracowaliśmy nieraz długo po północy, a choć z początku szło mi to bardzo oporem, zacząłem sam spostrzegać, że nabieram wprawy i że nadzieja staje się rzeczywistością.
Ach, gdybym mógł powiedzieć o tem Dorze!
Dora zaczęła zwolna powracać do zdrowia i nakoniec pozwolono mi ją widzieć.
Jakże była prześliczna w żałobnej sukience! Rzuciła mi się na szyję i płakała, płakała długo. Usłyszałem głuche warczenie i Dora odwróciła się szybko: to Gip siedział w kominku, owinięty ręcznikiem, żeby nie mógł się ruszyć i przeszkadzać. Uwolniliśmy Gipa, który szczekał na mnie z zawziętością, i usiedliśmy obok siebie na kanapce.
— Doro, najdroższa moja!
— O Dewi, tylko mię nie strasz!
Zaczęła znowu płakać. Zrozumiałem, że to jest wątły kwiatuszek, z którym muszę ostrożnie postępować. Zacząłem mówić o swojej pracy, ale to ją przerażało. Wspomniałem, że babka chciałaby ją poznać, lecz błagała, żeby nie teraz: boi się „takiej starej“. Co chwila miała łzy w oczach, więc żeby ją rozerwać, zaczęliśmy się bawić z Gipem. Pokazała mi wszystkie sztuki, jakich go w ciągu tego czasu nauczyła, śmieliśmy się z niego, kwiatek mój się rozweselił.
Następnym razem zgodziła się na zaręczyny pierścionkiem w obecności ciotek i babki, którą pozna przy tej okazji.
Nastąpiło to wreszcie. Miss Betsy była serdeczna i miła, Dora miała łzy w oczach, ale tuliła się do niej.
Gdyśmy wracali, babka była zamyślona.
— Złoty kwiatuszek — rzekła nakoniec z westchnieniem. — Musisz ją bardzo kochać, ślepy chłopcze, i troskliwie piastować w trudnej walce życia. Biedny złoty kwiatuszek sił nie ma.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.