Dawid Copperfield/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Dawid Copperfield
Data wydania 1927
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. David Copperfield 1849-1850
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XIX. PRAWDA I MIŁOŚĆ ZWYCIĘŻA.

Pewnego dnia otrzymałem bardzo dziwny list z Canterbury. Znałem słabość pana Micawbera do pisania listów patetycznych, w tym jednakże tkwiło coś więcej w formie napuszonego frazesu.
Odwołując się do starej przyjaźni, która ośmiela go wyciągać rękę do człowieka na mojem stanowisku (!), malował w słowach tragicznych swój nastrój. Pozbawiony „pogody i spokoju ducha“, z „sercem zatrutem“, nie śmiąc „podnieść czoła wobec swych bliźnich“, ani „patrzeć w przyszłość“, pragnie wychylić do dna „gorzki kielich“ i „spocząć w grobie“, gdzie „robak zgryzoty ustąpi swej roli łagodniejszemu robakowi ciała“. Żegnając świat ten jednak, pożąda raz ostatni „zerwać się z łańcucha“ i rzucić okiem w lepszą niegdyś przeszłość. W tym celu na dwie doby uwolnił się od obowiązków, przybywa do Londynu w dniu oznaczonym o godzinie siódmej wieczorem i spotkać go może pod murem Więzienia Królewskiego ten, „kto nie gardzi dłonią, którą niegdyś ściskał przyjaźnie“. W post scriptum zastrzeżenie tajemnicy przed panią Micawber.
Z dziwnem uczuciem odczytałem ten list kilkakrotnie, nie mogąc rozwiązać szczególnej zagadki, kiedy wszedł do mnie Traddles.
— Dobrze, że przyszedłeś! — zwróciłem się do niego. — Mam list od Micawbera tak szczególny...
— A ja przyszedłem z listem od pani Micawber, który chciałem, żebyś przeczytał.
Wziąłem podany papier i przebiegłem go szybko oczyma.
Pani Micawber była zrozpaczona stanem małżonka i wzywała rady przyjaciół. Ten dobry mąż i ojciec, niegdyś wzór cierpliwości, przywiązany tak serdecznie do rodziny, dzisiaj unikał prawie domowego ogniska, a jeżeli zjawił się czasem, był tak zdenerwowany i podlegał tak dziwnym paroksyzmom, że obawiała się o jego umysł. Najłagodniejsze słowo sprowadzało wybuch. Któreś dziecko poprosiło go o parę pensów na cukierek, to zamierzył się na nie scyzorykiem. Wobec tego pani Micawber, przekonawszy się o skrytym zamiarze małżonka odwiedzenia Londynu w sposób tajemniczy, bez wiedzy nawet najbliższej rodziny, błaga starych przyjaciół w imię wszystkiego, co święte, ażeby się starali z nim zobaczyć i zrozumieć przyczyny jego zdenerwowania, naturalnie, nie zdradzając się zupełnie co do otrzymanych od niej informacyj.
Spojrzeliśmy na siebie po przeczytaniu tych listów. Odrzucając zwykłą przesadę wysłowienia się obojga państwa, były one jednak wymownem świadectwem, iż w życiu tej rodziny zaszły poważne zmiany, które muszą mieć jakieś źródło.
Po pierwsze więc, natychmiast odpisaliśmy obaj zacnej pani Micawber, starając się ją uspokoić i obiecując zająć się jej mężem.
Następnie postanowiliśmy udać się razem na miejsce wskazane.
Pan Micawber już oczekiwał, oparty o mur więzienia, z twarzą pełną wyrazu, jakby rozmawiał z chmurami. Zauważyłem jednak pewne zaniedbanie w stroju, a oczy niespokojne wyrażały zmieszanie.
Wymieniliśmy zwykłe uprzejmości, zapytując o zdrowie, lecz i na te najprostsze zapytania odpowiadał z jąkaniem i chwytaniem się za głowę.
Wzięliśmy go wreszcie obydwaj pod ręce i szliśmy wprost przed siebie na przechadzkę.
— Jakże się panu podoba nowy zawód? — odezwał się swobodnie Traddles.
Gość nic nie odpowiedział.
— A cóż porabia pan Heep, nasz przyjaciel? — wtrąciłem znów po chwili.
Micawber stanął nagle w obronnej postawie, pobladł, usta mu drżały, oczy zamigotały jakoś dziwnie.
— Co to jest „nasz przyjaciel“? — przemówił z goryczą. — Jeśli pan Heep jest pańskim przyjacielem, mogę pana tylko żałować; jeżeli go uważasz za mojego, mogę tylko uśmiechnąć się z ironją. Co on porabia? To, co lis, kiedy poluje na zdobycz. A zresztą proszę, porzućmy ten przedmiot rozmowy. Nie chcę, nie mogę więcej! Uciekam od tego.
Skręcił nagle w boczną uliczkę, oparł się o mur domu, wyjął chustkę z kieszeni i zasłoniwszy twarz, szlochał.
— Idźcie sobie, panowie — odezwał się wreszcie. — Nie dla mnie towarzystwo takich jak wy ludzi, nędzny robak sam czołgać się musi w ukryciu.
Mimo to czekaliśmy, aż się uspokoi, a wtedy przemówiłem znów bardzo serdecznie, zapewniając, że babka poleciła mi go przyprowadzić, że łóżko czeka na niego gotowe i że w gronie przyjaciół zapomni o troskach.
— A jeżeli zwierzenie może przynieść ulgę, dlaczegóż nie miałbyś pan być otwartym z nami? — dodał poważnie Traddles. — Przyjaźń to wielkie słowo.
Pan Micawber pochylił głowę i podał nam ręce. Pozwolił się prowadzić, choć widoczne było, że toczy się w nim jeszcze jakaś walka, i że sam nie wie, jak ma postąpić w tym razie.
Babka powitała go bardzo życzliwie. Ucałował podaną sobie rękę i zaraz cofnął się we wgłębienie okna, ocierając chustką pot z czoła, a może łzy z oczu.
Pan Dick wzruszył się bardzo tym widokiem. Jego dobre, dziecięce serce odczuwało żywo każde zmartwienie bliźniego, więc i teraz serdecznie zbliżył się do gościa i kilkakrotnie mocno potrząsnął mu rękę.
To dopełniło miary. Pan Micawber czuł się złamany. Usiadł na najbliższem krześle i daremnie szukał wyrazów.
— Dobroć wasza, przezacni państwo — zaczął wreszcie — pozwoliła mi zapomnieć na chwilę, że nie jestem dziś godzien tej przyjaźni, którą ceniłem jako skarb najdroższy.
— Co do mnie — odezwała się spokojnie babka — zawsze pamiętać będę, ile zawdzięcza panu Trot w najboleśniejszym okresie dzieciństwa. I żałuję, że nie miałam sposobności wcześniej poznać pana i pańskiej rodziny. Mam nadzieję, że wszyscy zdrowi?
— Zdrowi? Cóż warte zdrowie rodziny wyrzutka, który pomimo męczarni moralnych nie miał dotąd dość siły...
— Za lepsze jutro, panie! — zawołał Traddles, podając mu szklaneczkę ponczu i stukając o swoją, którą natychmiast wypróżnił.
Stuknęliśmy się wszyscy. Pan Micawber spoglądał na nas dziwnym wzrokiem, nakoniec poniósł do ust ulubiony napój. Zapominał o wszystkiem, smakując powoli.
— Bywał lepszy? — z uśmiechem zauważył Traddles. — Oto cytryny, cukier, esencja i woda: w imię dobra ogółu pokaż pan swą sztukę.
I podsuwał mu tacę, a biedak bezmyślnie wziął do ręki cytrynę i łyżeczkę, aby się zająć swoją specjalnością.
Lecz zaledwie zaczął tę pracę, nerwowym ruchem złożył znów wszystko na tacy, odsunął ją, wstał z krzesła, wyjął mokrą chustkę i, zasłaniając twarz, wybuchnął płaczem.
— Panie Micawber — rzekłem, biorąc go za ręce — jesteś pośród przyjaciół.
— Pośród przyjaciół! — wybuchnął gwałtownie. — Właśnie dlatego, żem pośród przyjaciół, nie mogę dłużej! To nad ludzkie siły! Nie chcę być zdrajcą, oszustem, złodziejem, — nie! Niechaj dzieci moje umrą z głodu, ja nie będę wspólnikiem i narzędziem pana Heepa!
Babka klasnęła w dłonie, wszystkie oczy spoczęły na zmienionej twarzy biedaka, na której malowało się postanowienie.
— Walka skończona! — zaczął znowu pan Micawber, potrząsając swą mokrą chustką. — Tak dłużej być nie może. Życie mi obrzydło i pragnąłem śmierci, aby ujść ze szponów łotra. Ale dziś nie! Chcę żyć i zdeptać go nogami! Zapłacić mu za wszystko, com wycierpiał. Za moją żonę i za moje dzieci, za ten brud, którym powalał mi ręce, że już nie śmiem uścisnąć dłoni uczciwych przyjaciół!
Nie widziałem go nigdy w takiem uniesieniu i nadaremnie usiłowałem uspokoić. Odsunął moją rękę, mówiąc coraz głośniej.
— Od tej chwili, przysięgam, nikomu nie podam ręki, dopóki nie rozetnę nią na dziesięć części tej podłej, jadowitej i zdradzieckiej żmii, Urji Heepa! Nie przyjmę gościnności i nie spocznę pod uczciwym dachem przyjaciół, póki nie zburzę tej jaskini zbója, w której kryje się kłamstwo i zdrada! I nie skosztuję żadnej przyjemności życia, nie wypiję szklaneczki ponczu, póki nie zmiażdżę tego obłudnika i nie uwolnię ludzkości od jadu najwstrętniejszego na świecie potwora!
Skończywszy tę przemowę, pan Micawber podniósł czoło i prawą rękę, w której powiewała duża i mokra chustka, i ku zdumieniu całego zebrania triumfalnym krokiem zwycięzcy opuścił pokój i zniknął w ciemnościach.
Nie ochłonęliśmy jeszcze ze zdumienia, kiedy nadbiegł posługacz z pobliskiej traktjerni. Przyniósł list, zaadresowany do miss Trotwood.
Niezwykle krótko, choć zawsze właściwym mu stylem, zawiadamiał nas pan Micawber, że godzina sprawiedliwości uderzyła i postanowił spełnić obowiązek, jaki włożyła na niego Opatrzność. W tym celu prosi babkę, mnie i Traddlesa, abyśmy od dziś za tydzień stawili się w Canterbury o godzinie 10-tej rano w Grandhotelu. Potem, spragniony wiecznego spoczynku, legnie w ciasnej mogile.
Nikt z nas nie wątpił, że wezwanie pana Micawbera ma na celu odsłonięcie ukrytych zamiarów i czynów Urji Heepa, zadawaliśmy sobie jednakże pytanie, czy nie będziemy przez to jedynie świadkami przykrego dla stron obu zerwania stosunków. Co pan Micawber, człowiek napewno uczciwy, ale niezbyt obrotny, a często naiwny, może zrobić takiemu chytremu lisowi, jakim niewątpliwie był Urja?
Czy ta nasza wyprawa nie będzie trochę przedstawieniem, które ośmieszy nas we własnych oczach bez żadnego istotnego rezultatu?
A znowu z drugiej strony, jeśli pan Micawber może uwolnić Anię i jej ojca ze szponów nikczemnego wspólnika, czy wolno nam się cofać od udziału w tak ważnej sprawie?
Babka radziła, abym pojechał z Traddlesem, ona zaś pozostanie z biedną Dorą, która nie wstawała już z łóżka. Ale Dora pierwszy raz w życiu rozgniewała się na ten projekt i z niezwykłą jej stanowczością oświadczyła, że pojedziemy wszyscy, a dla niej Peggotty będzie wystarczającą opiekunką na tak krótki przeciąg czasu.
Nie śmiałem się sprzeciwiać, tak denerwował ją najmniejszy opór pod tym względem. Okazało się wtedy, że umie być stanowczą.
W przeddzień wyjazdu Traddles zawiadomił mię w krótkich wyrazach, że pan Micawber porozumiewał się z nim w tym tygodniu, zasięgając porady prawnej, że sprawa jest poważna i powinniśmy się stawić napewno.
Wobec tego wyruszyliśmy, zabrawszy z sobą pana Dicka, którego nie mogliśmy zostawić samego. Stanęliśmy w hotelu i nazajutrz rano o godzinie dziesiątej oczekiwaliśmy przybycia pana Micawbera w salonie.
Babka chodziła tam i napowrót po pokoju, Traddles przesuwał rękę pomiędzy włosami i niby czytał dzisiejszą gazetę, ja stałem w oknie i patrzyłem na zegarek
— Pisał do mnie, że zapewne stawi się dopiero o wpół do jedenastej — zauważył Traddles obojętnie.
Spojrzałem na niego: widocznie w ostatnim tygodniu stale porozumiewał się z panem Micawberem. Ale on niby znów czytał gazetę.
Nakoniec zobaczyłem na rogu ulicy zbliżającego się pana Micawbera. Wkrótce wszedł do pokoju, poważny i wyprostowany, z twarzą bladą i wyzywającem spojrzeniem.
Pan Dick natychmiast mocno wstrząsnął jego ręce.
— Witam szanownych państwa — przemówił głosem uroczystym. — Jestem punktualny. Wezuwjusz wybuchnie za chwilę. Raczcie udać się ze mną do mieszkania pana Wickfielda.
— A czy pan po śniadaniu? — zapytał pan Dick z troskliwością.
— Panie Dixon — odpowiedział pan Micawber, podnosząc na sufit surowe spojrzenie — ja i apetyt dawno jesteśmy sobie obcy!
— Dick — szepnęła babka i zmieszany staruszek cofnął się natychmiast.
— Proszę wyjść za pięć minut — odezwał się znów pan Micawber. — Idę pierwszy.
Traddles podał rękę miss Betsy, postępowałem za nim z panem Dickiem.
Kiedy weszliśmy do domu, pan Micawber siedział przy biurku na zwykłem swojem miejscu.
— Dzieńdobry — przemówiłem, gdyż trzeba było coś powiedzieć. — Jak się ma pan Wickfield?
— Pan Wickfield niezdrów dziś, leży — odpowiedział głośno — lecz miss Wickfield będzie państwu bardzo rada. Proszę.
I wprowadził nas do jadalnego pokoju obok gabinetu Urji.
— Miss Trotwood, pan Dawid Copperfield, pan Tomasz Traddles, pan Dixon — wyliczał nas zkolei.
Urja zerwał się z miejsca, zaskoczony naszem przybyciem i zadziwiony pewnie niemniej od nas samych. Jego ruchliwe oczy zamigotały czerwono, podniósł rękę do czoła i widocznie usiłował zebrać myśli i zrozumieć, co oznaczać może to zbiorowe najście.
Ale prędko się opamiętał i, zginając na wszystkie strony, zapewniał o swem szczęściu i pokorze z powodu naszego widoku. Pochwycił moje ręce, których nie mogłem usunąć, nie śmiał sięgnąć po rękę babki, a Traddles ukłonił mu się obojętnie.
— Nieoczekiwana przyjemność — powtarzał, kręcąc się po pokoju. — Jestem pokorny człowiek, ale...
W tej chwili weszła Ania w towarzystwie pana Micawbera. Zwróciliśmy się do niej. Zrozumiałem na pierwszy rzut oka, że jest wtajemniczona w całą sprawę, mówił o tem poważny wyraz bladej twarzy i spojrzenie ufnych jej oczu. Nie okazała żadnego zdziwienia z powodu naszej obecności i witała wszystkich z uprzejmą powagą.
A więc pan Micawber znalazł w niej oparcie. Napełniło mię to otuchą. Rozsądne słowo Ani musiało zaważyć i na nim, a jej spokój dodawał mu sił i odwagi w walce niewątpliwie trudnej.
Jednocześnie zauważyłem porozumiewawcze spojrzenie pomiędzy Micawberem i Traddlesem, który usunął się na bok.
Ania prosiła, abyśmy usiedli, zajęła miejsce obok babki.
Pan Micawber z ogromną linją za tużurkiem stanął we drzwiach.
— Możesz odejść — zwrócił się Urja do niego.
Lecz pan Micawber nie ruszył się z miejsca.
— Na co czekasz? — powtórzył niecierpliwie. — Powiedziałem ci, że możesz odejść. Czy słyszysz?
— Słyszę — odparł wyniośle.
Urja spojrzał na niego z hamowanym gniewem.
— Więc ruszaj do roboty. Zdaje mi się, że będę musiał rozstać się z panem wcześniej, niż myślałem. Czego chcesz jeszcze?
— Chcę — przemówił Micawber głośno, choć blady był jak ściana — chcę powiedzieć wobec tych świadków, że jest na świecie oszust imieniem Urja Heep!
Urja zachwiał się i upadł na krzesło, jakgdyby ugodzony nagłym ciosem. Wściekłość i przerażenie nadały jego twarzy wyraz wstrętny i straszny. Opamiętał się jednak.
— Ha! To spisek — zawołał. — Zmówiliście się z moim sługą! Przekupiliście go. Ale ja was się nie boję. Mam was wszystkich w ręku. Zazdrościcie mi, że z niczego się wyniosłem o własnej sile. He, panie Copperfield...
— Panie Micawber — przerwałem stanowczo — postępuj z tym człowiekiem, jak na to zasłużył.
— Ha, ha! — zaśmiał się Urja. — Przekupiony sługa, wyrzutek społeczeństwa, którego wyciągnąłem z błota, przyjaciel włóczęgi, który zdechłby z głodu, gdyby go nie przygarnęła z litości stara baba. Znam też dobrze i twoje tajemnice, miss Trotwood, miałem przyjemność znać twego małżonka. Ha, ha, ha! A co do pani, miss Wickfield, radzę ze względu na ojca, każ tym ludziom milczeć i odejść. Mogę zgubić go jednem słowem, jeśli mię doprowadzą do ostateczności. Pomyśl pani, miss Wickfield. Co zaś do tego pana... — odwrócił się, szukając oczyma Traddlesa.
— Jestem — odezwał się Traddles uprzejmie, wchodząc z panią Heep do pokoju. — Pozwoliłem sobie przedstawić się pańskiej matce.
— Kto pan jesteś? — zawołał Urja niespokojnie. — Nie znam cię? Czego chcesz tutaj?
— Jestem upełnomocnionym prawnikiem i plenipotentem pana Wickfielda w sprawach spółki — odpowiedział łagodnie Traddles. — Mam w kieszeni odpowiednie dokumenty.
— Stary osioł spił się i podpisał bez przytomności, coście mu podsunęli — ryknął Urja. — Podpis wyłudzony podstępem...
— Niejeden podpis wyłudzony został od człowieka chorego podstępem i gwałtem — zauważył spokojnie Traddles. — O to nam właśnie chodzi. Panie Micawber, proszę, odczytaj akt oskarżenia.
— Uri! — zawołała pani Heep płaczliwie. — Upokórz się, moje dziecko.
— Milcz, matko — przerwał Urja. — To rzecz moja. Więc jest akt oskarżenia? Ha, wysłucham!
Usiadł z miną wyzywającą i bezczelną.
— Zaczynaj, panie Micawber — powtórzył spokojnie Traddles.
Pan Micawber poprawił linję, sięgającą mu z poza tużurka do brody, wyjął z kieszeni złożone we czworo papiery i blady, lecz panujący nad sobą, rzucił nam majestatyczne spojrzenie, następnie zaczął czytać głosem uroczystym zarzuty przeciw swemu zwierzchnikowi, spisane w formie listu.
— Przezacne panie i panowie!
Lekki uśmiech przemknął po ustach Traddlesa, a miss Betsy szepnęła półgłosem:
— On chyba myśli nawet w formie listu!
Tymczasem p. Micawber długo i patetycznie odczytywał, jakim sposobem został urzędnikiem i narzędziem oszusta, Urji Heepa. Opisywał, jak od kolebki nędza, rozpacz i szaleństwo „zasiadły u jego wezgłowia“. Mówił o swej rodzinie, która nie zaznała jeszcze „słodyczy życia“, o zaślepieniu ludzi, którzy go nie oceniali. Zdobił styl krasomówczemi ustępami z Szekspira i innych autorów, z czego był widocznie dumny. Dopłynął wreszcie do stosunku z Urją, który jako „przyjaciel“, pożyczając mu pieniędzy, uzależnił go od siebie przedewszystkiem. Był w jego ręku i na jego łasce, zanim przyjął ofiarowane mu miejsce. Przyjął je w dobrej wierze, uważając swego chlebodawcę za człowieka niepospolitych zdolności. Urja natomiast sądził, że ma do czynienia z głupcem i niedołęgą. Zwolna odsłaniał karty i zaczął go używać do nieczystych swoich interesów. Prawda, że Micawber nie odrazu umiał się w nich zorjentować: wrodzona prawość i uczciwość nie pozwalały mu widzieć w zwierzchniku fałszerza, łotra i oszusta, ale — „podnosiła się tajemnicza zasłona“ i nie mógł wątpić dłużej. Wówczas w duszy jego zaczęła się tragiczna walka. Oplątany przez Heepa materjalnie, niepewny moralnie drogi, którą powinien był kroczyć ze względu na różnorodne, sprzeczne obowiązki, dochodził do szaleństwa. Tracił zdrowie, unikał domowego ogniska i kochającej go tkliwie rodziny, zdawało mu się, że z sieci pająka pozostało mu jedno wyjście — samobójstwo!
Lecz oto głos przyjaciół i ich serdeczna życzliwość wskazały mu prawdziwą drogę obowiązku, i wstąpił na nią mężnie, aby pokonać groźnego potwora. Oskarża Urję Heepa...
Nagle Urja, który napozór spokojnie siedział zgięty we dwoje, błyskając krwawemi oczami, gwałtownym ruchem rzucił się na Micawbera, jakgdyby mu chciał wydrzeć oskarżenie i poszarpać na szczątki.
Ale Micawber ruchem błyskawicznym wysunął z za tużurka długą linję i z rycerskim rozmachem ciął nią w rękę wroga, która opadła, jakby przetrącona szablą.
Poskoczyliśmy z Traddlesem na pomoc, lecz było to zbyteczne. Urja, zgrzytając z wściekłości zębami, cofnął się do swego kąta.
Pan Micawber stał chwilę z podniesioną linją, niby rycerz, wyzywający do walki. Mimo całej powagi położenia musiałem się uśmiechnąć.
— Czytaj pan dalej — urzędowym głosem przemówił wtedy Traddles.
— Gotów jestem odeprzeć siłą wszelką napaść — wygłosił pan Micawber patetycznie.
Lecz napaści nie było, więc rozpoczął znowu swoją powieść.
Tragedja duszy jego zaczęła się ostatecznie już przed rokiem, od chwili znalezienia w dawnem mieszkaniu Heepa, które zajmował z rodziną, niedopalonego notatnika Urji. Odtąd nie mógł już wątpić, że ma do czynienia z fałszerzem i oszustem.
Zdawało się, że Urja rzuci się na niego znowu, ale spojrzawszy na nas, zaniechał zamiaru.
— Uri — płaczliwie zawołała matka — upokorz się, mój synu!
Nic jej nie odpowiedział.
— Od dwunastu miesięcy rozpocząłem śledztwo, tajemne i niebezpieczne dochodzenie, które mi pozwoliło wyjaśnić i uporządkować przestępstwa Urji Heepa. Wiem w tej chwili, że zginę w więzieniu za długi, rodzinę moją czeka śmierć głodowa, ale sprawiedliwości uczyniłem zadość i krzywda zostanie pomszczona. Błagałem tu zgromadzonych, aby na kamieniu, który prochy moje przyciśnie, były należne mi słowa: Człowiek uczciwy.
Muszę przyznać, że mimo wszystko, czegośmy oczekiwali w tej chwili, cierpliwość nasza była bliską wyczerpania.
Nakoniec zaczął znowu podniesionym głosem, rzucając na Heepa wyzywające spojrzenie i wskazując go linją.
Pierwszy zarzut polegał na tem, iż korzystając z niepoczytalności pana W. w pewnych godzinach, Heep właśnie wtedy wymagał od niego załatwiania najważniejszych interesów i podsuwał mu do podpisywania dokumenty, których treści pan W. w danej chwili nie znał. Takim sposobem zyskał upełnomocnienie do podnoszenia sum i depozytów, złożonych u pana W., które niby z jego rozkazu umieszczał w nieistniejących przedsiębiorstwach. Tym sposobem wina oszustwa obciążała pana W. Urja zaś oprócz tego uzyskał od pana W. podpis, świadczący, że pan W. od tegoż Urji pożyczył znaczną sumę, za którą jest odpowiedzialny całym majątkiem swoim i wolnością.
— Dowody? — krzyknął Urja. — Oskarżam cię o potwarz! Złóż dowody, bo cię... ja cię...
— Dowody są u mnie — spokojnie rzekł Traddles. — Wyratowany z popiołów notatnik i inne dokumenty.
Urja chwycił się za głowę.
— Upokórz się, synu! — zawołała matka. — Pokorą wszystko zrobisz!
— Zobaczymy! — rzekł Urja. — Czekaj matko. Musimy wiedzieć wszystko. Jeszcze niewiadomo, kto się upokorzy wkońcu.
— Powtóre — donośnym głosem zaczął znów pan Micawber — oskarżam Urję Heepa o wielokrotne fałszowanie podpisu pana W. w księgach i na dokumentach. Między innemi pan Heep sfałszował pokwitowanie pana W. na otrzymane jakoby od niego dwanaście tysięcy funtów, których w rzeczywistości nigdy nie oglądał. W notatniku, będącym w posiadaniu pana Traddlesa, znajdują się szczegóły.
— Zgodne z prawdą — powtórzył Traddles urzędowo — sfałszowany dokument jest u mnie.
Urja poskoczył do biurka i gwałtownie otworzył szufladę — lecz ręce mu opadły.
— Upokórz się, mój synu — nalegała matka.
— Kradzież — zawołał Urja. — Kradzież papierów z biurka! Oskarżam cię o kradzież!
— Mów pan dalej — przemówił urzędowo Traddles.
— Pomijając fałszerstwo ksiąg, które wykaże rewizja, zwracam uwagę szanownych słuchaczy na ostatni podstęp mego byłego zwierzchnika. Korzystając z przewagi swej nad panem W., który nie śmiał i nie umiał stawić mu oporu, Urja Heep w zwykły sposób zmusił go do podpisania dokumentu, na mocy którego pan W. zrzekał się udziału w spółce i potwierdzał akt sprzedaży rzeczonemu Urji Heepowi nawet sprzętów tego mieszkania wzamian za skromne raty dożywotnie, które miał otrzymywać kwartalnie. Tym sposobem w chwili obecnej jesteśmy pozornie w mieszkaniu pana Heepa i korzystamy nawet z jego krzeseł. Pożyczając zrujnowanemu panu W. pieniędzy na lichwiarskie procenty, jego własne zresztą pieniądze skradzione, pan Heep bogacił się zyskami lichwy, a pan W., oplatany w jego sieci, czuł na sobie i dźwigał ciężką odpowiedzialność wobec własnego sumienia i prawa za wszelkie nadużycia i oszustwa.
Na wszystko to i wiele innych rzeczy, których niepodobna tu było wyniszczać, złożyłem niezbite dowody w ręce prawnika i pełnomocnika pana W., pana Tomasza Traddlesa.
Myśleliśmy, że koniec i powstaliśmy z miejsc, lecz pan Micawber uroczystym ruchem podniósł prawicę z linją i powstrzymał nas spojrzeniem i słowem:
— Za pozwoleniem!
Trzeba więc było pozwolić mu skończyć.
Wrócił znowu do siebie i swojej rodziny, ciężkiej walki i trudu, który podjął w imię przyjaźni i sprawiedliwości, zaznaczył mocno, że uczynił to bezinteresownie i oczekuje jedynie więzienia z powodu niemożności uregulowania przyjętych zobowiązań i spoczynku w przedwczesnej mogile. Pamięć ludzka jednakże musi o nim świadczyć, że jak bohater poematu — skonał:
„za ojczyznę, rodzinę i piękność“.
Nie darował nam nawet długiego podpisu, zakończonego wreszcie imieniem i nazwiskiem. Poczem wręczył manuskrypt babce, ogarniając nas wszystkich pełnem triumfu spojrzeniem.
Nagle Urja poskoczył z miejsca kocim ruchem. W rogu pokoju stała znana mi szafa żelazna. Klucz tkwił w zamku. Heep otworzył ją gwałtownie. Była pusta.
— Kradzież — krzyknął głosem zdławionym. — Książki skradzione.
— Tylko przeniesione w bezpieczniejsze miejsce — zauważył Traddles spokojnie. — Oddane zostały pod moją opiekę.
— Kiedy? Kiedy? — rozpaczał Urja.
— Dziś rano — odparł Micawber. — Wziąłem klucz cd pana jak zwykle.
— Porachuję się z tobą — wrzasnął i bez względu na groźną linję chciał rzucić się na Micawbera z pięściami, ale w tej chwili, ku zdumieniu wszystkich, miss Betsy poskoczyła do niego gwałtownie, chwyciła go za gardło i, trzęsąc jak wiórem, wołała w uniesieniu:
— Oddawaj moje dobro, niegodziwcze! Oddaj, coś skradł, rabusiu, oszuście, złodzieju!
Poskoczyliśmy obydwaj z Traddlesem, ażeby go uwolnić, uspokajając babkę, że odbierze wszystko, co jej się należy. Widocznie jednak miała przekonanie, że Heep ukrywa jej dobro w halsztuku, gdyż nie chciała go puścić żadną miarą.
Ustąpiła nakoniec i, drżąc ze wzruszenia i gniewu, zajęła swe poprzednie miejsce. Lecz natychmiast zwróciła się do Ani:
— Dopóki byłam przekonana, że jestem ofiarą pomyłki z winy twojego ojca, starego i zacnego przyjaciela, mogłam milczeć, wyrzec się straty i nie miałam do niego żalu. Ale skoro wiem teraz, kto mię skrzywdził...
— Upokórz się, synu! Upokórz się synu! — błagała matka Urji.
Lecz on gwałtem prawie posadził ją na krześle i zuchwale stanął przed nami.
— Czego chcecie? — zapytał. — Czego ode mnie żądacie?
Traddles mu odpowiedział.
— Pozostałych ukrytych dokumentów, stwierdzających twoje przestępstwa. Są, zdaje się, pod opieką twojej matki.
— A jeżeli nie oddam?
— Policja czeka na moje wezwanie w hotelu. Lecz nie koniec na tem. Oddasz dobrowolnie wszystko, coś zagrabił, do ostatniego szeląga.
— Doprawdy? — spytał Urja.
— A zanim to nastąpi, nie wolno ci opuszczać swojego pokoju, ani komunikować się z kimkolwiek. Chętnie jednak zrzeczemy się sprawy sądowej, nie ze względu na ciebie, jak się zapewne domyślasz, lecz gotowi jesteśmy cię puścić i nie wszczynać żadnego dochodzenia, jeśli zwrócisz pieniądze i dasz nam piśmienne przyznanie się do winy, stwierdzone własnoręcznym podpisem wobec świadków. Wybieraj.
— Upokórz się, mój synu — powtarzała pani Heep z płaczem. — Bądźmy pokorni, jak dawniej. Zawsze ci mówiłam, że to najbezpieczniej. Uri, Uri, posłuchaj matki!
— Czy mam wezwać policję? — spytał Traddles.
Potrząsnął rękami, jakby czuł na nich kajdany, objął nas wzrokiem pełnym nienawiści i zwrócił się do matki.
— Oddaj, matko — wybełkotał niewyraźnie.
— Pan Dick pójdzie z panią — rzekł Traddles.
Pan Dick podniósł głowę i z godnością spełnił zlecenie, o tyle trudne, że wrócił, dźwigając za staruszką dość dużą i okutą skrzynkę, w której widocznie Urja przechowywał ważne papiery.
Pani Heep wręczyła kluczyk Traddlesowi, który otworzył skrzynkę i spokojnie przejrzał jej zawartość.
— Mamy wszystko — rzekł wreszcie — pozostaje tylko napisanie przez Urję zeznania.
Łotr w milczeniu z zaciśniętemi zębami spełnił, co mu kazano. Napisał, co mu Traddles podyktował, podpisał się wyraźnie, pod nim wszyscy świadkowie, wreszcie Traddles jako urzędnik państwowy. Mieliśmy w ręku wszystkie dowody naszej własności, mogliśmy każdej chwili ją odzyskać.
— Jesteś pan wolny — rzekł Traddles do Heepa. — Możesz odejść.
— Nim to nastąpi, pragnę wam powiedzieć, że wszystkich was nienawidzę, gardzę wami, najmocniej jednak tobą, Copperfieldzie. Od pierwszego poznania miałem wstręt do ciebie. Grałeś rolę panicza, ukrywałeś przeszłość, a przecież ją poznałem. I czułem się wyższy od ciebie. Miałem zawsze dom własny, nie byłem włóczęgą, nie wycierałem kątów u żadnych Micawberów, nie żywił, nie wychowywał mię nikt z łaski. Wszystko sobie samemu zawdzięczałem. I dlatego kazali mi wam usługiwać, mieć staranie o waszym koniu, waszym wózku. To do mnie należało, do pokornego sługi! Musiałem być pokorny, bo mną nikt się nie opiekował, nic nie miałem, prócz swojej głowy. Spotkamy się jeszcze w życiu i każdemu z was zapłacę wedle zasług. Nie rachujcie na żadne względy!
Zniknął wreszcie za drzwiami, uprowadzając matkę.
Słuchaliśmy zarzutów jego z ciekawością, gdyż malowała się w nich cała nikczemność tej duszy. Pozwalały poznać go do dna.
Tegoż dnia jeszcze babka odwiedziła panią Micawber. Znaleźliśmy się tutaj wszyscy oprócz Ani, która została przy ojcu. Pomiędzy małżonkami przywrócone zostało zaufanie, oboje czuli się bardzo szczęśliwi i dumni. Pan Micawber, mimo pozornej skromności i szczerego zadowolenia ze swej roli i triumfu, w głębi duszy uważał się za bohatera, a podziw jego żony dla zasług i wielkości męża poprostu nie miał granic. Złożył w jej ręce odpis aktu oskarżenia, bardzo czysto i starannie napisany, aby go odczytała w wolnej chwili i schowała dla dzieci na pamiątkę. Patrząc na nich, zdawaliśmy sobie sprawę, że pomimo drobnych śmieszności są to ludzie z gruntu dobrzy i uczciwi, dzięki czemu wiele im dziś zawdzięczamy. Spłacić ten dług wdzięczności było naszym obowiązkiem.
Patrząc na gromadkę dzieci, onieśmielonych naszą obecnością, babka poruszyła tę kwestję. Zrobiła to z niezwykłą u niej delikatnością, przypominając smutny okres w mojem życiu, kiedy w domu państwa Micawber znalazłem życzliwą opiekę. Nazwała to zrządzeniem Opatrzności, bo przecież wówczas zawarty stosunek przyczynił się do wyzwolenia nas wszystkich ze szponów nikczemnego łotra. Zdajemy sobie sprawę, jak wiele zawdzięczamy dziś panu Micawberowi i pragniemy gorąco dług ten spłacić. Niech nam wskaże do tego drogę i sposobność.
Naturalnie pan Micawber oznajmił z godnością, że spełnił tylko obowiązek uczciwego człowieka i wydarł samego siebie z hańbiącej i poniżającej niewoli. Jest nam wdzięczny, że byliśmy do tego pobudką.
Niemniej przeto obowiązany jest zwrócić uwagę na odwrotną stronę tej sprawy. Ma rodzinę, której los winien zabezpieczyć. Niewątpliwie zostanie wkrótce uwięziony, gdyż weksle jego pozostały w ręku Urji: były jego własnością. Oddał istotnie poważną przysługę ludziom szlachetnym, swoim przyjaciołom, i raduje to jego serce. Nie przyjąłby nigdy datku pieniężnego, lecz sądzi, że miss Trotwood nie odmówi mu drobnej pożyczki, którą ureguluje natychmiast po znalezieniu nowej podstawy bytu dla rodziny, dając tymczasem prawne i piśmienne zobowiązanie.
Znaliśmy dobrą wiarę pana Micawbera wobec jego wierzycieli i wiedzieliśmy wszyscy, jak znikoma jest taka pomoc. To też przyjmując jego propozycję i przypominając jak wielkie trudności miał zawsze w znalezieniu pracy, zapytała go babka, czy nie myślał nigdy o emigracji do Australji.
Zapewnił ją z głębokiem przekonaniem, że było to marzeniem jego życia.
Pani Micawber trochę zaniepokojona, przedewszystkiem informowała się o klimat. Usłyszawszy, że jest i piękny, i zdrowy, wyraziła nadzieję, że w odpowiednich warunkach mąż jej zostałby niezawodnie w krótkim czasie gubernatorem której z wysp oceanu Spokojnego.
— Zapominasz, kochanku, że na to potrzebny kapitał, którego zdobyć nie możemy — posępnie zauważył pan Micawber.
— O to nie należy się troszczyć — żywo odparła babka — przyjaciele oddadzą panu przysługę za przysługę, a pożyczkę zwrócisz z łatwością, zająwszy w Nowym Świecie odpowiednie dla siebie stanowisko.
Słowa babki uspokoiły zupełnie skrupuły pana Micawbera, podnieciły jego energję i napełniły bujną wyobraźnię słodkiemi marzeniami.
I my byliśmy również przekonani, że w nowem otoczeniu i warunkach człowiek pracowity i nie pozbawiony zdolności znaleźć może właściwe dla siebie zajęcie.
Rozpoczęły się przygotowania do drogi. Parę razy musieliśmy wykupywać go z rąk Urji Heepa, pani Micawber do ostatniej chwili łudziła się nadzieją, że wzruszona ich losem rodzina przynajmniej dobrem słowem zechce ich pożegnać, — nie przeszkodziło to jednak, że w miesiąc po bohaterskim czynie w Canterbury pan Micawber z rodziną był na pokładzie statku, odpływającego do Nowego Świata.
Jednocześnie odpływali też nasi znajomi, ludzie zacni i pracowici, którym powierzyliśmy część funduszu, przeznaczonego dla naszych przyjaciół. Tym sposobem zabezpieczyliśmy ich na dłużej.
I nie zawiodły tym razem nadzieje. Pan Micawber istotnie został lepiej oceniony w społeczeństwie Australji, a po roku otrzymał nawet godność burmistrza. Zaczął też spłacać długi drobnemi ratami.
Więc dług wdzięczności został szczęśliwie spłacony.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.