Dawid Copperfield/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Dawid Copperfield
Data wydania 1927
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. David Copperfield 1849-1850
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

X. NOWE ŻYCIE.

Kiedy nazajutrz rano zszedłem na śniadanie, zastałem babkę, siedzącą przy stole, z głową, opartą na ręku i tak zamyśloną, że woda z odkręconego samowara dawno przepełniła imbryk, tackę pod nim i rozlewała się coraz dalej po obrusie.
Powitałem ją i usiadłem na miejscu przygotowanem naprzeciwko. Miałem ją wprost przed sobą i czułem bezustannie jej badawcze i przenikliwe spojrzenie. Odgadywałem, że pragnie mię poznać, zanim coś postanowi o mym losie, i to właśnie mieszało mię do tego stopnia, że nie umiałem trzymać noża i widelca, ręce mi drżały, spuszczałem powieki, czerwieniłem się i nie mogłem śmiało i spokojnie patrzeć jej w oczy.
— Napisałam do niego — odezwała się nareszcie, kiedy skończyłem jeść i otarłem usta.
— Do kogo? — zapytałem ze zdziwieniem.
— Do twego ojczyma.
— Pana Murdstone? — powtórzyłem przerażony. — I dowie się, gdzie jestem?
— Napisałam mu.
— I... i... on mię zabierze?
— Nie wiem — odparła miss Betsy. — Zobaczymy.
— O babciu — zawołałem — ja nie wrócę do nich! Ja nie wiem, co zrobię, ale...
— Zobaczymy — spokojnie powtórzyła babka. — Nie znam ich i nic nie wiem. Muszę poznać sprawę gruntownie.
Smutnie spuściłem głowę i westchnąłem. Więc nie wszystko skończone, jak mi się wczoraj zdawało, kto wie, co mię znów czeka.
Siedziałem bez ruchu, myśląc o niepewnem jutrze, lecz miss Betsy zdawała się nie troszczyć o mnie. Zdjęła z gwoździa fartuszek, zasłoniła suknię, pomyła filiżanki i spodeczki, zadzwoniła na Żanetę, aby schowała czyste. Potem włożyła rękawiczki i z największą uwagą zaczęła zmiatać niewidzialny zupełnie kurz ze sprzętów i obcierać przeznaczoną do tego ściereczką każdy pręcik i gracik z niewidzialnego pyłu.
Gdy skończyła to wszystko, zdjęła rękawiczki, powiesiła na właściwem miejscu ściereczkę i fartuch, usiadła na swoim fotelu przy oknie i wysunęła szufladkę stolika, w której miała przygotowaną robotę.
— Może pójdziesz na górę do pana Dicka? — zwróciła się do mnie. — Powiedz, że przysyłam mu „dzień dobry“ i pytam o zdrowie. Dowiedz się także, jak tam idą pamiętniki.
Podniosłem się natychmiast, aby spełnić to polecenie, i z ciekawością pobiegłem na górę poznać bliżej staruszka o dziecięcej twarzy.
Siedział przy stole, pochylony nad wielkim arkuszem papieru, i pisał szybko z taką gorliwością, że zanim mię zobaczył, miałem czas nietylko policzyć wszystkie pióra na stoliku, zauważyć ilość papieru i wielką butlę atramentu, lecz zbliżyć się i dotknąć wspaniałego latawca, który leżał na drugim stoliku pod oknem.
— Ach — zawołał nareszcie, odrzucając pióro i ujmując serdecznie moje ręce. — Dziękuję, bardzo dziękuję — zapewniał, słuchając mojego poselstwa. — Wszystko dobrze, wszystko najlepiej, tylko król Karol I-y...
Umilkł i zrobił tajemniczą minę, jakgdyby wymówił niebezpieczne słowa.
— Cyt! — zaczął znowu. — To jest trudna kwestja i nie mogę dotąd rozwiązać jej jasno. Historja mówi, że on był ścięty, a przecież...
I wymownie wskazał na swoją głowę, mocno trzymającą się na karku.
Nie wiedziałem, co mam na to odpowiedzieć.
Lecz pan Dick zmrużył oko i uśmiechnął się już do latawca.
— Puścimy go dziś razem — rzekł wesoło. — To jest najlepszy sposób, mój kochany. Zobacz.
Zauważyłem teraz, że latawiec zrobiony był z zapisanego papieru, na którym imię Karola I-go powtarzało się dosyć często.
— To, widzisz, idzie wysoko, daleko — mówił pan Dick, figlarnie mrużąc jedno oko. — Tak rozsyłam po świecie różne wiadomości! Teraz podziękuj miss Trotwood za uprzejmość. Natychmiast zejdę nadół, tylko złożę papiery i będziemy puszczać latawca.
Babka z lekkim uśmiechem i bardzo uważnem spojrzeniem wysłuchała odpowiedzi, którą jej przyniosłem, i spytała, jak mi się pan Dick podoba,
— Bardzo — odpowiedziałem jej szczerze — tylko... ale...
— Karol I? Zczasem i to zrozumiesz. Teraz powiem ci tylko, że źli ludzie nazwali pana Dicka warjatem i zamknęli go w miejscu gorszem, niż więzienie. Lecz znałam go od dziecka i mogę cię zapewnić, że to człowiek niepospolicie rozsądny. Wzięłam go pod opiekę, jest u mnie szczęśliwy, a skromna pensja, jaką mu płaci rodzina, wystarcza najzupełniej na jego potrzeby. Skoro go poznasz bliżej, sam ocenisz zalety tego dobrego człowieka.
Słowa babki natchnęły mię otuchą. Była dobra, jeżeli podjęła się opieki nad panem Dickiem, czyż nie miałaby litości nade mną, skoro pozna pana Murdstone? Tak, to była pociecha, lecz nie pewność. Z niepokojem czekałem na wieść od ojczyma, tembardziej, iż rozumiałem coraz lepiej, że bez tego miss Betsy na nic się nie zdecyduje. Chodziłem ciągle boso i w tych samych strzępach, w jakich zjawiłem się u niej, tylko wypranych i zreperowanych. Z tego powodu nie mogłem puszczać latawca z panem Dickiem, gdyż w dzień nie wychodziłem wcale z domu i dopiero o zmroku pozwalano mi wyjść do ogrodu.
Nakoniec nadszedł list. Pan Murdstone zapowiadał w nim osobiste stawienie się u babki dla omówienia tej sprawy.
Miał przybyć nazajutrz i od samego rana oboje z babką byliśmy zdenerwowani. Widziałem głęboką zmarszczkę na jej czole i przelotne, szybkie spojrzenia, któremi mię obejmowała.
Właśnie po obiedzie wstaliśmy od stołu, kiedy rozległ się zwykły okrzyk alarmowy: — Osły! — a jednocześnie ujrzałem przez okno miss Murdstone, depczącą z zupełnym spokojem „świętą łączkę“ przed domem.
— Precz! Precz! — wołała babka, grożąc jej pięścią przez okno. — Co za śmiałość deptać po cudzej własności!
Wybiegła w asyście pana Dicka i Żanety, rozpoczęła się zwykła gonitwa. Miss Betsy udało się pochwycić chłopca i nie pożałowała jego uszu. Zjawił się pan Murdstone. Zdążyłem szepnąć babce o jego godności, lecz tylko pogardliwie potrząsnęła głową i po skończonej walce, mijając przybyłych, weszła do pokoju, usiadła na swoim fotelu i zdawała się nie wiedzieć o niczem, póki Żaneta, stanąwszy na progu, nie oznajmiła o przybyciu gości.
— Czy mam odejść? — zapytałem głosem drżącym,
— Nie — odpowiedziała krótko i stanowczo.
Wskazała mi miejsce w kącie poza sobą i zastawiła krzesłem, że znajdowałem się jakby w fortecy.
Państwo Murdstone weszli do pokoju.
— Nie odgadłam zrazu, kogo mam przyjemność witać w tak niezwykły sposób — przemówiła miss Betsy — lecz z zasady nikomu nie pozwalam deptać mojej własności.
— Miss Trotwood! — powitał ją z ukłonem pan Murdstone.
— Zapewne pan Murdstone? — odkłoniła mu się babka bardzo sztywno — drugi mąż wdowy po Dawidzie Copperfieldzie, która drogo zapłaciła za tę nieostrożność.
Zadzwoniła.
— Żaneto, poproś pana Dicka.
Wskazała gościom krzesła i sama usiadła w fotelu, sztywno i w milczeniu oczekując nadejścia przyjaciela, którego przedstawiła przybyłym.
— Sądzę, iż możemy przystąpić do rzeczy — zaczął surowym głosem pan Murdstone. — Zawiadomiła mię pani listownie o ukazaniu się u niej Dawida Copperfielda, mego pasierba, który uciekł od pracy i z pod opieki przyjaciół.
— Dość spojrzeć w jakim stanie — zauważyła krótko miss Trotwood.
— Uważam za swój obowiązek — ciągnął dalej mój ojczym — objaśnić panią Trotwood, że chłopiec ten od pierwszej chwili był przyczyną wszystkich udręczeń nieboszczki mojej żony. Jest leniwy, uparty i gwałtowny. Napróżno staraliśmy się razem z siostrą wpłynąć na jego poprawę. Jego ostatni wybryk: porzucenie obowiązku i samowolna ucieczka, jest najwymowniejszem świadectwem zepsutego do gruntu charakteru.
— Gorszego chłopca wyobrazić sobie niepodobna — dodała miss Murdstone.
— Istotnie? — wtrąciła babka.
— Niewątpliwie — rzekł pan Murdstone. — Jednakże jestem człowiekiem silnym i stanowczym i nie cofam się nigdy przed spełnieniem obowiązku. Wiem dziś dokładnie, z kim mam do czynienia, lecz potrafię znaleźć na wszystko kaganiec. Jedno tylko pytanie: mam nadzieję, miss Trotwood, że bez pani upoważnienia porzucił uczciwą pracę na kawałek chleba?
— Bez mego upoważnienia. Muszę wszakże zapytać pana, czy do tej samej pracy przeznaczyłbyś własnego syna w wieku Copperfielda?
— Syn mojego brata — pośpieszyła z odpowiedzią miss Murdstone — nie mógłby mieć takiego charakteru. Nic dziwnego, że poszedłby inną drogą.
— A gdyby żyła dotąd jego matka, czy możecie państwo zapewnić, że zgodziłaby się na takie zajęcie dla syna?
— Nie przypuszczam, ażeby Klara w czemkolwiek mogła się sprzeciwić mojej woli — uroczyście wygłosił pan Murdstone.
— Biedna! — rzekła babka. — Jej dochody po śmierci ustały?
— Zupełnie.
— A dom? Czy nie zrobiła żadnego rozporządzenia, aby zabezpieczyć los dziecka?
— Klara miała męża, któremu ufała we wszystkiem.
— Niestety — westchnęła babka — sama była dzieckiem. Co więcej masz mi pan do powiedzenia?
— Tylko to, miss Trotwood: bez względu na drogę przybyłem sam, ażeby zabrać stąd Dawida i postąpić z nim, jak będę uważał za słuszne. Żadnych zobowiązań, żadnych obietnic, żadnego rachunku ze swego postępowania zdawać nikomu nie myślę. Chcę zabrać chłopca. Jeżeli zaś pani, miss Trotwood, popierając jego krnąbrność, zamierzasz stanąć wobec mnie po jego stronie, to uprzedzam, że pozostawię ci go już na zawsze. Jestem człowiekiem stanowczym i daję do wyboru: Dawid pójdzie ze mną natychmiast, albo nie znam go więcej i dom mój dla niego od tej chwili zamknięty. Wyrażam się, jak sądzę, dosyć jasno.
Babka siedziała na fotelu wyprostowana, sztywna, z podniesionem czołem i dziwnym uśmiechem na ustach. Gdy pan Murdstone skończył, milczała przez chwilę, a następnie spokojnym ruchem odwróciła się do mnie.
— No, wybieraj, Dawidzie — przemówiła.
— Oh, nie! Oh, nie! — szeptałem suchemi ustami, zaledwie wydobywając głos z gardła. — Wolę zostać. Nie oddawaj mię, babciu, zlituj się! Oni mnie niecierpią. Boję się ich. Nie chcę!
— Panie Dick — rzekła babka — wiesz, jak sąd twój cenię: powiedz, co mam zrobić z tem dzieckiem?
Pan Dick spojrzał po wszystkich, zawahał się i zarumienił, nagle oblicze jego rozpromieniało radością.
— Trzeba zawołać krawca, żeby mu wziął miarę na ubranie — przemówił łagodnie z wyrazem przekonania.
— Daj mi rękę, mój przyjacielu — rzekła babka — twój praktyczny rozsądek jest nieoceniony.
— Żegnam państwa — odwróciła się do gości. — Musiałam się przekonać, czy chłopiec prawdę mówi, i teraz wierzę mu zupełnie. Zamordowaliście jego matkę i prawdopodobnie bylibyście radzi schować go także pod ziemię. Możecie być spokojni: nie zastuka on nigdy do drzwi waszych, jeszcze mi sił wystarczy, żeby zrobić z niego człowieka.
Państwo Murdstone śpiesznie opuszczali pokój, kłaniając się zdaleka, a tak im było pilno, że potrącili się we drzwiach.
Babka nacisnęła dzwonek.
— Otwórz okno, Żaneto, trzeba wywietrzyć mieszkanie — odezwała się do służącej.
Teraz już ośmieliłem się wyjść z kąta i w uniesieniu radości zarzuciłem jej ręce na szyję i całowałem ją ze łzami w oczach. Potem zwróciłem się do pana Dicka, który ściskał mi ręce i wybuchał śmiechem.
— Panie Dicku — rzekła miss Betsy, patrząc na to — uważaj się od dzisiaj za opiekuna Dawida.
Pan Dick zacierał ręce z wielkiego zadowolenia.
— Ciebie zaś, chłopcze, przyjmuję za syna. Będziesz się odtąd nazywał Dawid Trotwood Copperfield.
Tegoż dnia jeszcze kupiono mi całą wyprawę: bieliznę, buty, suknie. Zaczynałem zupełnie nowe życie: wszystko się zmieniło i wszystko było nowe: otoczenie, ubranie i nazwisko. Czułem się tak szczęśliwy i zdziwiony, iż chwilami zdawało mi się, że to sen rozkoszny, z którego się zbudzę.
Nie zbudziłem się jednak i zacząłem zwolna przywykać do wszystkiego. Z panem Dickiem złączyła mię najściślejsza przyjaźń, puszczaliśmy razem latawce i odbywaliśmy dalekie spacery. Babka nazywała mię Trotem i była coraz serdeczniejsza. Pewnego dnia przy śniadaniu zapytała, czy chciałbym chodzić do szkoły.
— O, babciu! — zawołałem. — Tak bardzo pragnąłbym się uczyć.
— Możesz zacząć od jutra, dobra szkoła jest niedaleko, w Canterbury.
— Co za szczęście! — szepnąłem, całując jej ręce.
Wyjechaliśmy o dziesiątej rano we dwoje małym wózkiem. Dowiedziałem się w drodze, że zajedziemy najpierw do pana Wickfielda, który był zarazem prawnikiem, rejentem i od lat wielu doradcą babki w sprawach majątkowych.
Pan Wickfield mieszkał na cichej ulicy, w niewielkim starym domu. Weszliśmy po schodach do dużego jasnego pokoju, w którym wszystko zdawało się być właśnie takie, jak powinno. Doznałem wrażenia, jakbym znał dawno to miejsce, jakbym go dotąd szukał.
Przy kominku siedział mężczyzna o siwych włosach, żywych czarnych oczach i dobrotliwem spojrzeniu, a obok niego stała dziewczynka w moim wieku z dziwnie miłym wyrazem twarzy.
— Przyjechałam dziś z wnukiem — odezwała się babka po pierwszych słowach powitania. — Pisałam panu o nim. Podzieliłam się z nim nazwiskiem, a teraz trzeba go uczyć. Wskaż mi pan dobrą szkołę i mieszkanie dla chłopca.
Szkół w mieście było kilka, i pan Wickfield niezwłocznie udał się na miasto z babką, aby je obejrzała i wybrała. Ania, córka pana Wickfilda, dzwoniąc kluczykami, pobiegła do gospodarstwa, przygotować zapewne coś więcej na obiad z powodu naszego przybycia. Pozostałem sam w domu.
Usiadłem przy biurku, trochę wyglądałem oknem na stare, dziwne domy, lub czytałem tytuły książek, które leżały na biurku i stole. Było mi tu jakoś dobrze i spokojnie.
Nakoniec powrócili starsi państwo. Babka była zachwycona szkołą doktora Stronga, ale dla pensjonarza nie było w niej miejsca. Więc pan Wickfield zaproponował, abym zamieszkał u nich. Zapewniał, że to sprawi mu wielką przyjemność, ponieważ Ania będzie miała towarzystwo.
I na tem się skończyło. Z Anią zawarliśmy przyjaźń przy obiedzie. Nie chodziła do szkoły, gdyż w rannych godzinach musiała być w domu i zajmować się gospodarstwem. Dlatego uczyła się sama przy pomocy nauczycielki, która przychodziła codzień.
Zaraz po obiedzie babka odjechała, uściskawszy mię na pożegnanie i wyrażając mi zupełną ufność co do mojej przyszłej pracy i sprawowania.
Gdy konik ruszył z miejsca, poszliśmy za panem Wickfieldem na górę po starych szerokich schodach o rzeźbionej, pięknej poręczy.
Przy kominku już Ania ustawiła fotel i mały stolik nakryty serwetą, na którym stała „lampka“ i butelka wina. Tam wygodnie usiadł pan Wickfield. Ania grała na fortepianie, potem wzięła robótkę, i wszyscy rozmawialiśmy wesoło.
W tym miłym i pięknym domu skończyło się moje dzieciństwo i rozpoczął się okres młodości. Nauka szła mi łatwo, pracowałem chętnie, w święta odwiedzałem babkę i z każdym rokiem lepiej rozumiałem, jak wielkiem szczęściem dla mnie jest jej serdeczna i mądra opieka. Teraz ode mnie tylko zależało stać się zczasem człowiekiem użytecznym i wartościowym.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.