Człowiek niewidzialny (Wells)/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Człowiek niewidzialny
Wydawca Biesiada Literacka
Data wydania 1912
Druk Synowie St. Niemiry
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. The Invisible Man
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ III.
Tysiąc i jedna butelka.

Stało się więc, że 28 lutego, na samym początku odwilży, szczególna osobistość spadła z nieskończoności do wsi Iping. Następnego dnia przywlekły się po błocie i rzeczy, istotnie osobliwe rzeczy. Składało się na nie kilka kufrów, takich, jakie rozumny człowiek mógł posiadać, ale w dodatku do kufrów, znalazła się skrzynia z książkami, wielkiemi, grubemi książkami, z których kilka było w jakiemś niezrozumiałem piśmie, nadto tuzin czy więcej klatek z łat drewnianych, pak i skrzynek, zawierających przedmioty, opakowane w słomę... butelki szklane. Przybysz, otulony w kapelusz, palto, rękawiczki i szal, wyszedł niecierpliwie na spotkanie wozu z Fearenside, kiedy Hall gawędził sobie nieco przed zniesieniem rzeczy do pokoju. Wyszedł, nie zwracając uwagi na psa, który węszył nogi Halla.
— Spieszcie się ze skrzyniami — powiedział. — Już i tak dosyć długo czekałem.
Zszedł po schodach ku dołowi wozu, jak gdyby z zamiarem ujęcia mniejszych skrzynek.
Gdy tylko pies spostrzegł Halla, zaczął się jeżyć i warczeć zajadle, a kiedy ten biegł po schodach, pies podskoczył, a potem dał susa prosto do jego ręki.
— Hej! hej! — zawołał Hall odskakując wstecz, bo nie był wcale bohaterem wobec psów.
Woźnica zaś zawołał:
— Leżeć! — i schwycił za bicz.
Okazało się, że zęby psa ześliznęły się po ręce, usłyszano kopnięcie, ujrzano, że pies uczynił skok w bok i oparł się o nogi gościa, co spowodowało pęknięcie jego nabkinów. Potem cieńszy koniec bata woźnicy dosięgnął jego własności, a pies, wyjąc z trwogi, schronił się pod koła wozu. Wszystko to stało się w ciągu pół minuty. Nikt nie wymówił ani słowa, każdy krzyczał. Przybysz spojrzał pospiesznie na swą rozdartą rękawiczkę i na swą nogę, pochylił się ku niej, potem zawrócił się na miejscu i wbiegł szybko po schodach do zajazdu. Słyszeli, jak biegł pospiesznie przez korytarz, potem po schodach do pokoju sypialnego.
— Ach, ty bydlaku! — rzekł woźnica, złażąc z wagonu z biczem, gdy pies śledził go po przez koła.
— Do nogi! — zawołał woźnica. — Chodź lepiej dobrowolnie.
Hall stał, gapiąc się.
— Został przez psa pogryziony — odezwał się. — Pójdę ja zobaczyć, co się z nim dzieje.
I powlókł się za przybyszem.
W przejściu spotkał panią Hall.
— Pies woźnicy ugryzł gościa — rzekł.
Udał się prosto na pierwsze piętro, a ponieważ drzwi były uchylone, rozwarł je szeroko i wszedł bez ceremonii, gdyż z natury swej był wścibskim.
Roleta była opuszczona, a w pokoju panowała ciemność. Hall spostrzegł najosobliwszą rzecz pod słońcem, bo zwracające się ku niemu, a pozbawione ręki ramię i twarz o trzech olbrzymich, nieokreślonych białych plamach, podobną do twarzy bladego bratka. Potem uczuł gwałtowne uderzenie w piersi, odrzucenie wstecz, poczem drzwi zatrzasnęły się za nim i zostały zamknięte na klucz. Działo się to wszystko tak prędko, iż nie miał nawet czasu na poczynienie spostrzeżeń. Teraz stał w małej, ciemnej sieni, myśląc o tem, co to mogło być takiego, co widział.
W kilka chwil potem, przyłączył się do małej grupki ludzi, zgromadzonych przed zajazdem. Woźnica opowiadał wszystko od początku po raz drugi, pani Hall tłumaczyła mu, że jego pies nie powinien gryźć jej gości. Był tam też Huxter, sklepikarz z przeciwka, wypytujący o wszystko; dalej Sandy Wadgers z kuźni, bawiący się w sędziego; obok tego zaś jeszcze kobiety i dzieci, wygłaszające mnóstwo bzdurstw.
— Już jabym tam nie pozwoliła siebie ugryźć! To niema sensu mieć takie psy. Za cóż on go ugryzł? — i tak dalej.
Hall, patrząc na nich ze schodów i przysłuchując się, nie mógł uwierzyć, iż widział przed sobą coś tak osobliwego. Obok tego, słownik jego był za ubogi na określenie doznanych wrażeń.
— Nie potrzebuje pomocy, jak sam powiada — odparł na pytanie, postawione mu przez żonę. — Ot, lepiej znośmy rzeczy do środka.
— Powinien był sobie zaraz kazać wypalić — odezwał się Huxter — zwłaszcza, że może się wywiązać zapalenie.
— Jabym przedewszystkiem zastrzeliła psa — odezwała się jakaś niewiasta w grupie.
Nagle pies zaczął znowu warczeć.
— Śpieszcie się! — wołał gniewny głos w drzwiach, gdzie stał opatulony przybysz z postawionym do góry kołnierzem i opuszczonem na dół rondem kapelusza. —
Im prędzej zniesiecie rzeczy do środka, tem mi będzie przyjemniej.
Jakiś świadek sceny zauważył, że spodnie i rękawiczki zostały zmienione.
— Czy pies pana ugryzł? — spytał woźnica. — Jest mi bardzo przykro...
— Ani odrobinę — rzekł gość. — Nawet skóry nie drasnął. Śpieszcie się z wypakowaniem.
Potem, według zeznania Halla, zaklął pod nosem.
Zaledwie pierwszą klatkę zaniesiono do salonu gość cisnął się na nią z niesłychaną łapczywością i zaczął rozpakowywać, rozrzucając słomę z bezwzględnością wobec dywanu pani Hall, wydobywając butelki: małe, grube butelki, zawierające proszki; małe, delikatne buteleczki, zawierające zabarwione i białe płyny; rowkowane, niebieskie butelki z napisem „trucizna“; butelki pękate o wysmukłych szyjkach; wielkie, zielone butelki; butelki ze szklanemi korkami i zamarzłemi etykietami; butelki z delikatnemi korkami; butelki z czopami; butelki z drewnianemi główkami; butelki do wina, do oliwy stołowej, — a wszystkie, w miarę wyjmowania, ustawiał rzędami na biurku, na kominku, na stole pod oknem, na podłodze, na półkach do książek, słowem wszędzie. Drogista w Bramblehurst nie posiadał ani połowy tej ilości butelek. Było doprawdy na co patrzeć. Jedna klatka po drugiej wydawała z siebie zawartość, aż wreszcie wszystkie, w liczbie sześciu, zostały wypróżnione, a na stole zaległa sterta słomy. Jedyne rzeczy, jakie znalazły się w słomie obok butelek, to były probierki i starannie zapakowane ważki do badań fizykalnych.
Skoro tylko klatki zostały rozpakowane, gość podszedł ku oknu i zabrał się do roboty, nie troszcząc się wcale o podściółkę ze słomy, o ogień, który wygasł, o skrzynię z książkami na dworze, ani o kufry i inne przyniesione na górę pakunki.
Gdy pani Hall zaniosła obiad, gość był już tak zatopiony w swej pracy i tak zajęty wlewaniem drobnych kropelek płynów do probierek, że nie słyszał jej, aż póki nie zmiotła większej części słomy i nie postawiła tacy na stole, może z odrobiną niechęci, widząc, w jakim stanie znajdowała się podłoga. Wtedy odwrócił głowę napoły i natychmiast powrócił do pierwotnej pozycyi. Ale widziała, że zdjął okulary, które leżały obok niego na stole, a przytem zdawało się jej, że oczodoły były niesłychanie głębokie. Nasadził znowu okulary, poczem odwrócił się i spojrzał na nią. Już miała skarżyć się na słomę na podłodze, gdy zaczął mówić pierwszy:
— Życzę sobie, aby pani nie wchodziła bez pukania — powiedział tonem nadzwyczajnego zniecierpliwienia, tak mu właściwego.
— Pukałam, ale widocznie...
— Być może, iż pani pukała. Ale przy moich badaniach... przy moich, istotnie bardzo pilnych i niezbędnych badaniach... najlżejsza przeszkoda, wstrząśnienie drzwiami... Muszę prosić panią...
— Owszem. Ależ może pan zamykać się na klucz, jeżeli panu się tak podoba.
— Bardzo dobra myśl — powiedział gość.
— Tylko ta słoma, panie! Jeżeli mi wolno zrobić uwagę...
— Nie czyń pani żadnej uwagi. Jeżeli słoma czyni pani jaką różnicę, to proszę odpowiednią pozycyę wstawić do rachunku.
Ona zaś mruknęła sobie coś pod nosem, jak gdyby klątwę.
Gość tak był dziwny, tak napastliwy i wybuchający, gdy stał, trzymając w jednej ręce butelkę, a w drugiej probierkę, że pani Hall całkiem się zaniepokoiła. Ale nie zbywało jej na rezolutności.
— W takim razie chciałabym wiedzieć, proszę pana, co pan uważa...
— Szyling... napisz pani szyling. Spodziewam się, że szyling wystarczy.
— Owszem — odparła pani Hall, zbierając ze stołu serwetę i nakrywając nią po strzepnięciu słomy powtórnie.
— Jeżeli to panu dogadza, oczywiście...
Odwrócił się i usiadł z kołnierzem surduta, wzniesionym w jej stronę.
Całe popołudnie pracował przy zamkniętych drzwiach i jak świadczy pani Hall, w zupełnem milczeniu. Ale raz dało się słyszeć wstrząśnienie i dźwięk uderzających o siebie butelek, jak gdyby stół się zachwiał i brzęk szkła, zrzuconego gwałtownie na ziemię, a potem szybkie przejście wpoprzek pokoju. Obawiając się, że się coś stało, podeszła pod drzwi i podsłuchiwała, nie myśląc wcale o pukaniu.
— Nie mogę iść dalej — wymyślał. — Nie mogę iść dalej! Trzysta tysięcy, czterysta tysięcy! Olbrzymia masa! Oszukany! To mi może zabrać moje całe życie... Cierpliwości! Cierpliwości zaiste!... Głupiec! głupiec!...
Tymczasem na ceglanej podłodze w bufecie ozwał się głos okutych trzewików, a pani Hall zmuszona była, ku wielkiej niechęci, nie dosłyszeć reszty jego rozmowy z samym sobą. Gdy powróciła, w pokoju zrobiło się znowu całkiem spokojnie, panowała znowu zupełna cisza, z wyjątkiem trzeszczenia krzesła i przypadkowego zadźwięczenia butelki. Wszystko minęło; obcy zagłębił się na nowo w swej pracy.
Wnosząc herbatę, spostrzegła potłuczone szkło w rogu pokoju pod wklęsłem lustrem, jakoteż złotą plamę, bardzo niedbale wytartą. Zwróciła na to jego uwagę.
— Zamieść to pani w rachunku! — sykął gość. — Na miłość Boską, nie dręcz mnie pani! Jeżeli tylko uszkodzę cokolwiek, wpisz pani zaraz do rachunku.
Powiedziawszy to, zaczął dalej rozglądać się w leżącym przed nim seksternie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Powiem ci coś — rzekł woźnica tajemniczo.
Było to późno po południu, a obaj towarzysze siedzieli w małej piwiarni w Iping.
— Cóż takiego? — spytał Henfrey.
— Ten facet, o którym mówicie, a którego mój pies pokąsał, jest czarny, a przynajmniej ma czarne nogi. Widziałem przez dziurę w spodniach i przez szparę w rękawiczkach. Każdy spodziewałby się zobaczyć kolor różowy, czyż nie prawda? Ba... otóż właśnie, że ani śladu. Czysta czarność, powiadam wam, że jest czarny, jak mój kapelusz.
— Mój Boże! — powiedział Henfrey. — Bardzo to dziwna sprawa. A przecież jego nos tak jest różowy, jak sama farba.
— To prawda — rzekł woźnica — wiem o tem, ale powiem wam, co o tem myślę. Ten facet jest srokaty, — uważasz Teddy: miejscami czarny i biały, wstydzi się tego. Musi być mieszańcem a kolory, zamiast pomieszać się, wystąpiły plamami. Słyszałem już dawniej o takich przypadkach. To samo przecie zdarza się u koni, jak to każdy widzi.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Herbert George Wells.