Człowiek niewidzialny (Wells)/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Człowiek niewidzialny
Wydawca Biesiada Literacka
Data wydania 1912
Druk Synowie St. Niemiry
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Invisible Man
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ I.
Zjawienie się dziwnego człowieka.

Pewnego wietrznego dnia, w pierwszej połowie lutego, zjawił się obcy przybysz, brnąc przy ostrym wietrze przez obfity śnieg, ostatni w tym roku. Szedł przez błonie od stacyi kolei Bramblehurst, niosąc mały, czarny tłomoczek w swej grubą rękawiczką okrytej ręce. Zawinięty był od stóp do głowy, a mięki, filcowy kapelusz zakrywał każdy cal jego twarzy, z wyjątkiem końca błyszczącego nosa; śnieg pokrył grubo plecy i piersi, dodając białej osłony niesionemu przezeń pakunkowi. Dziwny przybysz wtoczył się do hotelu pod „Koczem i końmi“, więcej umarły, niżeli żywy i cisnął swój tłomok o ziemię.
— Ognia — krzyknął — w imię litości i ludzkości! Pokoju i ognia!
Zaczął tupać nogami i strzepywać śnieg z siebie w bufecie, poczem udał się za panią Hall do gościnnego pokoju dla zawarcia umowy. Przedstawiwszy się w ten sposób i cisnąwszy na stół kilka brzęczących monet, zajął kwaterę w zajeździe.
Pani Hall rozpaliła ogień i pozostawiając gościa w pokoju, sama poszła przygotować mu własnoręcznie jakiś posiłek. Gość, zatrzymujący się w Iping w środku zimy, było to niesłychane szczęście, nie mówiąc już o tem, że nie targował się, to też postanowiła okazać się godną tego niespodziewanego a pomyślnego dla niej zwrotu koła Fortuny.
Skoro słonina zaczęła się już dobrze przysmażać, a Millie, jej limfatyczna pomocnica, ruszyła się nieco żywiej pod wpływem kilku zręcznie dobranych, pogardliwych zdań, pani Hall zaniosła obrus, talerze i szklanki do salonu i zaczęła rozkładać je z najwyższą okazałością.
Jakkolwiek ogień płonął już dosyć żywo, jednak, ku jej ździwieniu, gość ciągle jeszcze stał w kapeluszu i płaszczu, zwrócony plecami ku niej, wyglądając przez okno na padający w dziedzińcu śnieg.
Ukryte w rękawiczkach dłonie założył w tył i zdawał się być zatopiony w myślach. Zauważyła, że topniejący śnieg, który ciągle jeszcze zwilżał jego plecy, spadał kroplami na dywan.
— Czy mogę wziąć pański kapelusz i płaszcz — spytała — dla wysuszenia w kuchni?
— Nie — odparł bez odwracania się.
Nie była pewna, czy słyszała jego słowa i już miała powtórzyć pytanie, gdy gość zwrócił głowę i spojrzał na nią przez ramię.
— Wolę je zatrzymać na sobie — rzekł z naciskiem.
Przy tej sposobności pani Hall zauważyła, że miał on wielkie, niebieskie okulary z bocznemi skrzydłami i że krzaczaste bokobrody wyzierały z za kołnierza, który całkowicie zasłaniał policzki i twarz.
— Bardzo dobrze, panie — powiedziała. — Jak się panu podoba. Za chwilę pokój będzie cieplejszy.
Nic na to nie odrzekł, odwrócił od niej znowu twarz, a pani Hall, widząc, że jej próby nawiązania rozmowy wypadły w złą chwilę, położyła tylko zastawę i wymknęła się z pokoju. Gdy powróciła, gość stał ciągle jeszcze w tem samem miejscu, jak gdyby wykuty z kamienia, zgarbiony, z kołnierzem podniesionym, ze skrzydłami kapelusza opuszczonemi na dół, z twarzą i uszami zupełnie zakrytemi. Postawiła jaja, słoninę i dobitnie zawołała raczej, niż powiedziała:
— Śniadanie pańskie gotowe!
— Dziękuję — odparł gość i nie ruszył się, póki nie zamknęła za sobą drzwi. Potem uczynił szybki zwrot i zbliżył się do stołu z pewną skwapliwością.
Gdy gospodyni udała się do kuchni, usłyszała tam dźwięk, powtarzający się w pewnych odstępach. Był to dźwięk łyżki, wyskrobującej starannie miskę.
— Ach! ta dziewczyna! — zawołała pani Hall. — Ot, zupełnie zapomniałam! Ona zawsze tak marudzi!
Skończywszy sama mieszanie musztardy, wymierzyła Milli kilka słownych pchnięć za jej nadzwyczajną powolność.
Sama przecież gotowała jaja ze słoniną, nakryła stół i zrobiła wszystko, kiedy Millie, ładna z niej pomoc! zdążyła zaledwie spóźnić się z musztardą. A to przecież nowy gość, zamierzający zostać dłużej.
Po tych słowach, napełniła słoik musztardą i umieściwszy go z pewną okazałością na złoto-czarnej tacy herbacianej, zaniosła do salonu.
Zapukała i weszła nagle.
W tej chwili gość jej poruszył się szybko tak, iż ledwie ujrzała jakiś biały przedmiot, znikający za stołem. Zdawało się, że podnosi coś z podłogi. Postawiła mocno słoik z musztardą na stole, a potem zauważyła, że płaszcz i kapelusz zostały już zdjęte i zawieszone na krześle przed ogniem. Para mokrych butów groziła rdzą stalowej kracie przy kominku. Podeszła śmiało ku tym przedmiotom.
— Sądzę, że obecnie mogę zabrać to do wysuszenia? — powiedziała głosem, który nie dopuszczał przeczenia.
— Proszę zostawić kapelusz — odparł gość przytłumionym głosem, a gdy się znowu odwróciła, spostrzegła, iż podniósł głowę i patrzył na nią.
Przez chwilę stała, wpatrując się w niego zbyt zdumiona, by módz mówić. Przyniesioną przez nią serwetę trzymał przed dolną częścią twarzy tak, że usta i szczęki były całkowicie zakryte i to było przyczyną przytłumienia jego głosu. Ale nie to bynajmniej wprawiło panią Hall w zdumienie. Zdziwił ją fakt, że czoło po nad niebieskiemi okularami pokrywał bandaż, drugi osłaniał uszy, nie zostawiając ani odrobiny twarzy wolnej, z wyjątkiem różowego, wzniesionego nosa. Był on tak samo jasny, różowy i połyskujący, jak poprzednio. Gość miał na sobie brunatny, welwetowy żakiet, z wysokim, czarnym, podszewkowym kołnierzem, obejmującym szczelnie szyję. Grube, czarne włosy, wymykające się poniżej i pomiędzy krzyżującemi się bandażami, wystawały w kształcie dziwnych ogonków i rogów, nadając mu nawet osobliwe wejrzenie. Obandażowana i otulona głowa była tak bardzo niepodobna do tego, co się pani Hall ujrzeć spodziewała, iż przez chwilę gospodyni stała, jak wryta.
Gość nie usunął serwety, lecz trzymał ją, jak to dobrze teraz widziała, dłonią, okrytą w brunatną rękawiczkę i wpatrywał się w gospodynię przez swe niezbadane, pozbawione wyrazu szkła.
— Proszę zostawić kapelusz—powiedział, wyrzucając niewyraźne słowa przez białą serwetę.
Nerwy jej zaczęły uspokajać się po doznanem wstrząśnieniu. Powiesiła znowu kapelusz na krześle przy ogniu.
— Nie wiedziałam, panie — zaczęła — że...
I zacięła się zaambarasowana.
— Dziękuję — powiedział sucho, przenosząc wzrok z niej na drzwi, a potem z drzwi znowu na nią.
— Ja to wszystko, panie, zaraz pięknie wysuszę — powiedziała i wyniosła ubranie z pokoju.
Spojrzała na jego w biel spowitą głowę i ciemne okulary w chwili, gdy wysuwała się za drzwi; serweta nieustannie jeszcze znajdowała się na przodzie twarzy. Pani Hall zadrżała nieco, zamykając za sobą drzwi, a oblicze jej wyrażało dostateczne zdumienie i pomieszanie.
— Nigdy! — szepnęła. — Patrzcie!
Udała się spokojnie do kuchni, gdzie była nadto zajęta myślami na to, by zapytać Mille, w czem się w tej chwili grzebie.
Gość siedział i słuchał jej oddalających się kroków. Spojrzał badawczym wzrokiem ku oknu, potem znowu napełnił usta; wreszcie powstał i biorąc serwetę w rękę, przeszedł w poprzek pokoju i ściągnął na dół roletę aż do górnego rąbka białego muślinu, zasłaniającego dolne szyby. W pokoju zapanował zmrok. Powrócił z wyrazem spokoju do stołu i do pokarmu.
— Biedak, musiał mieć jakiś wypadek, albo operacyę, czy coś takiego — powiedziała pani Hall. — Jakże mnie te bandaże zdziwiły!
Nałożyła nieco więcej węgli, rozsunęła kozła i rozłożyła na nim ubranie podróżnego.
— A te okulary! Wszakże wygląda w nich więcej na hełm kostyumu nurka, niż na człowieka. Szalik zawiesiła na rogu kozła.
— Cały czas trzyma chustkę na ustach i mówi przez nią!... Może i usta uległy uszkodzeniu, być może!
Uczyniła nagły zwrot jak człowiek, który sobie coś przypomina.
— Na mą duszę! — zawołała, ruszając z miejsca po stycznej — czyś nie skończyła jeszcze z perkami, Millie?
Gdy pani Hall udała się w celu uprzątnięcia zastawy po śniadaniu, przypuszczenie jej, iż usta musiały być także podcięte lub zdefigurowane, zostało potwierdzone, ponieważ, choć palił fajkę, jednak w ciągu całego czasu jej pobytu w pokoju, nawet dla włożenia w usta cybucha, nie odwiązywał jedwabnego szalika, osłaniającego dolną część twarzy. A jednak nie było to zapomnienie, ponieważ widziała, że zajrzał w tytuń, gdy przestał się palić. Siedział w kącie plecami ku rolecie, a najadłszy się i rozgrzawszy, mówił obecnie z mniej przykrą zwięzłością, niżeli poprzednio. Refleks od ognia udzielał jego wielkim okularom pewnego ożywienia, którego im dotąd brakowało.
— Mam nieco bagażu — powiedział — na stacyi Bramblehurst...
I spytał, jakim sposobem mógłby rzeczy sprowadzić. Skłaniał swą obandażowaną głowę wcale uprzejmie w odpowiedzi na jej wyjaśnienia.
— Jutro! — powiedział. — Czyż nie mogą być rychlej dostarczone?
Zdawało się, że doznał zawodu, gdy mu odparła:
— Nie.
— Czy pani całkiem pewna? Czyby nikt z wózkiem nie pojechał?
Pani Hall skwapliwie odpowiadała na jego pytania i stąd rozwinęła się pogawędka.
— Na błoniu bardzo stroma droga, panie — odparła na pytanie, odnoszące się do wozu. A potem, usiłując zawiązać dalszą rozmowę, rzekła:
— Przeszło rok temu, przewrócił się na drodze powóz, a podróżny i woźnica zginęli na miejscu. O przypadek nietrudno, proszę pana, w jednej chwili!
Ale gość nie dał się wyciągnąć.
— Nietrudno — powiedział przez swój szalik, patrząc na nią spokojnie z po za swych nieprzeniknionych okularów.
— Ale za to trzeba wiele czasu, żeby się z niego wygoić, nieprawda, panie? Oto naprzykład, syn mojej siostry, Tomasz, rozciął sobie rękę kosą, na którą upadł przy koszeniu siana; chorował na to całe trzy miesiące, panie! Trudno w to uwierzyć. Od tego czasu, panie, mam strach przed kosą.
— Zupełnie to rozumiem — rzekł gość.
— Pewnego razu obawialiśmy się, że będzie musiał poddać się operacyi, tak mu było źle, panie.
Gość roześmiał się krótko, raczej warknął ochryple.
— Czy tak? — spytał.
— Naprawdę, panie. A nie było się z czego śmiać dla tych, którzy musieli tańczyć około niego tak, jak ja musiałam, bo siostra była zajęta swym drobiazgiem. Musiałam zakładać, panie, bandaże i odwijać je znowu. Tak, że jeżeli mi pan pozwoli powiedzieć sobie, to...
— Proszę o zapałki — powiedział gość nagłe. — Fajka mi zgasła.
Pani Hall została nagle powstrzymana w swym zapale. Niewątpliwie postąpił sobie bardzo ordynarnie po tem wszystkiem, co mu powiedziała. Zadyszała ku niemu przez chwilę urazą, potem jednak przypomniała sobie dwa suwereny. Poszła więc po zapałki.
— Dziękuję — powiedział krótko i węzłowato, gdy pani Hall położyła przed nim zapałki.
Odwrócił się ku niej plecami i zaczął znowu wyzierać przez okno. Widocznie był drażliwy na punkcie operacyi i bandaży. W każdym razie nie miała już śmiałości powiedzieć nic więcej. Ale jego lekceważący sposób traktowania drażnił ją w każdym razie, co się mocno tego południa skrupiło na biednej Millie.
Gość pozostał w salonie aż do godziny czwartej, nie dając najmniejszej sposobności do wtrącania się w swoje sprawy. W ciągu tego czasu zachowywał się przeważnie spokojnie; zdawało się, iż siedział w ciemności, paląc fajkę przy świetle ognia, a może drzemiąc.

Raz czy dwa razy ciekawy podsłuchiwacz mógł był słyszeć jego chód po pokoju. Zdawało się, że mówił do siebie. Potem fotel zaskrzypiał, gdy na nim znowu usiadł.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Herbert George Wells.