Cmentarna lilja/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Cmentarna lilja
Wydawca Kurjer Wileński
Data wydania 1910
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

Wysunięta na północ granicy Dalekarlji i Wermlandu leży parafia Rockland.
Piękny i obszerny jest dom, zamieszkany przez starego pastora; natomiast maleńki jest domek zajęty przez jego pomocnika.
Pomimo ograniczonych środków, mieszkańcy małego domu przyjęli na wychowanie Ingrydę.
Płaczącą rzewnie spotkał ją pewnego dnia pastor i na jego życzliwe zapytanie, odpowiedziała, że płacze z żalu za zmarłym dziadkiem. Innych krewnych nie posiada, opiekuje się nią para akrobatów, są dla niej dobrzy, a ona się im niczem wywdzięczyć nie może, bo z powodu swej głupoty nie może się nauczyć chodzić po linie.
Szczery ból dziewczynki wzbudził współczucie pastora. Pomyślał, że nie powinien pozwolić na zatratę tej młodej istoty.
Udał się do Blomgrenów i oznajmił im, że gotów jest wziąć na wychowanie sierotę.
Cyrkówka zaczęła płakać i żalić się, że pomimo braku zdolności Ingrydy do sztuki, kocha ją czule, gotowa się z nią rozstać tylko dla jej dobra, licząc, że dziewczynie będzie lepiej żyć w domu pastora, niż tułać się z nimi po drogach.
Zgodzi się ją oddać, jeżeli pan pastor jej obieca, że będzie Ingrydę kochał jak własne dziecko. Pastor obiecał i od tej pory sierotka chowa się w jego domu.
Wychowawcy bardzo polubili cichą i usłużną dziewczynkę. Z biegiem lat natura Ingrydy uległa zmianie.
Świat legend i baśni pociągnął ją nieprzeparcie, zamyślała się często aż do utraty poczucia rzeczywistości. Oczywiście, praca jej wówczas nie szła wcale. Żona pastora, kobieta bardzo pracowita nie uznawała marzycielstwa, nazywała dziewczę leniuchem i próżniakiem i często ją z tej przyczyny strofowała. Surowe obejście źle wpływało na Ingrydę, stała się znów zahukaną i nieszczęśliwą. Gdy skończyła lat 19-cie niebezpiecznie się rozchorowała. Niewiadomo, co jej się stało, doktora nigdy w tej okolicy nie było, — otoczenie i kumoszki zdecydowały, że dziewczyna żyć nie będzie.
Ona sama prosiła Boga o wyzwolenie, nie chciała żyć.
— Tak chciałabym już umrzeć — mówiła.
Zdawało się, że Pan Bóg spełni jej życzenie. Pewnej nocy zrobiło jej się zimno, zesztywniała, i było jej tak, jakby miała usnąć. Umieram, — pomyślała z zadowoleniem.
Dziwiło ją tylko, że nie traci przytomności. Widziała siebie leżącą sztywnie na łóżku, — widziała jak ją ubierano i położono w trumnę. Nie bała się bynajmniej: Jedna myśl ją zajmowała, — nareszcie będzie mogła odejść, odejść od życia, przykrego, ciężkiego życia, odejść na zawsze.
Trwożyła ją tylko myśl, że otoczenie spostrzeże jej śmierć pozorną, i nie pochowają jej.
Jakże ciężyć musiało życie dziewczynie, jeżeli śmierć nie przejmowała jej trwogą.
Jednakże nie zauważył nikt, że Ingryda żyje. Wyniesiono ją do kościoła, z kościoła do grobu. Grobu nie zasypano.
Według obyczaju roklandzkiego, gdy chowano to w niedzielę — przed nabożeństwem grobu nie zasypywano. Orszak udawał się do kościoła i po skończeniu nabożeństwa wracał na cmentarz dla zakończenia smutnego obrzędu.
Ingryda znała ten obyczaj, wiedziała, co ją czeka i — nie bała się.
Obecnie, gdyby nawet chciała, nie mogła dać znaku, że żyje. Leżała sobie cichutko i cieszyła się, że już umarła.
Właściwie nie można było powiedzieć, że żyje: świadomość jej i uczucie zanikły, żyła tylko tą częścią duszy, dzięki której nawiedzają nas w nocy marzenia senne.
Nie była nawet w stanie zdać sobie sprawy, jak strasznem będzie jej położenie, gdy grób zasypią. Nie panowała nad myślami swemi tak, jak człowiek śpiący nie panuje nad marzeniem sennem.
— Przekonałam się, że na całym świecie nie ma nic takiego, co obudziłoby we mnie ochotę do życia. Ody ta uwaga przesunęła się przez myśl dziewczyny, zdawało się jej, że wierzch trumny i chusteczka, leżąca na jej twarzy, stały się przezroczyste: ujrzała przed sobą ogrody z cudnemi owocami, piękne suknie i skrzynię srebrnych pieniędzy.
— Nie, to mnie nie znęci, rzekła i zamknęła oczy przed temi wspaniałościami.
Gdy po chwili otworzyła oczy poprzednie widzenie znikło, natomiast na brzegu mogiły siedział anioł z białemi skrzydłami.
— Witaj, aniele boży, przemówiła do niego.
— Witaj Ingrydo, — odrzekł, leżysz tu sobie próżnując, pomówmy nieco o dawnych czasach.
Wyraźnie dochodziły do uszu Ingrydy słowa anioła, nie były podobne do mowy ludzkiej, głos brzmiał, jak dźwięk skrzypiec, lub harfy.
— Czy pamiętasz Ingrydo, jak pewnego dnia, żył wówczas jeszcze twój dziadek, spotkał was student i chodził z wami dzień cały i grał na skrzypcach dziadka twego?
Uśmiech rozjaśnił twarz umarłej.
— Czy pamiętam? nie minął dzień, abym o nim nie wspomniała, przez te wszystkie lata.
I ani jednej nocy, abyś o nim nie śniła. A gdy umrzesz, nie zobaczysz już nigdy tego, którego tak dobrze zapamiętałaś, dokończył anioł.
Po tych słowach dziewczyna zrozumiała szczęście, jakie dać może wzajemna miłość, — lecz i to jej nie skusiło.
— Nie, nie, boję się życia, chcę umrzeć!
Anioł podniósł rękę i dziewczyna ujrzała piasczystą pustynię, bezwodną i spaloną żarem. Na piasku leżały nakształt złomów skalnych dzikie zwierzęta z przerażającemi pazurami i kłami. Czatowały na zdobycz.
W dali ukazał się student, zbliżał się niefrasobliwie, nie podejrzewając czatujących na niego bestji.
— Przestrzeż go, przestrzeż go, prosiła Ingryda anioła. Powiedz mu, by miał się na baczności.
— Mnie nie wolno z nim rozmawiać, — rzekł anioł. Przestrzeż go sama!
Pozornie zmarła chciała się dźwignąć, — przekonała się przerażona, że siła śmierci nałożyła jej okowy.
Po wielu wysiłkach serce zaczęło bić, krew krążyć, sztywność śmiertelna ustępowała. Podniosła się i pośpieszyła na spotkanie Gunnara...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: anonimowy.