Capreä i Roma/Księga I-sza/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Capreä i Roma
Podtytuł Obrazy z piérwszego wieku
Data wydania 1860
Wydawnictwo Józef Zawadzki
Drukarz Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na commons
Inne Cała księga Isza
Pobierz jako: Pobierz Cała księga Isza jako ePub Pobierz Cała księga Isza jako PDF Pobierz Cała księga Isza jako MOBI
Indeks stron



XVI.

Gdy Tyberyusz nienawistnych żydów dla ich wiary z Rzymu wygnać kazał i przewieść na wyspę, na któréj je walka z dzikiemi zbójcami czekała, nie wszystkich, naówczas zamieszkałych w stolicy, los ten spotkał. Ubożsi, jak zawsze, padli tylko ofiarą, innym, pisze Tacyt, dano czas do powrotu lub zmiany religii. Wielu naówczas z konieczności przyjęli powierzchownie obrzędy i obyczaje pogan, nie wahając się spełniać ofiarę przed ołtarzem i posągiem Augusta, byleby dożyć dni swoich z rodziną w spokoju, w kraju, do którego już przywykli. Żydzi naówczas trudnili się w Rzymie handlem, wypożyczaniem pieniędzy i różnemi rzemiosły, z których lekarskie przedniejszém było.
Wschód pełen tajemnic, nawet w oczach Rzymian miał urok krainy pierwotnych podań rodu ludzkiego; przypisywano wychodźcom jego naukę czarów, wieszczbiarstwa i leków, od najdawniejszych wieków wziętą w spuściznie. Zresztą wiara ówczesna daleką już była od pierwotnéj rzymskiéj, która się cudzych Bogów wzdragała; przyjmowała ona i stawiła ich w Pantheonie, byle nawzajem ci co ich wyznawali, cześć Bóstwu Romy i Cezarów oddawali. W mythologii téj na wszystko miejsce się znajdowało i Nieznanemu nawet Bogu chętnie święcono ołtarze.
W chwili stanowczéj prześladowania żydowskiego, żył ustronnie, w zakątku miasta dalekim, starzec, który między narodem swym znacznéj wziętości używał. Zwał się Elias a z grecka Heliosem go przezywano; zajmował się zaś leczeniem i złotnictwem. Człowiek to był już bardzo podeszłego wieku, ciche prowadzący życie, ale z leków i poczciwości znany w domach patrycyuszowskich i rycerskich. Ten przez swe stosunki i możnych protekcyą, a szczególniéj Regulusa, któremu był dziecię od śmierci ocalił, otrzymał pozwolenie zostania w Rzymie do czasu; a gdy piérwszy termin upłynął, nikt już nie nalegał aby się z miasta wynosił.
Rodzina jego cała składała się z matki staruszki, owdowiałéj córki z dzieciną i jednego niewolnika, który rzemiosłem razem i usługą się zajmował.
Helios należał do tych żydów Alexandryjskich, którzy na pół już zgreczeni i zrzymszczeni, prześladowaniu nie ulegali, ale pochodzeniem i wykształceniem licząc się do nich, różnił wielce umysłem i duchem. Tamci dwóch światów obywatele, dwóch wiar wyznawcy, w istocie szczerze nie należeli do żadnego kraju i religii; wstyd jakiś i nałóg trzymały ich przy judaizmie, strach i zepsucie rzucały w pogańskie obyczaje; ale ani jednemu ani drugim nie służyli całemi sobą.
Surowsi żydzi brzydzili się niemi jak odstępcami, Rzymianie już w nich nie mogli widziéć Hebreów, których wytrwanie szanowali w Hierusalem, a cenili na równi z niewolnikami i wyzwoleńcami, lub niżéj od nich jeszcze.
Helios jednak, acz od wieków już należący do téj żydów gałęzi mniéj surowego obyczaju, a co do zewnętrznych cech, zgreczonéj, w duchu był innym cale: życie, rozmyślanie, nawróciło go do staréj nauki i judaizmu, od którego był odstąpił.
Jak zawsze, nieszczęście było opatrzném nawrócenia jego narzędziem; miał ukochanego syna w którym spoczywały jedyne starca nadzieje, syn ten, w chwili najmniéj spodziewanéj, wśród jakiegoś zaburzenia ulicznego w Rzymie, gdy plebs szalała ze strażami, został zabity. Ciało jego znieważone i skalane przyniesiono ojcu, gdy z pogodną twarzą, niczego złego nie przeczuwając, oczekiwał powrotu dziecięcia.
W piérwszéj chwili starzec utracił zmysły, a życie które mu pozostało, całe się zmieniło w pogrzebowe narzekanie i rozmyślanie bolesne. Szukając ulgi w cierpieniu, zwrócił się do Biblii i ksiąg świętych, a choć dawniéj upodobanie miał większe w filozofii greckiéj i astrologiją się zabawiał, obie porzucił, nie znajdując w nich teraz ani pociechy, ani pokarmu dla zbolałego serca. Zdziwiło go, że po wymyślnych sofismatach i głębokich rozumowaniach pisarzy, którzy mu się szczytem doskonałości zdawali, Biblia ze swą boską prostotą, tak wyższą i niezrównanie więcéj mówiącą do serca i rozumu jaśniała dlań mądrością.
Czytał ją i odczytywał Helios, żałując czasu, który na naukę innych pisarzy poświęcił, dziwiąc się że w niéj teraz znajdował to, czego wprzódy nie widział.
I boleść jest mądrością.
Upodobawszy sobie w księdze Hioba, któréj poezya wschodnia napełniała jego serce uczuciem niewysłowioném i cierpiéć go uczyła, przeszedł od niéj do innych ksiąg Biblii i długie godziny zadumywał się nad niemi.
Stan ówczesnego Rzymu za Cezarów i téj cywilizowanéj na pozór społeczności, dla wszystkich okiem beznamiętném nań spoglądających, był zjawiskiem wywołującém mimowolnie pytanie: Świat możeli tak trwać dłużéj? Helios także powtarzał je w swéj duszy przygotowanéj do poznania prawdy i uprawionéj boleścią. W świecie żydowskim stygła téż wiara jak u pogan, u których obróciła się w obrzęd i niemal zabawkę. Świątynie nie były świętemi, milczały wszystkie wyrocznie Grecyi i Rzymu, duch proroczy ustał, jakby zmożony siłą przeważną, ofiary spełniano dla widowisk, a obok Jowisza stali Cezar i Augustus, wczoraj skalani krwią i rozpustą, dziś uniesieni w niebiosa.
Wiara przestała rządzić życiem, kapłaństwo stało się jak inny urząd nagrodą dworaków, pochlebców lub osłoną ambicyi. Augurowie wieszczb używali tylko dla celów politycznych, a z obrzędów i bóstw śmiano się z jednéj strony, z drugiéj rozumowano tak o nich, jakby człowiekowi były podlegle[1] i przezeń tylko utworzone. Poczęło się to oddawna, lecz co dzień stawało widoczniejszém. To co Swetoniusz powiada o Tyberyuszu, że Bogów i religii zaniedbywał, a oddany był rachubie i wierzył przedewszystkiém w niezbłagane Fatum [2], stosować się może do ogółu społeczeństwa, z tém, że ci co z Jowisza się śmieli, chętnie potajemnie składali ofiary Mitrze i Serapisowi, lub kamykowi nieforemnemu przywiezionemu ze stron dalekich.
Ludzie szli drogami namiętności niczém już nie pohamowanych, bo nic dla nich świętém nie było, a strach tylko, najgorszy z doradzców, rządził niemi.
Ognisko domowe, związki małżeńskie, poszanowanie dzieciństwa, węzły krwi, wszystko zniszczył blady ów strach i osobiste względy. Niewiasty wszelkiego zapominały wstydu i podawały rękę niewolnikom i gladjatorom, synowie świadczyli przeciw ojcom, matki odpychały własne dzieci — cóż mówić o innych stosunkach, słabszych z natury i mniéj z siebie niezłomnych? Te potoki krwi, które się lały zewsząd, te mordy straszliwe, ten zamęt, który na niczyje serce i wiarę rachować nie dawał, przerażały i zmuszały myśléć, że ludzkość nie mogła być tak opuszczoną i na pastwę wydaną, jeśli w niéj tlała choć iskierka daru Bożego.
Helios w swych księgach znalazł piérszą[3] myśl zasadniczą, która weń wlała pociechę, wielką i pocieszającą myśl opieki Bożéj nad światem... Opatrzności rządzącéj ludźmi i istotami wszelkiemi, od maluczkiego robaczka do najpotężniejszego z mocarzy. I rzekł sobie, że Bóg tak ludzkości opuścić i rzucić jéj na pastwę zezwierzęceniu nie może.
Nie obce mu były przepowiednie, obiecujące przyjście Messyasza, syna Bożego, który miał się narodzić w godzinie naznaczonéj, gdy świat nowego objawu widomego Boga zapragnie i konającemi usty zawoła. Sama naówczas filozofija pogańska pełna była tych przepowiedni i przeczuć jakiejś wielkiéj zmiany, jakiegoś potężnego zjawiska, mającego oblicze ziemi przetworzyć, świat odrodzić... Helios znał te wyrazy tajemnicze, które w tęsknocie i utrapieniu powtarzali wówczas nawet poganie... czując zbliżającą się chwilę...
Ale więcéj jednym kamiennym Bogiem na ich ołtarzach?... cóżby nowego świat zyskał? Helios oczekiwał żywego Boga, widomego znamienia i cudu.. Wschód szczególniéj tę nadzieję piastował, lecz i w Rzymie chodziła wieść, było przekonanie, że Judea ma się podnieść i Pana dać światu [4], może dla tego tak się Hebreów lękano. Tacyt i Swetoniusz są świadkami, że przeczucie było powszechném, przywodzą je prawie jednemi słowy oba.
Swetoniusz niewłaściwie tylko zastosowując do Augusta przepowiednię inną, mówi o cudzie głoszącym Rzymowi, że natura króla mu wydać miała [5]. Przypomniano Virgiliuszową wieszczbę o synu Jowisza, ustępy z ksiąg Sybilińskich, tyczące się zjawiska, które świat odrodzić miało, przez jednego człowieka, przez dziecię narodzone z dziewicy.
Sam Tyberyusz, szydzący z bóstw i obrzędów, dumał długo nad dziwnym jakimś wypadkiem, który naówczas wszystkie zajmował umysły. W chwili prawie, gdy w zapomnianym Wschodu zakątku rozlewano krew niewinnego, dla odkupienia świata... poganie usłyszeli oznajmienie o śmierci wielkiego Pana, tajemniczego bóstwa, przedstawiającego starą wiarę. Plutarch tak opisuje to zdarzenie niepojęte dla pogan, chrześcianom tylko zrozumiałe:
»Za panowania Tyberyuszowego, pisze [6], statek przepływał niedaleko wyspy Paxos; ludzie na nim podróżujący nie spali jeszcze, siedzieli za stołem i pili, gdy z jednéj z wysp poblizkich usłyszano głos, wołający Thamusa, sternika okrętu, tak silnie, że się wszyscy zdumieli. Na pierwsze i powtórne wołanie Thamus milczał, na trzecie wreszcie odezwał się, a głos ów dodał silniéj jeszcze:
— »Gdy przybędziecie na wysokość wyspy Palodes (u brzegów Epiru) oznajmijcie, że wielki Pan umarł!“
Dopłynąwszy do wskazanego miejsca, Thamus spełnił zlecenie i z przodu okrętu zawołał ku lądowi:
— Wielki Pan umarł!...
Naówczas dały się słyszeć jakby jęki głośne i wołanie podziwu wielkich tłumów ludu. Świadkowie naoczni opowiadali to w Rzymie, Tyberyusz sam dowiadywał się i został upewniony o wypadku.
Wielki Pan arkadyjski, dziecię Jowisza i Hybridy, leśny ów włóczęga, śpiewak i wróżbiarz, pół człowiek, pół zwierzę, symbolizujący ubóstwienie wszystkiego cielesnego i ziemskiego — cały starożytny Pantheismus w istocie skonał w téj chwili, z przyjściem od wieków obiecanego Wybawcy...
Dla Heliosa wszystkie te przepowiednie potwierdzało jeszcze badanie pisma odwiecznego Hebreów, księgi ksiąg, ich zakonu, w których liczne, począwszy od stworzenia (Genesis. III. 15), przepowiednie, zwiastowały zesłanie Odkupiciela, — Messyasza.
Niektóre nawet ustępy Biblii oznaczały bliżéj okoliczności przyjścia, miejsce urodzenia, matkę i rodzinę i los, jakiemu miał uledz Bóg na ziemię zstępujący. W księgach Rodzaju, Deuteronomie, Królach, Prorokach, szczególniéj znajdował Helios co krok powtarzające się obietnice owego zesłania syna Jehowy na ziemię.
Przybywający ze Wschodu do Rzymu podróżni przynosili już najsilniéj potwierdzające wieści o spełnieniu przepowiedni; mówili o narodzonym w Betleem, o umęczonym w Hierusalem Messyaszu, który z grobu zmartwychwstał zwycięzcą śmierci.
Lecz część znaczniejsza żydów, która w nim po ludzku sądząc, oczekiwała króla tylko i zdobywcy, co mieczem miał świat zawojować, nie przyjmowała już spełnionego za to co przez Proroków zwiastowane im było... Inni, słysząc o cudach wielkich i szerzącéj się nauce nowéj, niepokoili się o nią i poznać pragnęli. Mówiono o rozsianych już po świecie rozesłańcach, niosących prawdę radosną, nowinę dobrą odrodzenia, ale jeszcze w Rzymie, ledwie niektórzy z żydów głuchą mieli wieść o wypadkach, zaszłych w Hierusalem i Chrystusowéj męce i wierze, którą usilnie poznać pragnęli...
Do liczby tych, którzy niecierpliwie oczekiwali żeby im kto przyniósł nowinę zbawienia, należał stary Helios, nie mający pokoju i wychodzący często na brzegi Tybru, by podróżnych, ze Wschodu przybywających, pochwycić i dowiedzieć się u nich o Messyaszu, synu Bożym.
Przykład jego cały ten dom ubogi napełniał jakąś żądzą poznania nowéj prawdy, o któréj głoszono już, że była tylko potwierdzeniem starego zakonu Biblii, jaśniejszém, silniejszém i do wyższéj podniesioném potęgi.
Dom ten, jakeśmy rzekli, składał się ze starca Eliasza, żony jego staruszki Diny, jak on tajemniczą przejętéj nadzieją, owdowiałéj synowéj z dzieciną i niewolnika.
Zamieszkiwali oni w oddaleniu od środka miasta, blizko świątyni Minerwy medica, u murów, otaczających pomoerium, przez których bramę, niezbyt odległą, przechodził gościniec od Tibur wiodący, Via Tiburtina, a po za nią tuż, niemal przyparte do murów, były zwierzyńce (Vivarium) i obóz pretoryanów.
W bocznéj uliczce ustronnéj Helios zajmował kilka izb i sklepik, w którym wschodnie wyroby złotnicze sprzedawał.
Chociaż żyd i złotnik, nie ściągał zbytnie oczów ani budził zazdrości Rzymian, i w czasach, gdy mało kto był bezpiecznym, żył dosyć spokojny, nie mając dłużników, bo pieniędzy nie pożyczał, nie robiąc sobie nieprzyjaciół bo stosunków miał mało, i niewielkiéj głośności swéj winien będąc ciszę jaka go otaczała.
Znały go tylko niewiasty, których klejnoty naprawiał lub mieniał, przerabiał naszyjniki, pierścienie i pasy, i w okolicy téj miasta, nie wielkie kółko, które się radziło lekarza, gdy już żadnéj dla chorego nadziei nie było.
Wyzywany nieustannie od ciekawych przyszłości, którzy sobie chcieli kupić jéj wiadomość, Helios od wieszczb unikał i służyć niemi nie chciał. Po większéj części leczył środki prostemi, balsamami z ziół wyciąganemi i roślinami, których znał własności, lekarstwami powszechnemi, które wówczas za panacea uchodziły, wstrzemięźliwość zalecając i spokój ducha. Mało potrzebując dla siebie i rodziny, Helios żył z pracy i grosza uzbieranego, który miał u swoich współwyznawców, w różne sposoby nim obracających. Szanowany przez nich, wpływu jednak nie miał wielkiego; surowsi zarzucali mu dawniejszą jego mądrość grecką, wolniejsi to, że się jeszcze trzymał zakonu.
Blizkość obozu pretoryanów, do którego Macron, stosunki sobie potajemne zawięzując, od dawna uczęszczał, sprawiła, że raniony raz spadnięciem z konia dowódzca poznał starca, którego sprowadzono dla opatrzenia skaleczenia. Spokój jego, wyryta na twarzy moc ducha, bezinteresowność i odwaga, zastanowiły Naeviusa.
Nie wiedzieć potém zkąd, po rozmowie z Caligulą, przyszedł mu na myśl Judejczyk i postanowił namówić Tyberyusza, aby go sprowadzić pozwolił jako lekarza, knując może coś więcéj, gdy leki zręczność nastręczą.
Tegoż dnia starał się docisnąć do Cezara (który siedział zamknięty i jadł nawet osobno) pod pozorem pieczołowitości o jego zdrowie, probując zachęcić, aby nowego jakiego lekarza z Rzymu przywieść dozwolił.
Tyberyusz spójrzał tylko, potrząsł głową i uśmiechnął się tak, że Macron poczuł krew stygnącą w żyłach.
— Nie potrzeba mi waszych lekarzy! — rzekł — nic mi nie trzeba! spokoju, siły tylko... a tych nikt z was nie da!
Drugi raz nalegać nie śmiał; Cezar zbył go milczeniem, dostał kartek na których pisał, i począł, zadumany głęboko, kreślić coś i ścierać, zajęty układaniem listu do Senatu, czy pamiętników własnych.
Macron wiedział, że mu w takich chwilach przerywać pracę było niebezpiecznie i wysunął się po cichu.
Stan ten jednak niepokoił go, dręczył wszystkich co otaczali Cezara, i czynił rozkoszną Capreę milczącém więzieniem, w którém przerażeni niewolnicy z nieufnością na siebie spoglądali... nie wiedząc czy swobodą czy śmiercią skończy się straszliwe oczekiwanie.
Cajus wrzał milcząc, a Macron poglądał na wzrastającą niecierpliwość jego, ciesząc się władzą, jaką mu ona dać miała. Owszem, przez Ennią jeszcze starał się obiecaném panowaniem wzburzyć w nim namiętności, i przyszłéj swobody nadzieją rozbudzić tę duszę, która, dotąd strachem okuta, milczała...
Oba jednak marzyli i szukali środków, by się pozbyć nieznośnego im starca, dopóki groźny jego wzrok i szyderskie usta nie ukazały się przed niemi; oba drżeli na widok jego i padali przed nim posłuszni, tak przywykli byli żelaznéj jego woli ulegać.
I pokątne narady kończyły się bezsilnemi przekleństwy.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – podległe.
  2. Circa Deos ac religionem negligentior. Sueton. Tiber. 69.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – piérwszą.
  4. Percrebuerat Oriente toto vetus et constans opinio, esse in fatis, ut eo tempore Judaea profecti rerum patirentur. (Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku; winno być — ...potirentur) — Sueton. Vespas. 4.
  5. Prodigium Romae factum publice, quo denuntiabitur, regem populi Romani naturam parturire. (Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku; winno być — ...denuntiabatur... populo...) — Sueton. Aug. 94.
  6. Plutarch de Oraculis.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.