Bulgarka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Wazow
Tytuł Bulgarka
Podtytuł Epizod historyczny
Pochodzenie Wybór nowel
Data wydania 1904
Wydawnictwo Drukarnia
A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Anc
Źródło skany na Commons
Indeks stron
Bulgarka.

EPIZOD HISTORYCZNY.

I.

Dnia 20 maja roku 1876 w porze popołudniowej, to jest tegoż samego dnia, w którym oddział Botewa był rozbity pod „Wołem” w Bałkanach Wraczańskich, a sam Botew padł przeszyty kulą bandy czerkieskiej pod dowództwem drapieżnego Dżambałasa — na lewym brzegu Iskru, naprzeciw Lutybrodu, stała gromada kobiet, mieszkanek tegoż sioła. Czekały one swej kolei, aby się przeprawić łodzią na drugą stronę rzeki. W znacznej części nie wiedziały one, co się dzieje wokoło nich, a niektóre — i nie dbały o to. Głośne przemarsze oddziałów z drugiej strony Wracy, trwające już dwa dni, nie obchodziły ich zupełnie i nie przeszkadzały im zajmować się dalej sprawami gospodarskiemi. W rzeczywistości były tam same tylko kobiety, bo mężczyzni pokazywać się nie śmieli. Chociaż teatr walki pomiędzy oddziałem powstańczym a bandami czerkiesów znajdował się daleko od Lutybrodu, lecz wieść o niepokojach doszła i tu, rzucając postrach na mężczyzn. Tegoż samego dnia kilku żołnierzy tureckich przybyło do wsi dla chwytania ludzi podejrzanych, a kilku innych przy przewozie dozorowało przeprowadzających się. W chwili, o której mówimy, łódź znajdowała się na przeciwnym brzegu, a wieśniaczki oczekiwały jej z niecierpliwością, ażeby się przeprawić. Nakoniec łódź powróciła. Przewoźnik — Lutobrodczanin — podparł łódź wiosłem, aby jej woda nie uniosła i wyszedł na brzeg.
A no kobiety, prędzej!
Nagle zjawiło się na koniach dwóch żandarmów tureckich. Skoczywszy prędko z koni, rozepchnęli kobiety, chcące siadać do łodzi. A starszy z dwóch żandarmów, gruby Turek, trzasnąwszy biczem, zaczął wymyślać:
— Precz ztąd, świnie giaurskie! Idźcie precz!
Kobiety usunęły się, ażeby znów czekać.
— Wynoście się ztąd, czarownice! — krzyczał drugi żandarm, biegnąc za kobietami z nahajką w ręce.
Kobiety z piskiem rozbiegły się na wszystkie strony.
Tymczasem przewoźnik wprowadzał konie do łodzi. Weszli i żandarmi, a gruby, zwróciwszy się do przewoźnika, zawołał z gniewem:
— Żadnej suki tu nie wpuścisz. Precz ztąd! — krzyczał, grożąc im dziko.
Kobiety przerażone zaczęły wracać ku domowi.
— Panie oficerze, błagam cię, zaczekaj! — wołała jedna wieśniaczka, szybko zdążająca od strony Czełopieku.
Żandarmi popatrzyli na nią.
— Czego chcesz, babo? — zapytał grubas po bulgarsku.
Była to kobieta sześćdziesięcioletnia, wysoka, koścista, o męzkiem wejrzeniu. Na ręku niosła dziecię, owinięte w podartą płachtę.
— Pozwól mi się przeprawić, panie oficerze! Puść mnie na łódź, a Bóg cię wynagrodzi zdrowiem dla ciebie i twoich dzieci!
— A toś ty, Ilico? Szalona giaurko!... — Poznał ją, bo mu przygotowywała jedzenie w Czełopieku.
— To ja jestem, Ago Hadżi-Hasanie. Weź mnie dla tego dziecka.
— A dokąd niesiesz tego pędraka?
— To mój wnuczek, Hadżi. Matka mu umarła, on jest chory, niosę go do monasteru.
— A to po co?
— Dla odprawienia modłów za jego zdrowie — mówiła błagalnie kobieta z wielką trwogą w spojrzeniu.
Hadżi-Hasan umieścił się w łodzi, a przewoźnik wziął w rękę wiosło.
— Ago, na Boga, zrób ten dobry uczynek, pomyśl, że i ty masz także dzieci!... Pomodlę się i za ciebie!
Turek zamyślił się i rzekł pogardliwie:
— Właź, oślico!
Wieśniaczka żwawo skoczyła do łodzi i usiadła obok przewoźnika. Ten ostatni skierował łódź na mętne fale Iskru, wezbranego od deszczów i posrebrzonego promieniami słońca, zachodzącego po za skały gór.

II.

Biednej wieśniaczce istotnie śpieszyło się do klasztoru. Na ręku jej spoczywał chory od dwóch tygodni, dwuletni wnuczek, sierota. Już od dwóch tygodni dziecko nikło w oczach; nie pomogły mu ani babskie leki, ani zamawianie, ani znachor we Wracy. Modlił się nad nim i pop wiejski, nic nie pomogło. Została tylko ostatnia nadzieja w Matce Boskiej. „Niech się modlą nad nim w monasterze, niech się modlą!” wciąż jej powtarzały wieśniaczki. Spojrzawszy nań dziś po południu, przeraziła się, dziecię było, jak martwe. Śpieszmy się, a może Najświętsza Matka nam pomoże... I pomimo niepogody, wyruszyła do monasteru czerepiskiego „Najświętszej Panny”.
Gdy przechodziła przez las dębowy i spuszczała się ku Iskrowi, wyszedł z pomiędzy drzew młodzieniec, ubrany dziwnie, z ładownicami na piersiach, z karabinem w ręce; twarz miał bladą, znużoną.
— Kobieto, daj chleba! Umieram z głodu! — rzekł on do niej, zastępując drogę.
Ona odrazu się domyśliła, z kim ma do czynienia. To jeden z tych, za którymi się uganiają!... Panie Boże! — szepnęła Ilica przestraszona. Poszukała w swej torbie i dopiero teraz spostrzegła, że zapomniała chleba; tylko suche skórki były na dnie. Dała mu je.
— Kobieto! czy w tej wsi mogę się ukryć?
Jakżeby się on mógł ukryć w Czełopieku, zobaczą go, wydadzą, a jeszcze w takiem ubraniu!...
— Nie można, synu, nie można! — odpowiedziała, patrząc z politowaniem na jego twarz zmęczoną, na której odbijała się rozpacz. Pomyślawszy trochę, rzekła:
— Skryj się, synu, tymczasem w lesie, tu może cię kto spostrzedz. Tej nocy czekaj na mnie, niech cię tu znajdę. Przyniosę ci chleba i jaką inną odzież.. w tej nie możesz się pokazać. Myśmy chrześcijanie.
Na zgnębionej twarzy młodzieńca zabłysnęła nadzieja.
— Będę tu czekał, matko, idź, dziękuję!...
Widziała, jak zniknął w lesie, kulejąc. Oczy jej napełniły się łzami. Zbiegła szybko na dół, myśląc:
Powinnam spełnić ten dobry uczynek... Nieszczęsny! jak on wygląda!... Może za to Bóg się zmiłuje i ocali mi dziecię. — Najświętsza Panienko, dopomóż mi tylko, ażebym doszła do klasztoru; Panie Boże, czuwaj nad nim, wszak on Bulgar, poszedł na ofiarę za wiarę chrześcijańską.
Postanowiła wtajemniczyć w to przełożonego monasteru, miłosiernego starca i dobrego Bulgara, weźmie chleb i odzież wieśniaczą, a po skończeniu modłów wróci zaraz, ażeby przed zmrokiem jeszcze znaleźć powstańca.
Pośpieszała więc z podwójną siłą, ażeby ocalić życie dwóch istot.

III.

Noc rozpostarła już swe czarne skrzydła nad monasterem czerepiskim. Wąwóz Iskierski pod ciemnem niebem milczał bojaźliwie, rzeka monotonnie i żałośnie szumiała na dole, gubiąc się z głuchym łoskotem na zakręcie pomiędzy wysoko zwieszającemi się nad nią skałami. Naprzeciw czerniały kamienne ściany, zwane „Babine płazy”. Stały one ponure i zadumane, ze swemi czarnemi grotami, ze swojemi samoistnemi obeliskami i drzemiącemi orłami na swych szczytach. Spał i monaster głuchy i samotny.
Wyszedł na dwór sługa, za nim zjawił się i mnich napół ubrany, z gołą głową.
— Iwanie, kto się tam dobija? — zawołał mnich z niepokojem, opierając się o poręcz łóżka, na którem czerniała rozłożona odzież. Uderzenia powtarzały się.
— Zapewne to jeden z tych!... Cóż mam robić? Nie puścić! I przełożonego niema teraz...
— Zaczekaj, spytaj naprzód!
— Kto tam? — zawołał głośno sługa, nasłuchując — głos, jakby kobiety.
— Co ci się przyśniło z kobietą, o tej porze? To albo oni... albo Turcy... To z pewnością Turcy... Tej nocy wymordują nas... Czego oni tu szukają?... Tu niema nic, nie wpuszczam nikogo podejrzanego... Panie, zmiłuj się!...
Głos z za bramy dał się znów słyszeć.
— To kobieta woła — powtórzył parobek.
— Kto jesteś?
— Twoja stryjeczna, Iwanie, z Czełopieku, otwórz... Och, otwórz!
— Czy sama jesteś? — zapytał Iwan.
— Sama, z wnuczkiem, Iwanie. Otwórz, Bóg ci wynagrodzi!
— Zobacz, czy to nie kłamstwo! — powiedział ojciec Eftymij do parobka.
Iwan zachęcony zbliżył się do bramy i wyjrzał przez okienko. Gdy i mnich przekonał się, o ile na to ciemność pozwalała, że na zewnątrz znajdowała się sama tylko kobieta, kazał Iwanowi otworzyć. Uchylono bramę, wpuszczono wieśniaczkę i w tej chwili zamknięto.
— Niech cię czarci porwą! Czego chcesz tu Ilico? — zapytał zadąsany mnich.
— Wnuczek mi chory bardzo niebezpiecznie... gdzie jest ojciec przełożony?
— W Berkowicy. A na co ci on?
— Aby odprawił modły... Ale natychmiast!... Zrób to ty ojcze.
— Co, w nocy?... I cóż ja poradzę na jego chorobę — mruczał gniewnie mnich.
— Ty nic nie pomożesz, ale Bóg może wszystko.
— Teraz idź spać. Jutro...
Ale wieśniaczka błagała, nastawała uporczywie. Do jutra, kto wie, co będzie. Z dzieckiem jest bardzo źle, choroba nie czeka. Tylko Bóg pomódz może. Ona zapłaci, jak należy.
— Szalona jesteś, zmuszasz nas do otwierania w nocy monasteru, ażeby wleźli tu „buntownicy”, aby przyszli Turcy i zniszczyli monaster!
Tak pomrukując, wszedł do swojej celi, zkąd po chwili wyszedł w habicie, z gołą głową.
— Chodź!
Poszła za nim do cerkwi. Zapalił świecę woskową, włożył stułę, wziął brewiarz w rękę.
— Daj tu chore dziecię.
Ilica zbliżyła dziecię do światła, twarz miało żółtą, jak wosk.
— Ależ ono nie żyje! — zauważył mnich.
Zapadłe głęboko oczęta rozwarły się, jakby dla zaprzeczenia tym słowom i błysnęły, jak gwiazdy, odbitem światłem świecy.
Mnich położył stułę na głowie dziecka, szybko odmówił modlitwę za jego zdrowie, przeżegnał i zamknął brewiarz. Wieśniaczka pocałowała go w rękę, zostawiając w niej dwa piastry.
— Jeżeli przeznaczone mu jest żyć, to wyzdrowieje... Teraz idź spać pod szopę. — I mnich zawrócił się ku wyjściu.
— Czekaj, ojcze Eftymij... zawołała wieśniaczka wahająco. Zawrócił się.
— I cóż tam jeszcze?
Ona zniżając głos rzekła:
— Mam ci coś do powiedzenia... przecież jesteśmy chrześcijanami...
Mnich się rozgniewał.
— Co masz do powiedzenia, co za chrześcijanie? Idź spać, niech się świeca nie pali, mógłby to ktoś spostrzedz z góry i przyjść tu w gościnę...
Mnich miał na myśli „buntowników”. Wieśniaczka go zrozumiała. Na jej twarzy odbiła się troska, a głos zadrżał:
— Nie lękaj się, nikt tu nie przyjdzie...
I z miną jeszcze więcej tajemniczą rzekła:
— Gdym szła ze wsi, tam w naszym lesie...
Strach i gniew odbiły się na zmarszczonem licu mnicha. Zrozumiał, że ta kobieta chce mu mówić o czemś niebezpiecznem, przerywając więc, zawołał:
— Nie chcę o niczem słyszeć, nic mi nie mów. Trzymaj dla siebie to, co wiesz. Czyś tu przyszła podpalić klasztor?
Wieśniaczka chciała jeszcze coś powiedzieć, ale gdy to ułyszała[1], słowa uwięzły jej w gardle; bez żadnej więc nadziei wyszła za rozgniewanym mnichem na podwórze.
— Ale ja tu nocować nie będę! — rzekła wieśniaczka.
Mnich popatrzył na nią zdumiony.
— Co?
— Idę, zaraz...
— Zwaryowałaś!
— Zwaryowałam, czy nie, ale idę. Jutro, skoro świt, mam robotę. Dajcie mi chleba, bom głodna...
— Chleba, tyle, ile chcesz.... Daj jej tam, Iwanie! Ale bramy nie pozwolę otworzyć.
Lecz wieśniaczka uparła się. Ojciec Eftymij rozmyślał. Otworzyć znów bramę? To niebezpiecznie. Mogą wpaść źli ludzie... Kto wie, co się może zdarzyć... Następnie przypomniał sobie, że ta kobieta już się z nimi widziała, może sprowadzić nieszczęście na monaster, a jeżeli się Turcy dowiedzą... Nie, lepiej się jej pozbyć, ażeby jej tu nie było...
— Idź-że sobie! — zawołał.
Wieśniaczka położyła dziecko pod ścianą, włożyła do torby połowę placka, który jej przyniósł Iwan, a wziąwszy na ręce dziecko, wyszła. Brama zatrzasnęła się za nią, a klucz zgrzytnął w zamku.

IV.

Stara Ilica śpieszyła po nocy do Iskru, po za którym czekał na nią „buntownik”. Była bardzo wzburzona, nie mogła i nie śmiała poradzić się gniewliwego mnicha, który ją przyjął w zastępstwie nieobecnego przełożonego. Wdrapała się na wysoki brzeg jaru, po za klasztorem i poszła ścieżyną, wijącą się wzdłuż Iskru. Gwiaździsta noc pozwalała widzieć po drugiej stronie rzeki rysujące się skały i urwiska, ponure we dnie, a teraz złowieszcze... Wszystko w oczach i w duszy Ilicy, napełnionej trwogą i niepokojem, wyglądało złowrogo. Doszedłszy do szczytu, znużona usiadła na zimnej ziemi pod wielkim wiązem. Pustynie górskie spały, dzika cisza panowała w przyrodzie, tylko rzeka szumiała gdzieś w głębinie, ponad którą wznosiły się budynki i dachy monasteru, bez żadnego światełka. Z prawej strony dolatywało szczekanie psów z Lutybrodu. Powstała z ziemi, lecz lękając się iść przez wieś, skierowała na lewo po urwiskach, a potem przebiegła polem.
Wkrótce znalazła się na dole, przy samym Iskrze. Łódź była przy brzegu. Ilica udała się do szałasu, gdzie zwykle sypiał przewoźnik. W szałasie nie było nikogo, widocznie przewoźnik lękał się tu noc przepędzić. Przestraszona, nie wiedziała, co ma robić. Podeszła do łodzi, Iskier szumiał strasznie, widziała odbłysk ciemnych fal, dreszcz ją przebiegał. Co robić? Czekać do ranka? Nawet nie chciała myśleć o tem, chociaż pianie kogutów w Lutybrodzie zapowiadało świt. Co ma robić? Czy puścić się samej, ona widziała, jak wiosłują... To jej się wydało bardzo niebezpiecznem, lecz nie było wyboru, jeżeli chciała spotkać powstańca, który na nią czekał, umierający z głodu i niepokoju. Położyła na piasku dziecię — o którem teraz nie myślała — pochyliła się, aby odwiązać łańcuch, przywiązujący łódkę do kołka. Zadrżała: łańcuch nie był przywiązany, lecz zamknięty na kłódkę; sprawili to Turcy, chcąc przeszkodzić nocnej przeprawie. Stała drżąca. Koguty coraz częściej piały w Lutybrodzie, na wschodzie niebo zlekka szarzało, za godzinę, za dwie zaświta. Załkała bezsilnie i dobyła wszystkich sił, żeby bądź złamać kłódkę, bądź zerwać łańcuch. Jedno i drugie okazało się niemożliwe. Podniosła się zziajana i stanęła zrozpaczona. Nagle pochyliła się po raz trzeci, chwyciła kołek dwiema rękami chcąc go wyrwać. Kół, zabity głęboko, stał tam lata całe, jakby przykuty. Zdwoiła, potroiła swoje usiłowania, spalone od słońca jej ramiona naprężyły się, muskuły jej zdobyły siłę i sprężystość stali, kości zatrzeszczały od wytężenia, a gorący pot oblał lice. Zasapana, zmęczona, jakby zrąbała furę drzewa, podniosła się, odetchnęła trochę i znowu chwyciła kołek, z nową siłą i zaciekłością szarpiąc go na wszystkie strony, aby wyciągnąć. Stare jej piersi dyszały chrypliwie, nogi jej wbijały się po kostki w piasek i po półgodzinnej straszliwej walce kołek drgnął, ziemia się obruszyła, w końcu udało się jej wyciągnąć kołek z ziemi. Łańcuch zadzwonił głucho w nocnej ciszy.
Ilica westchnęła zwycięzko i padła wycieńczona na piasek... Po chwili łódź z Ilicą, dzieckiem i kołkiem kołysała się na czarnych falach.

V.

W tem miejscu Iskier, wychodząc ze skalistego przesmyku, rozlewa się szeroko, płynąc pomiędzy nizkiemi i płaskiemi brzegami. Łódź płynęła wraz z prądem, nie poddając się wiosłu, kierowanemu nieumiejętną ręką wieśniaczki. W ten sposób spłynęła daleko niżej od miejsca zwykłego wylądowania. Ilica wysilała się tylko, aby nie przybić do brzegu, od którego odpłynęła. W końcu silniejszy prąd skierował ją ku przeciwnemu brzegowi, a wieśniaczka z wielkim trudem zdołała wylądować. Wyszła z łodzi z dzieckiem na ręku i pnąc się w górę, skierowała swe kroki ku lasowi. Gdy zbliżała się do miejsca, gdzie spotkała powstańca, spostrzegła poruszający się pomiędzy pniami drzew cień ludzki, w którym poznała tego, którego szukała. Powstaniec zbliżył się do niej.
— Dobry wieczór chłopcze. Oto masz.
I z temi słowy podała mu chleb, wiedząc dobrze, że tego najwięcej było mu potrzeba.
— Dziękuję ci, matko — odpowiedział zgnębiony.
— Czekaj, ubierz się w to! — i dała mu zwierzchnie odzienie, którem było dziecko pokryte. — Wzięłam z monasteru pokryjomu. Boże odpuść, zgrzeszyłam...
Ilica zabrała to odzienie ze ściany, myśląc, że należy do parobka. Lecz kiedy powstaniec go włożył, ze zdziwieniem spostrzegła, że to habit mnicha!
— Wszystko jedno, rozgrzeję się trochę — rzekł młodzieniec, otulując się suchą, wełnianą opończą.
Poszli razem. Powstaniec jadł, milcząc; drżał z zimna i silnie kulał. Był to dwudziestoletni bezwąsy młodzieniec, szczupły, wysoki. Kobieta, aby mu nie przeszkadzać w nasyceniu głodu, nie pytała, kto on i zkąd jest, tylko sama opowiadała mu po cichu; lecz ciekawość wzięła górę i zapytała go zkąd idzie. Powiedział jej, że nie z gór, lecz z równiny. Onej nocy został odcięty od oddziału w winnicach Weslecu, ztamtąd tułając się, dowlókł się tutaj z wielkim strachem pośród niebezpieczeństw, dwa dni i dwie noce nic nie jadł, wycieńczony pochodem, z nogami poranionemi, zgorączkowany; teraz dąży ku górom, aby tam odnaleźć towarzyszów, albo, żeby się ukryć.
— Synu, ty nie możesz iść — odezwała się Ilica — daj mi karabin, będzie ci lżej.
I lewą ręką wzięła od niego karabin, trzymając dziecię na prawej.
— Chodź, chodź, zbieraj siły, chłopcze.
— Gdzie się teraz podzieję, matko?
— Jakto gdzie? W domu!
— Czy naprawdę? Matko, dziękuję ci, tyś dobra kobieta! — i rozczulony do łez młodzieniec, pochylił się i pocałował spracowaną rękę, która trzymała dziecię.
— Ludzie są teraz przerażeni, gotowi mnie spalić żywcem, gdy się dowiedzą — mówiła wieśniaczka — lecz jakżebym cię mogła tu zostawić, nie możesz uciekać, czerkiesi cię złapią — niech ich Bóg skarze — i we wsi są oni. Na co wam to było potrzeba, chłopcy? Czy to tak łatwo zburzyć to marne państwo!... Wybili was, jak kurczęta. Lecz ty nie masz już siły iść pod górę!
I przerzuciła strzelbę w prawą rękę, a lewą chwyciła go pod ramię. Zagłębiali się w dębowy las. Pomiędzy drzewami niebo na wschodzie bielało, wyraźnie było słychać pianie kogutów w Czełopieku, gwiazdy na niebie bladły. Świtać już zaczęło, a oni byli jeszcze pół godziny drogi do wsi, idąc zwykłym krokiem, lecz tak, jak szedł powstaniec, i za dwie godziny dojść nie mogli. Wieśniaczka się zmartwiła, byłaby go z sobą uniosła On się obejrzał.
— Świta już, stryjno — odezwał się.
— Źle, nie staniemy na czas — szepnęła kobieta.
Uszli jeszcze kawałek drogi. Z przeciwka dochodziły już głosy ludzkie. Wieśniaczka zatrzymała się.
— Tak być nie może chłopcze, trzeba coś innego obmyśleć.
— Co myślicie, stryjno? — zapytał młodzieniec, który w tej nieznajomej widział swoją matkę, swoją zbawczynię, opatrzność!
— Ukryj się w lesie do wieczora. Jak się zmierzchnie, ja cię odszukam — tu, znowu na tem miejscu i ukryję cię w moim domu.
Młodzieniec uznał to za najlepsze. Wieśniaczka oddała mu strzelbę. Pożegnali się.
Ilica wtedy dotknęła się dziecięcia, zapłakała:
— O dziecino! toż ono umarło, rączki ma jak lód!
Powstaniec zatrzymał się spiorunowany. Boleść wieśniaczki wzruszyła go, chciał ją pocieszyć, lecz nie mógł słowa wymówić. Widział on teraz, że nie może oczekiwać dalszej pomocy od tej szlachetnej kobiety, której dusza była rozdarta wielkiem osobistem nieszczęściem.
— O dziecię! moje drogie dziecię!... — łkała biedna, wpatrując się w twarzyczkę wnuczka.
Powstaniec wzruszony, beznadziejny, zagłębił się w las. A łkający głos kobiety wołał za nim:
— Chłopcze, skryj się dobrze. Wieczorem — niech cię tu odnajdę...
I znikła w gęstwinie.

VI.

Tego ranka majowe słońce wychyliło się wesołe, czyste, po kilku dniach chmurnych i dżdżystych. Piękna, podłużna dolina, zaczynająca się u stóp Szyszmanowej skały, ozdobiona wiosenną, majową zielenią, przecięta srebrną wstęgą rzeki, kąpała się w promieniach słońca. Tu pod Szyszmanową skałą rzeka kończy swoją odysseę przejść przez ciasne wąwozy i niezliczone górskie zakręty, już to pomiędzy stromemi urwiskami, pokrytemi dębem i bukiem, już to pod wielkiemi pochylonemi skałami, podziurawionemi mnóstwem pieczar, piętrzącemi się w fantastyczne zamki i obeliski, urągające sile żywiołów i czasu.
Zaledwie słońce pojawiło się na horyzoncie, gdy na drodze ukazała się konnica turecka, a za nią wśród zboża masa piechoty, której końca nie było widać. Konnica i piechota wkrótce doszły do Iskru i stanęły... Regularna piechota składała się z około trzystu ludzi; przed nią maszerowali tureccy baszybuzucy, uzbrojeni w rozmaitą broń, a reszta, stanowiąca większą częś[2], byli to czerkiesi, także rozmaicie uzbrojeni. Po kilku chwilach konnica przepuściła czerkiesów, zatrzymując się sama na boku.
Ta hałaśliwa zbieranina była pod dowództwem sławnego czerkiesa, Dżambałasa, okrutnego i krwiożerczego kaukazkiego rozbójnika. Z jego to ręki wystrzelona była kula, która przeszyła wczoraj Botewa.
Dżambałas na koniu zatrzymał się naprzeciw lasu, niedaleko ruin starożytnej cerkwi. Po lewej stronie lasu wznosiły się nieprzystępne skały i jary, z prawej zaś rozpościerały się pola i ogrody czełopieskie, aż do drugiego gołego grzbietu. Na spadzistości lasu widać było pomiędzy drzewami jedyny szałas pasterski, obecnie przez właściciela opuszczony.
Oczy wszystkich zwrócone były na las, głęboki, pusty, cichy, w którym ukrywał się powstaniec. Lecz oddział nie jego poszukiwał. Albowiem tej nocy nadeszły wieści do Wracy, że na godzinę przed świtem partya „komitów” spuściła się z góry do tej dąbrowy, prawdopodobnie w celu przeprawienia się przez Iskier, aby się skryć w wielkim Bałanie Starej Planiny.
Wojsko, ożywione i zachęcone wczorajszem zwycięztwem, czekało rozkazów, gdy Dżambałas zszedł z konia i naradzał się z kilku wybitniejszymi baszybuzukami nad sposobem zaatakowania.
Był to człowiek czterdziestoletni, smagły, wysoki, czarnobrody, odziany w lśniące czerkieskie ubranie, uzbrojony od stóp do głowy; oczy jego drapieżne, dzikie błyszczały z pod wysokiej czerkieskiej czapki.
W tej chwili zagrzmiał strzał z szałasu, a echa górskie huk ten powtórzyły.
— „Komity!” „komity!” — zawołano.
Wszyscy zwrócili oczy na szałas, lecz tylko u wchodu jego spostrzegli kłąb dymu, unoszony porannym wietrzykiem po gałęziach. Po chwilowem zdumieniu cały oddział dał ognia, który odbił się po lesie tysiącznem echem. Lecz nagle wśród dymu rozległy się głosy:
— Dżambałasa zabito!
Dżambałas istotnie powalił się na ziemię, gardło miał przeszyte kulą, a z ust płynęła struga krwi. Trafiła go kula, która wyszła z szałasu.
Wieść ta rzuciła postrach na wojsko, cały oddział rozproszył się i ukrył, gdzie kto mógł. Ciało dowódcy uniesiono śpiesznie. Konnica także znikła. Lecz drugi strzał nie padł już z lasu.
Po dłuższym czasie, gdy z cichości i milczenia zrozumiano, że buntownicy musieli iść w góry, jedna drużyna czerkiesów dała się namówić i weszła do lasu, aby go przetrząsnąć. Znaleźli oni pod dębem ciało tylko jednego buntownika — trzydziestoletniego mężczyznę z czarną brodą, rannego w nogę, obwiązaną łachmanami. Czerkiesi przekonali się, że powstańcy zbiegli w góry.
(Istotnie po zabiciu Botewa pod Wołem część jego drużyny, czterdziestu ludzi, pod wodzą rannego w nogę, bohaterskiego Pera, skryła się w góry, tułała się przez całą noc po zaroślach, znużona, głodna, zmorzona snem, zeszła do lasu czełopieskiego, gdzie zasnęła jak martwa, nie wiedząc, że jest wytropioną).
Jedna kula czerkieska przypadkowo zabiła Perę. Żadnej innej ofiary nie znaleziono. Lecz gdy czerkiesi wleźli do szałasu, znaleźli tam jeszcze jednego trupa.
— Pop! — buntownik! — zawołali czerkiesi zdumieni.
Leżał tam bezwąsy młodzieniec, z przeszytą od kuli głową. Był on odziany w habit mnicha, odchylona poła pozwalała widzieć ubranie powstańca, krwią zbroczone. Z zaczernionych prochem ust można było wnioskować, że popełnił samobójstwo, po zastrzeleniu poprzedniem Dżambałasa. Czy przedtem spotkał się z oddziałem powstańczym? — nie wiadomo.
Wbrew swemu zwyczajowi, baszybuzyki tym razem nie odcięli głowy powstańcowi, aby ją obnosić zatkniętą na tyce, jako znak zwycięztwa, śmierć dowódcy nie była dla nich zwycięztwem... Zadowolnili się tylko zapaleniem szałasu, w którym pozostawili trupa. Dymił się on jeszcze wieczorem, gdy dwa oddziały tureckie mordowały trzynastu powstańców, którzy z gór zeszli, aby się przeprawić przez Iskier.

∗             ∗
Ilica dawno umarła. Lecz na pół martwe dziecię ożyło, dziś jest zdrowym i tęgim mężczyzną, a nazywa się majorem P. Nieboszczka babka, gdy opowiadała mu te wypadki, dodawała, że nie wierzyła nigdy, aby cudowne wyzdrowienie jego było skutkiem niedbałej modlitwy gniewliwego mnicha, lecz raczej nagrodą za dobry uczynek, którego spełnić nie mogła, lecz z całej duszy spełnić chciała...






Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – usłyszała.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – część.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Iwan Wazow i tłumacza: Józefa Anc.