Budnik/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Budnik
Podtytuł obrazek
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1874
Wydawnictwo Rogosz, Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XV.

Stary Bartosz siedział dotąd w miasteczku, ale rzeczy powoli zmieniać się w jego sprawie poczynały. Pomocnik niespodzianie poróżnił się z żydem Bramkiem.
Zatem śledztwo w skutek nowych jakichś zeznań i wziętych poszlaków tajemnie przerabiać się poczęło. Zwołany znowu Maciej, który gotów był pod groźbą i fukiem powiedzić co się komu podobało na samego nawet pana Boga, zeznał, że konie nieochybnie przyprowadził Bramko, że ojciec je chciał oddać Pomocnikowi, gdy na drodze został schwytany, że żydzisko wreszcie przez zemstę tylko (bo stary Bartosz kradzieży jego przechować nie chciał) sam pierwszy zrobił fałszywe doniesienie.
Prawda łatwo się bardzo popiera, tysiące więc dowodów na wzmocnienie tego zeznania znajdować poczęto. Jeden stary Bartosz tak się uparł w swojem dumnem i pogardliwem milczeniu, że trudno mu było nawet łagodnością usta otworzyć.
— Dlaczegoż? — odezwał się starzec poważnie — wprzódyś pan tak nie postąpił, oszczędzając mojej starości, wstydu, cierpienia, które mi życie skróciło, a sobie zgryzoty na duszy?
Pomocnik zaczął się wymawiać, zaczął coś przewracając papiery paplać, gryźć cybuch w gębie, pluć, kręcić się, popijać gorzałkę, zakąsać śledziem, i na tem się skończyło.
Bartosz rozpowiedział nareszcie całą historją. Sprawa więc na tem stanęła, że ojca i syna miano wypuścić na porękę, gdyby się tylko świadectwa ich uczciwości przeszłej znalazły.
Właśnie też wszystko teraz składać się poczynało jak najlepej[1].
Od wzięcia Bartosza, w lasach które zamieszkiwali Mazury dawał się czuć brak tego naczelnika, który nie mając żadnej władzy nad bracią, największy przecież na nich wpływ wywierał. W początku może wszyscy radzi byli, że surowe oko i usta surowe, co ich nieraz karciły, na czas się od nich oddalają; ale wkrótce poczuli dotkliwie jak im starego Bartosza brakło: ni kogo się poradzić, ni komu poskarżyć, ni leczyć i pocieszać nie było.
W niedzielę zejść się jak się schodzono do jego chaty na posłuchanie o starych czasach, nie było gdzie. Kilku młodzieży wybierało się na flis, a tu umowy z żydami zrobić i kontraktu dopilnować nie było komu; inni chcieli pójść belki w sąsiedni las ciosać, ale zabrakło także Bartosza, coby za wszystkich o warunki się z żydem rozmówił. Jeden i drugi zaczęli mówić: — O! źle nam bez starego! Taki co źle to źle.
— I taki nie godzi się żebyśmy go w biedzie opuścili; wszak on nas każdego i nieraz ratował.
— A jakbyśmy pomyśleli?
— Cóż my wymyślim?
— Czyżto już niewinnego poratować nie można?
— A gdybyśmy się złożyli? — dorzucił jeden pocichu.
— Tak! jakbyto było z czego!
— Porzućcież! znajdzie się, aby wola tylko. Tu skórka lisia, tam kilka zajęczych, gdzieś może i łosia; u tego trochę masła, u drugiego niepotrzebne cielę. Żebyśmy chcieli, znalazłoby się posprzedawawsy[2] z czego złożyć jaki grosz.
Wielu wprawdzie niebardzo na to przystać chciało, ale gdy się starsi na to zgodzili, drugim już było wstyd, i niejeden odwiązał z brudnego węzełka zachowany groszyk z westchnieniem składając go do kupki.
W chacie pana Marcina, niedaleko Bartoszowej budy położonej, zeszli się wszyscy w sobotę, i tam przy kieliszku (bo Marcinowi na to stało, kawał bowiem pola obrabiał, a syna miał co mu służąc dworsko dopomagał potroszce) poczęli się naradzać, komu pójść do Pomocnika.
I trzech starszych a wymowniejszych, i śmielszych, ofiarowało się do tej ciężkiej posługi.
— Wszystko dobrze — rzekł jeden po naradzie — ale jak starego da Bóg uwolnią a do domu wróci, dalibóg nie wiem co będzie.
— A co ma być? — mruknął inny.
— Albo go nie znacie? O córce nie wie, a jak się dowie, nie zniesie tego lekko.
— Ba! albożto on pierwszy?
— Nie chciałabym też być na miejscu Pawłowej! — mruknęła gospodyni.
— O! bieda jej będzie!
— At! wylazłszy z gorszego kłopotu.
— Coto wy gorszem nazywacie? Pan Bóg wie co gorsze! Niewinnemu nigdzie się nic nie stanie, a i tu sam Bóg nie poradzi na takie nieszczęście.
— Oj! prawda pani Marcinowa! Ależ taki, gdyby stary powrócił, toby coś pomyślał.
— Córka oszalała; dwór pomaga, ale to nie na długo: potem przyjdzie golizna i nędza. — A!
Zamilkli. Marcin pokiwał głową i wąsa pokręcił.
— Wszystko taki — rzekł — lepiej żeby gospodarz był w domu.
— Tylko mu na razie nie mówcie o tem.
— Musi już wiedzieć.
— Nie! nie! Któżby się zaś odważył z tem do niego przystąpić.
Długo tak jeszcze gwarzyli budnicy, aż gdy wódki i zakąski niestało, pobrawszy z kąta strzelby, bez których ruszyć się nie mogą, pocałowawszy się z gospodarzem, a żonę jego z kolei wszyscy w rękę, rozeszli się umawiając kto do miasteczka z Marcinem miał iść, o miejsce i godzinę.
Nazajutrz rankiem, w borsuczych torbach, nowych łapciach i białych koszulach, ale bez strzelb, trzej wysłańcy spieszyli do pana Pomocnika.
Na kraju lasu przyłączył się do nich przypadkowo idący czwarty (byłato niedziela), i tak gwarząc powoli pociągnęli ku mieścinie, której szary kościołek, białą cerkiew i czarne domostwa zdaleka widać było.
Niełatwoto w dzień targowy dostać się do tak wysokiego urzędnika, jakim jest w miasteczku pan Pomocnik. Tysiąc interesowanych drzwi jego oblegają; i teraz właśnie tak było. Żydzi, szlachta, obywatele pomniejsi, wieśniacy ze skargami i pobojem, parochowie z pozdrowieniem, wszystkoto napełniało dom, podwórze dworku, na którego czole wisząca tablica oznajmywała mieszkanie pana Pomocnika. Na barjerach, na ziemi, pod płotami, pełno było czekających ludzi, na ławach w ganku izraelici, u drzwi kupa żołnierzy odstawnych.
Pomocnik tymczasem weselił się w gronie dobrych przyjaciół i szanownej połowicy jak on równie wesołej w towarzystwie, i lubiącej tę wesołość czerpać nie tak w sercu które często bywa próżne, jak w butelce, która zawsze pełną być może, zwłaszcza gdy tylko o napełnienie jej okowitą chodzi.
Na kanapie odartej, wysiedzianej i kulawych krzesełkach, zasiadali dostojni goście, w których gronie pierwsze miejsce zajmował w nowiuteńkiej węgierce z kapszukiem u pętlicy, ekonom pana Jana. Rozmawiano o różnych zajmujących przedmiotach, o umarłym nagle sołdacie, o zabitym żydzie, o skradzionych koniach. Wódeczka krążyła po raz trzeci czy czwarty przed kiełbasą, którą nareszcie zadość czyniąc powszechnemu oczekiwaniu, wniósł na obitym półmisku służący w nowiusieńkich łapciach. Byłto pokojowiec gospodarza. Posiłkowała go w posłudze, rozdając szczupłą ilość krzywych widelców między gości, kucharka dziwnie brudna i utłuszczona, której nogi nie w obuwiu narodowem, ale w podartych trzewikach pani, na boso włożonych, po podłodze szelepały. Goście rzucili się do kiełbasy, której pożarcie poprzedzone było jeszcze raz wódeczką. Gospodarz bez ceremonji pierwszy sobie nabrał na talerz, a potem ręką wskazał półmisek żonie i gościom. W ostatku żywili się sosem z cebulą i chlebem maczanym pisarz i kancelarja, składająca się z kosookiego, kulawego i łysego mieszczańczuka.
Po śniadaniu i rozjechaniu się gości, których prosić na obiad zwyczaju nie było, przystąpił usiadłszy na ławie w ganku Pomocnik z fajką do posłuchania przybyłych z prośbami, skargami i t. d.
Przyszła wreszcie kolej na budników, którzy z nieśmiałością przystąpili do ławki zajętej przez wysokiego urzędnika.
— No! a czego chcecie?
— My tu panie przyszli za Bartoszem Młyńskim.
— Czego?
— Prosić za nim.
— Hm! a gdzież prośba? — I popatrzał na ręce. Marcin wysunął się naprzód i całując w rękaw Pomocnika, wsunął mu prośbę. Ten ją z flegmą obejrzał, pokiwał głową i spytał dość łagodnie:
— A czegoż chcecie dla Bartosza?
— Ażeby Jasny Pan uwolniliście go. On nic nie winien, zaświadczą wszyscy, że uczciwszego chowaj Boże człowieka u nas nie ma. Cały wiek nigdy go nawet o nic nie posądzono.
— Hm! hm! Ja to i sam wiem, że on może nie winien, ale co chcecie? Prawo grunt! Był oskarżony. No! co ja temu winien! Ja za wszystko odpowiadam. To niemałe dzieło. To dzieło! No, ale gadajcież, cobyście chcieli?
— Niech Jasny Pan uwolnią starego.
— Tak! uwolni! Tu prawo grunt! Uwolni! ba! Ja odpowiadam za niego przed gubernatorem! Wam się zdaje, że ja tu pan sam sobą, i że mogę co chcę.
— A tak JWPanie!
— A właśnie, że choć wiele mogę, bardzo wiele mogę, i prawie wszystko mogę, a jednak są takie rzeczy.... Bo widzicie, wy tego ciemni ludzie nie rozumiecie, że tu zakon to dzieło!
Budnicy pokłonili się w milczeniu.
— I mógłbym uwolnić zresztą jeśli zechcę, ale kto za niego ręczy?
— My wszyscy.
— No! no! poczekajcież! namyślę się, namyślę. Pójdziecie do kancelarji i pomówicie tam z moim sekretarzem...
Do wieczora przeciągnęły się starania; zmierzchem nareszcie wydany został rozkaz uwolnienia dwóch budników, z tem jednak, żeby się na zapotrzebowanie stawili. Strzelbę Bartosza zabraną w budzie, na ręce Marcina wydano.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – najlepiej.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – posprzedawawszy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.