Bracia Zmartwychwstańcy/Tom III/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bracia Zmartwychwstańcy
Podtytuł Powieść z czasów Chrobrego
Data wydania 1876
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VII.



Nie będziemy iść w ślad za dwoma poselstwy, które zdążały do Rzymu po koronę. Jurga wyprawiony z o. Gerbertem był szczęśliwszym. Udało im się przebyć całe niemcy bez wypadku, chociaż kilkakroć zatrzymywani byli. W początku podróży garstka ta przeodziała się tak i przybrała, aby jak najmniéj zwracać oczu na siebie. Zamiast szerokich gościńców, wybierano drożyny niewygodne, puste, lecz od straży i czatów bezpieczniejsze. Klasztory do których zajeżdżali, dostarczały o. Gerbertowi dokładnych skazówek i co lepiéj dawały mu braciszków, znanych w okolicy, którzy się opowiadali jako prowadzący własność klasztorną od opatów miejscowych. Tak od jednego do drugiego, przeprowadzali ich mnisi, a gdy wypadkiem spotkali łakomego a głodnego zdobyczy rycerza czatującego na gościńcu, co naówczas było zwyczajném, bronili się tém, że kościelne prowadzili mienie.
Podróż po Europie w tym wieku w którym na małych oddziałach siedzący wasale świeccy i do duchownych należący, nieustanne z sobą wiedli spory i orężnie występowali w obronie praw i uroszczeń, nie była ani łatwą, ani przyjemną. Nieustannie trzeba się było mieć na pieczy, dzień i noc czuwać i bronić, często opłacać jeszcze aby ujść cało.
Mimo uznawanych praw innych, silniejszego prawo było niemal jedyném; szanowano duchowieństwo ale i ono od przemocy nie było wolném. Cesarstwo miało zwierzchnią władzę, a i tę prawie ciągle popierać siłą było zmuszone. Buntowali się wassale nie tylko przeciwko sobie podnosząc, lecz i przeciw najwyższéj potędze. — Wojna była niemal stanem naturalnym, a pokój wyjątkowym. Synowie walczyli przeciw ojcom, bracia z braćmi, księztwa i królestwa z sobą. — Wyłamywali się podwładni, zagarniali ziemie silniejsi, a w podróży nic nie broniło, chyba szczególne szczęście i nadzwyczajna zręczność. Równie jak niemcy Włochy téż podzielone były, a tu Saraceńskie napady, które energia papieża Benedykta odeprzeć potrafiła ciągłym nabawiały niepokojem...
Zwolna więc i pod ciągłym strachem szła podróż Jurgi z ks. Gerbertem aż do samych wrót wiekuistego grodu. Gdy tu nareście dotarła gromadka owa, skwarnego dnia, wśród wycia wichru, który kurzawą napełniał powietrze, wszyscy padli na kolana z dziękczynną modlitwą, czując, że tylko cudem się dostać mogli do celu podróży.
Była to połowa dopiero wielkiego i trudnego dzieła. W Rzymie papiezkim miał cesarz swoich zwolenników i stróżów, wpływ jego był potężnym. Należało z oględnością wielką przedsiębrać kroki i niewydawać się z sobą i z celem poselstwa, dopóki by drogi przygotowane nie były. Przybyć do Rzymu trudnością było wielką, dopięcie celu niemniejszą, naostatek gdyby się to udało, odwieść poświęconą koronę, o któréj wieść musiała dojść cesarza, stawało się zadaniem ze wszystkich najcięższém.
Czuł to o. Gerbert, lecz wybór jego dowodził jak opat Aron znał ludzi i umiał posługiwać się niemi. W średnim wieku wypróbowany życiem, mnich benedyktyn był żelaznym mężem, na pozór chłodnym jak żelazo, jak ono twardym; ostrym gdy przecinać trzeba było węzły, milczącym i przebiegłym. Przez całą drogę modlił się o. Gerbert, mówił mało, zasępiony jechał, nie uskarżył się nigdy, chociaż i głodu i niewygód nadzwyczajnych doznawać było potrzeba. Jurga wpatrując się w niego, starał się naśladować. Kierował gromadką i w karności ją trzymał. Sam widok nowych zupełnie krajów i ludzi starczył mu, aby opłacić wszystkie podróży ciężary i niebezpieczeństwa.
Z krajów, w których człowiek był stosunkowo młodym przybyszem, wjeżdżając w świat na każdym kroku ruin i obalonéj przeszłości pełny, zdumiewającéj olbrzymiemi dzieły swemi, Jurga się czuł upokorzony dzikością i pustynnością swych pól i lasów.
Mury te, kolumny, obalone sklepienia, sterczące resztki świątyń pozmienianych na kościoły zdały mu się dziełami nie ludzkiéj ręki i ducha, ale zgasłego jakiegoś plemienia istot nadziemskich.
Wszystko tu świadczyło o przeszłości skończonéj, o narodzie wielkim, umarłym, pogrzebionym, który długie musiał żyć wieki, by tyle dokonać.
Rzym w ruinach na poły, na pół w stojących jeszcze budowach wieków chwały i potęgi, przybylcowi z kraju drzewa i szałasów, snem się wydawał jakimś niezrozumiałym, niepojętym.
O. Gerbert pomodliwszy się u wjazdu do bramy miejskiéj, opowiedział się tu, jako mnich benedyktyn przybywający w sprawach zakonu. Nie zwracając oczów na siebie przesunęli się za Tybr do benedyktyńskiego klasztoru. Tu byli bezpieczni. Listy i świadectwa dawały im opiekę. Gdy furta otwarła się dla nich i zawarła za niemi o. Gerbert odetchnął raz pierwszy swobodniéj i wprost poszedł do otwartego kościoła, powtórnie dzięki złożyć Bogu. Orszak jego umieszczono zaraz w gospodzie dla obcych przeznaczonéj, która osobno od klauzury u wrót była urządzoną. Jurga tak ciekaw był, zdumiony i przejęty, tak rad, że straszna podróż skończoną została szczęśliwie, iż spoczynku nie potrzebował. Ulice które przebywali rojące się świetnemi orszakami, wśród których piękne niewiasty, bogato poprzybierane, otoczone dworami strojnemi przesuwały się z dziwną swobodą i zalotnością spoglądając na tłumy; duchowni z pocztami zbrojnemi, sami téż nie bez oręża; panowie w jasnych szatach i świecących na piersiach pancerzach, sam lud tak odmienny od tego, do jakiego był nawykł Jurga nęciły ciekawość podróżnego.
Na zatybrzu, około klasztoru wprawdzie dosyć było cicho, a mury do koła nic widzieć nie dozwalały, lecz to, co przejazdem dostrzegli, twierdza owa okrągła basztami otoczona, wysokie grodu mury okólne najeżone wieżami, sterczące jak olbrzymich drzew pnie, marmurowe kolumny, gmachy rozległe, przesuwały się jeszcze przed oczyma zdumionego.
Pan tego grodu, ojciec całego chrześciaństwa, wydał mu się najpotężniejszém świata mocarzem. Rozdawał korony, obdarzał królestwy — słał rozkazy gdziekolwiek dolatywało ludzkie słowo. — Wszystko co dotąd widział Jurga w życiu swém i podróży, obok tego wydało mu się drobném i małem. Sam cesarz w oczach jego mniejszym się okazał, gdy nań ztąd spoglądał.
O. Gerbert zniknął mu zupełnie dnia pierwszego. Nazajutrz znaleziono słowiańskiego rodu braciszka, który z Jurgą mógł się rozmówić, kazano mu się odziać tak, aby oczów na siebie nie ściągał i dozwolono mu pójść po mieście, którego widoku był ciekawym.
O. Gerbert chodził tymczasem około wielkiego dzieła, które przygotować było potrzeba. Dary we złocie jakie przywieźli z sobą ułatwiały nieco zadanie, bo skarb wojną z Saracenami był wyczerpany, lecz wkrótce dowiedział się wysłaniec opata, iż o żądaniu Bolesława wcześnie dano znać do Rzymu, a cesarz się sprzeciwił posłaniu korony. Oprócz tego rościł papież prawa do kraju Polan, szczególniéj Gniezna, które z sąsiedniemi ziemiami, Oda żona Mieszkowa zapisała darem apostolskiéj stolicy. Bolesław trzymał więc tę własność prawem oręża tylko, dziedzictwa i rozporządzania polany dopominano się tutaj.
Przewidując to Bolesław król, polecił zapewnić w Rzymie, iż będzie się uznawał lennikiem i chętnie grosz do świętego Piotra skarbony składał rocznie, chociaż Oda ofiarowała to, czego nie miała i czém rozporządzać nie mogła.
Sam nie ważąc się na wyjednywanie u papieża Benedykta żądanéj korony, o. Gerbert, posłał innych na zwiady. Powoli toczyły się same rozprawy o środkach jakich użyć było potrzeba, aby dostąpić celu.
Jurga tymczasem patrzał, uczył się, dziwował, modlił, a braciszek dodany mu, karmił go owym tysiącem legend, które tu do murów przyrosły, powsiąkały w ziemię, w powietrzu unosić się zdają. Kilkanaście dni spłynęło, a nic jeszcze nie uczyniono.
O. Gerbert milczał i nie tłumaczył się nawet ze zwłoki.
Jednego dnia, gdy dla nieznośnego skwaru, w ciemnéj izbie na matach we dnie spoczywał Jurga i zdrzemnął się znużony, szelest jakiś posłyszawszy nad sobą otworzył oczy, a zdało mu się, że śpi jeszcze, gdy ujrzał tuż stojącego Andruszkę, który otworzywszy ręce, czekał na uścisk braterski. Jurga się porwał i dwaj bracia, nim słowo do siebie wyrzec mogli, powitali się pocałunkiem. Młodszy oczom swym nie wierzył prawie, bo się takiego szczęścia nie spodziewał.
W istocie było to nadzwyczajnym trafem, iż drugiemu wysłańcowi, przebrać się udało temi samemi tory i drogami, w ślad za pierwszym... O. Gerbert i Bernard nabrali oba otuchy, gdyż podwójne dary dawały im możność tém skuteczniejszego działania. Z Andruszką przybyła więcéj niż nadzieja, niemal pewność pozyskania korony dla króla.
Zaraz nazajutrz wiedzieli o tém bracia, a opowiadając sobie o podróży i jéj niebezpieczeństwach naradzali się wcześnie o powrocie.
Na ów czas Jurga, który był umysłu żywszego, wpadł na tę myśl szczęśliwą, ażeby z powrotem rozdzielić się i oprócz namaszczonéj korony, drugą wieźć podobną fałszywą, aby nią niemców czatujących na tę zdobycz oszukać. Ta mniemana korona dla większéj pewności pójść miała przodem tak, ażeby wpadła w ręce cesarskiéj straży, która zadowolniona zdobyczą, jużby na przewiezienie prawdziwéj nie zwracała tak pilnéj baczności.
Nazajutrz opowiedziano o tém o. Gerbertowi, który uśmiechnął się i zdumiał, a że miał obok siebie drugiego brata, odezwał się doń po łacinie.
— Zważcie jaka u narodów dzikich wrodzona jest przebiegłość. Oto żaden z nas nie wpadł na tak wyborny środek zabezpieczenia namaszczonego daru Ojca świętego.
Pochwaliwszy wielce Jurgi pomysł szczęśliwy, o. Gerbert, który już przed przybyciem Bernarda rozpoczął umowy, ciągnął je daléj teraz, podwoiwszy ofiarę. Nalegał on na to, że Bolesław był w rzeczywistém posiadaniu państwa tak rozległego i potężnego, że je w jedności z kościołem koniecznie należało utrzymać, a to najłatwiéj można było utwierdzić ofiarą namaszczonéj korony, która wierną i kościołowi i cesarstwu zostać miała.
Przeciągały się jednak owe umowy, którym na drodze stawali Henrykowi cesarzowi posłuszni w otoczeniu papiezkiém. Naostatek ujęty wymownemi prośby i zaręczeniami o. Gerberta, Papież Benedykt przyrzekł koronę, którą sam miał u grobu książęcia apostołów pobłogosławić. Nie trzeba było wytwornéj sprawować, której robota wiele by czasu zabrała. Złoty obręcz, kilką kamieniami oszlifowanemi nasadzony, wystarczał.
Błogosławieństwo dawało mu wartość całą, a im łatwiejszą była do ukrycia korona, tém mniéj na niebezpieczeństwo narażoną. Inną podobną na prędce ukuć kazano, którą przodem i nie zbyt się wystrzegając, wieźć się ofiarował mężny Andruszka. Wiedział on i towarzyszący mu Benedyktyn, że zatrzymani i do więzienia może wtrąceni zostaną, lecz oba dobrowolnie chcieli tą ofiarą okupić bezpieczne przybycie poświęconego wieńca do Poznania.
Wielki to był dzień dla gromadki polskich wysłańców, gdy im oznajmiono, że się mogą znajdować w krypcie u grobu Piotrowego, aby być świadkami obrzędu. Tu oni mieli po raz pierwszy oglądać poważne, męzkie a rycerskie niemal oblicze Benedykta, który pod skromną suknią duchowną, zachował w sobie coś z charakteru rodu wojowniczego i pańskiego hrabiów tuskulańskich.
Widać w nim było władzcę, a króla razem i głowę kościoła, surowego sędziego i stróża obyczajów duchowieństwa, które poprawy i karności potrzebowało.
Dostatki w jakie opływały klasztory i biskupstwa, ziemskie ich posiadłości rozległe, stosunki blizkie z rycerstwem rozwiązłem, nadwerężyły obyczaje. Papież je do nauki chrystusowéj i pierwotnéj czystości zwrócić usiłował.
Przy mszy świętéj leżała korona na ołtarzu, dotykając relikwij apostołów, poświęcił ją sam Ojciec święty i po uroczystym obrzędzie, wraz z listem oddał posłom, którzy w imieniu króla podległość stolicy apostolskiéj zaręczyli. Tegoż dnia, nim się ruszyli posłowie z Rzymu, już goniec potajemny wyprzedzał ich na apijskim gościńcu, biegnąc zapowiedzieć podróżnych, których wraz z koroną pochwycić miano nieochybnie.
W klasztorze naradzano się dnia tego i nazajutrz jawnie, w oczach mnogich świadków ruszył ze znaczniejszym pocztem Andruszka z ojcem Romualdem, wioząc fałszywą koronę.
Dopiero w dni kilka potém potajemnie wyjechać miał o. Gerbert z Jurgą, ukryty wioząc ów obręcz poświęcony, który przeznaczonym był do uwieńczenia skroni królewskich. Wszystko się stało jak obmyślano.
Pierwszy poczet przebył Włochy bezpiecznie, lecz śledzony i miany na oku. Jechali w tropy za nim wysłańcy, którzy go u granicy niemiec wskazać mieli i dać pochwycić. O. Romuald umyślnie prawie nieostrożnym był i stawał w miejscach, gdzie mógł być postrzeżonym, nie tając się z tém, że z Polski jechał od króla w poselstwie, choć niby zamilczał, co ono miało na celu.
Na drugim noclegu niemieckim znaleźli się posłowie otoczonemi w gospodzie przez tak liczną gromadę zbrojnych, iż o oporze ani myśleć było można.
Z urąganiem i przechwałkami pochwycono ich, niby usiłujących tłumaczyć, zaprowadzono do najbliższego zameczku i gdy zaczęto przetrząsać juki, z radością nadzwyczajną znaleziono koronę. Natychmiast wysłano gońców z oznajmieniem, iż zdobycz się w ręce cesarskie dostała. Radość była niezmierna i tryumf wielki. Szukano listów papiezkich, rozparając suknie, trzęsąc wszystko napróżno, nie umiano ich znaleźć, a naglony o. Romuald przyznał, że w obawie pochwycenia zniszczone zostały w pierwszéj chwili.
Gdy się to działo na głównym gościńcu, z bacznością nadzwyczajną od klasztoru do klasztoru przemykali się o. Gerbert i Jurga. Wioząc tak drogi klejnot musieli nadzwyczajnemi otaczać się ostrożnościami. Najgorsze dni do podróży, słoty i wichry były im najpożądańsze, przekradali się nocami i rankami po niedostępnych ścieżynach i manowcach. Podróż téż trwała długo. Jurga czuwał prawie, nie kładąc się na spoczynek, chyba gdy do którego z klasztorów przybyli, gdzie zupełnego pewni byli bezpieczeństwa.
Przez niemieckie kraje jadąc, podwajano czujność, choć pochwycenie pierwszéj korony uspokoiło zupełnie cesarskich, a wieść o tém już się była wszędzie rozeszła. Gdy na ostatek po tylu napróżnych krążeniach, dnia jednego ujrzeli rzekę, którą im jako Łabę ukazano, radość niezmierna odmalowała się na twarzach wszystkich. Przeprawili się przez nią pochmurnego ranka jesieni a czeladź towarzysząca im, już tu była jak w domu. Przyspieszono więc koniom biegu.
Jurga chcąc królowi prędszą sprawić radość, najzręczniejszego z pachołków wyprawił przodem nocą i dniem do Poznania. Tu niepokój był wielki. Wprawdzie opat Aron przez benedyktynów miał wiadomość o przybyciu Jurgi do Rzymu, lecz po tém nic już o obu wyprawach słychać nie było. Król niecierpliwił się i narzekał, były dnie zwątpienia i gniewu.
Gdy Andruszkę z o. Romualdem pochwycono, rozgłos był tak wielki i radość taka, że się wnet wiadomość rozeszła daleko i doszła do Trzemeszna naprzód, nareszcie do Poznania.
Tu nie wiedziano wcale o podstępie, którego Jurga był sprawcą. Opat był w smutku wielkim. Nie ośmielił się natychmiast o tém Bolesławowi zwiastować. Zwlekał. Nie można jednak było długo ukryć nieszczęśliwéj wieści. Ks. Petrek, który ją miał pierwszy, chodził z nią, pozornie zasmucony, dzieląc się ze wszystkiemi, aby doszła do uszu króla.
Już naówczas piękna Oda, którą Bezprymowi z chęcią wydano, przybyła do Poznania i niezwłocznie małżeństwo pobłogosławione zostało. Zjechało się na wesele tłumnie rycerstwo domowe i niemieckie, król hojnie przyjmował i zdawał się wesół a szczęśliwy.
Od pierwszego dnia, nowa pani nowe tchnęła w dwór życie, nową wesołością ożywiła trochę spoważniałych towarzyszów króla. On sam musiał się powodować niewieście, która z zuchwalstwem nadzwyczajném, nie obawiając się groźnego pana, rządziła nim samowładnie. O dziwo! Król dawał się prowadzić posłuszny, wpatrując się w piękne oczy i zdał zapominać o wszystkich swych troskach, gdy mu Oda szczebiotała.
Mieszko i Ryksa nie mogąc się ani oddalić, ni wyłączyć, stali na uboczu.
Oda lekceważyła mężowską synowę, nie dbając, że jątrzy cesarskiéj krwi panią, a Bezprymowi nad Mieszkiem dawała w łaskach swych pierwszeństwo. On był jéj najmilszym sługą. Król téż nabrał trochę serca do Bezpryma i więcéj teraz upatrując w nim zdolności, obiecywał mu téż na przyszłość świetniejsze stanowisko.
Na pozór nie było nic odmienionego gwałtownie, przecież jednéj niewiasty przybycie zmięszało dawny porządek, wwiodło jakiś zamęt, napełniło niemal strachem dawne sługi.
Pytano się siebie cicho, co będzie z tego panowania niemki zalotnéj, nad królem chwilowo zaślepionym. Nikt się jednak nie ośmielał rzec słowa. Opat milczał i stronił nieco od dworu. — I na to Bolesław uważać się nie zdawał.
Były to pierwsze dnie roznamiętnienia krewkiego pana, całe oddane niewieście, która umiała oderwać go od wszystkiego i zawojować dla siebie.
Z tego czaru i upojenia nie wyszedł król Bolesław, aż gdy jednego wieczora, Zyg nie przyniósł mu korony skręconéj ze słomy i nie położył jéj u nóg jego. Karzeł był głupawy, iż się na żart taki ważył.
— Miłościwy panie — rzekł śmiejąc się — trzeba będzie słomianą się kontentować, bo złotą cesarscy porwali.
Bolesław nie rychło go zrozumiał, a znaczenie słów pojąwszy chciał go kazać wyrzucić precz i osmagać. Zyg do nóg mu upadł, wyznając, że w całym dworze mówiono o tém.
Burza powstała sroga. Chciała Oda króla uśmierzać, odepchnął ją po raz pierwszy wejrzawszy na nią tak, że pobladła i cofnęła się przelękła.
Na wołanie pańskie, które grzmiało jak burza rozhukana, zadrżało co żyło, biegło wołane co zasłyszało tylko. Skupili się wszyscy, król patrzał po twarzach i mówić nie mógł z gniewu.
Sieciechowi wskazał Zyga, aby go wnet pochwycono, pytał głosem drżącym i zachodzącym się, kto mówił o pochwyconéj koronie, kto i zkąd słyszał o niéj. Zyg strwożony ks. Petrka imię wybełkotał. Kazano natychmiast go przywieść.
Dwóch komorników wnet go niemal gwałtem przyciągnęło przed króla, wystraszonego, bez duszy. Zagrzmiał nad nim głos, zkąd i od kogo słyszał o tém...
Pisarz umiał powiedzieć tylko, że w całym dworze było to wiadomem, że koronę wiezioną cesarscy na granicy schwycili.
Słano wnet po opata, który idąc, dowiedział się o królewskim gniewie, lecz nie uląkłszy się go, spokojnie i bez najmniejszego przybył pośpiechu, król miał czas nieco ochłonąć, a ujrzawszy wypogodzone, zimne, poważne, surowe oblicze idącego naprzeciw sobie, zawstydził się téj gorącości z jaką wybuchnął.
Czekał aż się Aron przybliżył.
— Ojcze, prawda li to? — zawołał — wszyscy aż do najnędzniejszego błazna wiedzą tu o tém o czém ja niewiem nic?
— Wieści chodzą o tém, lecz pewności nie ma, dla tego płochych pogłosek do uszu twych podawać nie było potrzeby.
Ks. Petrek, któremu szło o to, aby się dobrze uwiadomionym okazał i nie został zatarty, przerwał kłaniając się opatowi, iż z cesarstwa przybywający od Marchyi pogranicznych, jednozgodnie to poświadczali, iż w górach, pobliżu włoskich granic koronę i posłów schwycono, a radość ztąd była wielka.
Pisarz, który potajemne miał posłanie, a do niego przyznawać się nie chciał, mógł zaręczyć iż wieść fałszywą nie była. Wiedział nawet w którym hrabstwie i miasteczku posłowie schwyceni zostali. Opat wolał króla w niepewności trzymać.
Napróżno po tém obrażona Oda tem, że poślednie zajęła miejsce na chwilę, starała się Bolesława pociągnąć i rozerwać. Król nie spojrzawszy nawet na nią, z opatem poszedł na osobność. Zmieniony był i gniewny, chciał natychmiast trzecie już poselstwo wysyłać.
Dał mu wszystko wypowiedzieć Aron, słuchał cierpliwie i znowu wielkim swym spokojem nieco rozgorączkowanego upamiętał. Gniew gdy nie zarazi sobą tych, wśród których wybucha, musi zawsze przygasnąć i w sobie zawarty trawić się powoli.
Ochłódł Bolesław nieco.
Opata zdaniem było, aby nie poczynać nic, dopóki by wieści nie nadeszły pewne i ostateczne. Wszak ci jedne posły pochwycone być mogły, a drugie wrócić szczęśliwie.
Jakkolwiek mała była nadzieja, Bolesław dał się tém ukołysać. W sprawach nie wojennych nawykł był ufać opatowi, którego rozum i baczność nie zawiodły go nigdy.
Pozostał jednak król posępnym i zachmurzonym i Oda postrzegła po raz pierwszy, iż władza jéj nad nim nie była tak potężną, by wszystko inne stłumiła.
Szła dotąd przebojem i zuchwalstwem, z którém się jej szczęściło, teraz musiała użyć innych niewieścich sztuk, łzów, smutku i przypochlebiania, pokory i czułości. Nie kosztowało ją zmieniać się, choć nawykła być śmiałą, pokonywać się musiała stając pokorną. Dla króla te kameleońskie zmiany coraz nowy wdzięk jéj nadawały.
Miłość w młodości mówią, opanowuje i zaślepia człowieka, lecz w latach późniejszych, gdy się życie wymyka, gdy ostatkami goni, niebezpieczniejszą jest jeszcze, bo z niéj ostygnąć nie można.
Oda traciła moc swą i odzyskiwała ją wprędce a z tych walk wychodziła coraz silniejszą. W sercu jéj nie było nic, oprócz żądzy panowania i pragnienia życia. Oczyma rzucała po dworze całym, jakby wszystkich zakuć potrzebowała w te więzy, w których król chodził. Ks. Petrek był jéj powiernikiem i ulubieńcem, dodało mu to siły i pewności siebie. Opat widział wszystko i cierpiał, niespuszczając go z oka. Uszły tylko baczności jego stosunki z Bezprymem i umowy, które w cichości już aż do cesarskiego ucha siągnęły. Cesarz zgodził się na żądania królewicza — obiecywał mu królestwo, pomoc orężną, poparcie przeciw Mieszkowi z warunkiem poddania się cesarstwu.
Na Bezpryma twarzy czytać było można zmianę, lecz przypisywano ją przypuszczeniu do łask ojca i odepchnięciu Mieszka.
Ryksa z dumą rodowi swemu właściwą znosiła upokorzenie swoje i męża, nie narzucając się i nie chcąc żebrać przejednania. Ona także może w duszy rachowała na to cesarstwo, z którego panującemi łączyła ją krew. Nie trwożył ją Bezprym, nie obawiała się Ody nawet, czując się tu niejako ogłoszoną następcy Bolesława żoną.
Mieszko był nim uznanym. Dumna pani nie przypuszczała zmiany i trzymała się na uboczu. Oczy wszystkich zwrócone były na króla i jego rodzinę, radował się w duszy jeden ks. Petrek widząc zamęt, nienawiść, walkę, która groziła przyszłości.
Wszystko co gotowało ruinę, pożądaném dlań było, co ją przyspieszyć mogło, do tego ręki przykładał.
Posłuszny opatowi, król pozostał w oczekiwaniu niecierpliwém, rozjątrzonym, do gniewu skłonnym. Oda teraz napróżno usiłowała pierwszych dni zapomnienie na wszystko powrócić. Niekiedy Bolesław odprawiał ją do krosien i kądzieli. Szła z ustami zagryzionemi, zamiast do swojéj izby, pomiędzy młódź rycerską, i drażniła króla strojąc śmiechy, które uszu jego dolatywały.
Dnie płynęły chmurami i jasnemi promieniami przeplatane. U stołu król się ożywiał, ale noc przynosiła z sobą troskę i sny rodziły niepokoje.
Jednego dnia opat, który oko miał baczne na wszystko, a pamięć niezmierną, idąc z tumu na dworzec, spostrzegł na koniu zmęczonym wbiegającego w podwórze pachołka, którego twarz zdała mu się podobną do jednego z tych, co z Jurgą wyprawieni zostali. Wstrzymał się i skinął. Skoczył jezdny z konia i podbiegł ku niemu.
Opat go poznał.
— Co wieziesz? — spytał.
— Wieść dobrą, ojcze przewielebny. O dwa dni lub półtora za mną ciągną o. Gerbert z Jaksą i koronę wiozą.
Zdumiał się radośnie Aron.
— Bogu niech będą dzięki, lecz tu wieść się rozeszła.
Chłopak się rozśmiał.
— A! tak — zawołał — Andruszka Jaksa z księdzem wieźli umyślnie fałszywą koronę i dali ją w ręce cesarskim. Poświęcona jest już na naszéj ziemi.
Opat się nieco zamyślił. — Nie mów o tém, aż ci ja usta rozwiążę. Gdy cię spytają, powiedz że wracacie próżno.
Skłonił się posłany i uszedł ku stajniom a Aron do króla podążył.
Topiąc niepokój w kubku i rozmowie, Bolesław siedział otoczony radą swoją i rycerstwem. Dnia tego miał zrana do odsądzenia spraw wiele, do pogodzenia spory zajadłe — znużony był karaniem winnych i jednaniem zwaśnionych. Niektórzy z nich stali jeszcze, bo Bolesław wyrok umyślnie odroczył, aby ich przywieść do upamiętania i zgody. Starzy wodzowie przypominali wyprawy swoje. Król słuchał rad i uśmiechał się czasem. Gdy opat wszedł z tą twarzą na której nigdy nic nie można było odgadnąć, zawsze jedną i poważną, król się obrócił ku niemu.
Przyjście jego zwiastowało zawsze ważną sprawę. Powstali wodzowie witając go, uchylił król głowę, pierwsze mu uczyniono miejsce. Aron stał.
— Przynosicie mi co, mój przewielebny — odezwał się Bolesław — lub macie żądanie jakie do mnie? Wam zawsze i przedewszystkiemi należy pierwszeństwo.
— Dziś mi ono należy w istocie — rzekł Aron — bo przynoszę wam, miłościwy panie to, czegoście najmocniéj pożądali — koronę!
Oczy Bolesława zajaśniały — powstał poruszony cały, wszyscy się skupili ciekawi.
— Objawienie mieliście? — spytał.
— Przybył posłaniec od o. Gerberta, są o półtora dnia drogi.
— Więc niegodziwem kłamstwem było, na utrapienie moje zmyśloném, że ją pochwycono! Ukarać należy winnych.
— Nie winien nikt — odezwał się opat — koronę pochwycono i korona stanie tu jutro. Dano cesarskim tę, która poświęconą nie była, na łup, aby się uspokoili — namaszczona przybywa.
Na wszystkich twarzach odmalowała się radość, król podniósł ręce do góry. — Nie ma — zawołał przejęty, czego bym nie uczynił dla tego, co tak przebiegle i rozumnie postąpić umiał!
Gwar się stał taki w izbie, a za nim poszły okrzyki tak głośne, iż po całym dworcu rozeszła się ta radość, któréj przyczyny nie wiedziano jeszcze. Zbiegali się ludzie, podpatrując i podsłuchując. Król po namyśle wprost kroki skierował ku kościołowi.
Szedł za nim Aron, szli panowie radni, ciągnął dwór, wlokła się ciżba. Kazano w dzwon uderzyć. Na grodzie mało kto wiedział, za co dziękczynne odprawiać miano modły, lecz biegli kto żył i cisnęli się do tumu.
Przed wielkim ołtarzem u grobu ojca stanął Bolesław, jakby z duchem jego dzielić się chciał radością swoją.
Aron pospieszył do zakrystyi, aby z pocztem całego katedralnego duchowieństwa wynijść zaraz przed oświetlony ołtarz i zanucić hymn dziękczynny.
Ks. Petrek siedział w celi nad pargaminem, gdy Harno wpadł doń wołając, że korona z Rzymu przybywała i że król z całym dworem w tumie już za nią Bogu dziękował.
Upewniony o pochwyceniu jéj ks. Petrek — osłupiał. Niepojętém to było dla niego. Tryumf którym się pocieszał, obracał się niepojętym sposobem w upokorzenie.
— Kłamiesz niezdaro! — krzyknął. — Jak zawsze nierozumnem jesteś stworzeniem chwytającém na opak słowa.
W tem dzwon coraz wyraźniéj posłyszał bijący na tumie, chwycił na siebie płaszcz i wybiegł. Dokąd? nie wiedział sam.
Niewiasty i królowa nie wiedziały o niczem jeszcze, Mieszko, Ryksa, Bezprym i ich dwory, posłyszawszy okrzyki, słysząc bijący dzwon, wybiegli we drzwi, słali ludzi. Nie wszyscy wytłumaczyć umieli co się stało, rozmaite obiegały wieści, wiedzieli tylko wszyscy, iż król z dworem na radosne jakieś do tumu pospieszył podziękowanie Bogu.
Ks. Petrek z twarzą wybladłą i zmienioną, pierwszy przyniósł wiadomość, któréj nie wierzył, i chciał jéj zaprzeczać.
Lecz tuż nadeszli od tumu inni, co ją potwierdzali. Ks. pisarz gniewał się i burzył, kłamstwem zowiąc i zwodnictwem co głoszono. Nieśmiał się z tém wydawać, iż miał najpewniejsze doniesienia, burzyło go to, iż im zaprzeczać śmiano. Zbiegł więc wprost do zakrystyi tumu i tam stanął oczekując na opata. Musiał przybrać twarz wesołą, choć się w nim zbierały gniewy i kipiała nienawiść.
Gdy po skończonym hymnie, opat się ukazał w progu i ujrzał ks. Petrka, podszedł jak stał w kapie i infule ku niemu.
— Ciesz się mój ojcze — rzekł — król dostąpił wreście czego pragnął, poświęconéj przez papieża korony. Wielkiego rozumu posłowie nasi, umyślnie koronę nie poświęconą dali w ręce cesarskim, którzy ją zabrali, aby bezpieczniéj panu namaszczoną przywieźli.
Ks. Petrek któryby był klął, gdyby mógł, zbladł i skłonił głowę.
— Chwała ludziom rozumnym i przebiegłym! odparł cicho. — Radość mamy wielką!
Rzekłszy to a lękając się, aby po nim niepoznano, iż utrapionym był wielce, natychmiast wymknął się z pośrodka duchownych.
Nigdy może nie czuł się tak przybitym, tak upokorzonym jak w téj chwili.
— O lisy chytre! o węże złośliwe — mówił powracając zwolna do celi — o złodzieje zręczni... symonjacy przeklęci!.. Potrafiliście więc papieża oplątać, cesarza oszukać, straże uśpić — i postawiliście na swoim... Cieszcie się i śpiewajcie, radujcie i wynoście rozumy wasze! nie ujdziecie mściwéj ręki cesarskiéj i kary Bożéj. Runie, rozsypie się, zniszczeje, w pył i proch obróci się dzieło wasze! Tryumfujcie! krótkie będą tryumfy!
I śmiał się sam do siebie gorzko, dziko, złośliwie, a rzucając oczyma po podworcu, wśród którego rozlegały się okrzyki witające króla, co rychléj pośpieszył zamknąć się w swojej celi, gdzie go ta nienawistna wrzawa niedochodziła.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.