Bracia Zmartwychwstańcy/Tom III/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bracia Zmartwychwstańcy
Podtytuł Powieść z czasów Chrobrego
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1876
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VI.



Jednego dnia polujący z sokołem Bezprym, gdy czekał stojąc na koniu, aby pies sokolniczy ptastwo wytropił, a noszony dobrze ptak na ręku mu siedząc niecierpliwie trzepotał skrzydłami, zamiast innéj zwierzyny, ujrzał obok siebie z kijem w ręku stojącego księżynę, którego na dworze widywał acz zdala.
Duchowny go pozdrawiał uprzejmie życząc łowów pomyślnych, lecz że naówczas już spotkanie księdza, równie jak baby z wiadrami próżnemi za złą uważano przepowiednię, skrzywił się Bezprym, gotów będąc na gród powracać, pewien iż i tak łowy nic nie przyniosą.
Ksiądz uparcie przy nim stał; czy ciekaw był tych łowów, czy go tam co innego trzymało. Uśmiechał się ku Bezprymowi zwracając oczy.
— Rozrywka to pańska — odezwał się głosem schrypłym i bojaźliwym — ale synowi królewskiemu wojnaby i władza lepiéj przystała...
Bezprym choć się poddawał woli ojca, o sobie mówił nie kryjąc bolu.
— Albo to wy nie wiecie — odezwał się — jakim ja jestem synem królewskim? Mieszkowi mnie na sługę przeznaczono... toć wolę z ptakiem jechać, niż za panem bratem nosić mieczyk lub tarczę...
Pokręcił głową ksiądz.
— Wszystko się to — rzekł — zmienić może...
— A jak? — wtrącił Bezprym, który psa już z oka tracił.
— Byle wola i odwaga — szepnął ksiądz cicho — prawa przecie nie straciliście, pierworodnym jesteście... Dziś czy jutro możecie się o nie upomnieć...
Był to może pierwszy człowiek na dworze, który w ten sposób mówił do Bezpryma. Duchownego suknia wyrazom dodawała znaczenia. Królewicz słudze ptaka na rękę przesadził i sam zsiadł z konia.
— Mnie zawsze patrząc na was zdaleka — odezwał się duchowny — żal było miłości waszéj.
— Bóg zapłać — rzekł Bezprym.
— Nie rozpaczałem ja nigdy o przyszłych waszych losach — dodał. — Jeźli chcecie pomówić ze mną, może wam posłużę dobrą radą... ale... wszak mnie nie zdradzicie?
Bezprymowi wzrok się zaognił.
— Mnie zdradzano — odparł — ja nikogo...
Odeszli nieco na stronę; stała olcha stara nad błotem, Bezprym rzucił się na zieloną murawę, miejsce przy sobie wskazując księdzu, który przysiadł się skromnie.
— Tak — powtórzył — prawaście się nie wyrzekali... możecie się upomnieć o nie...
Bezprym dwie szerokie nagie dłonie otworzył.
— Z czém, gołemi rękami dwoma? — zawołał śmiejąc się. — Choćbym w nie wziął miecz, co jedno żelazo poradzi?..
— Alboż sprzymierzeńców i opiekunów znaleźć nie możecie?.. — podszepnął ksiądz.
— W kim? gdzie?.. — spytał Bezprym.
Nastąpiło milczenie. Ks. Petrek, gdyż on to był, ujął rękę Bezpryma i ucałował ją, choć się wyrywała.
— Miłościwy panie, litość mnie do was prowadzi... Posłuchajcie mnie — mówił — o sprzymierzeńca wam łatwo będzie...
Królewicz z natężoną uwagą słuchał, widać było, że serce żywiéj w piersiach mu uderzało i twarz blada oblewała się rumieńcem.
— Mówcie, gdyście poczęli! — zawołał — tu nas nie posłyszy nikt...
— Król Bolesław — ciągnął daléj ks. Petrek — myśli się oderwać od cesarstwa i być sam panem. Mogłoby to lat parę trwać, ale na wieki trwać nie może... Synowi Mieszkowi zostawi przykazanie, aby tak czynił jak on... To go zgubi... Wy się powinniście udać pod opiekę i łaskę potężnego pana, co całym światem włada, poprzysiądz mu przymierze wieczne, jak inni królowie, a otrzymacie tę koronę, o którą Mieszko napróżno się będzie kusił.
Skończył, a Bezprym ważyć się zdawał jego słowa.
— Cesarz, co nas ma w nienawiści — odezwał się — zechceż losem moim się zająć? wziąć mnie w opiekę? a wziąwszy czy nie wygna mnie, aby sobie kraj przywłaszczyć?..
— Dlaczegóżby to miał czynić? — począł ks. Petrek — dlaczego? Dosyć mu hołdu! Sam rządzić nie chce, ale władzę swą z Rzymu daną ma nad światem, musi rozciągać ją na wszystkie kraje.
I pomilczawszy trochę dodał ciszéj coraz.
— Jam mały człeczek... ale maleńka mrówka sypie kopce wielkie... Cóżbyście rzekli, gdybym ja zapewnił wam opiekę cesarską... w zamian za przysięgę z waszéj strony?..
Bezprym zerwał się jak oszalały z ziemi, aże ksiądz wstał za nim, uchwycił go i w ramiona zaczął całować.
— Jak to! — zawołał — jabym tego nienawistnego Mieszka mógł precz wygnać? żonę mu wydrzeć... panować?.. koronę wdziać?.. pomścić się?.. ja? ja?..
— Możecie uczynić z pomocą cesarza wszystko, bez niéj nic — rzekł zimno ks. Petrek[1] — Oni są nieprzyjaciołmi jego... wy bądźcie mu wiernym, a wy panowanie otrzymacie...
— I wy zdołacie mi to zapewnić? — zapytał chwytając go Bezprym.
— Ja?.. jam człowieczek mały... — powtórzył Petrek — lecz litość zawsze czułem wielką nad wami. Pragnąłem się zbliżyć, szukałem miłości waszéj... i uczynię co przyrzekam, jeżeli poprzysiężecie wierność cesarstwu...
— A cesarz mi da koronę... i wypędzi Mieszka... i pomści krzywdę moją!
Głowy skinieniem potwierdził to ks. Petrek. Bezprym chodzić począł pod olchą, na miejscu ustać nie mogąc. Chwila rozmowy uczyniła go innym człowiekiem, wstąpiło weń życie, krew krążyła gorętsza, w oczach ogień pałał... Ks. Petrek schwycił go, gdy tak krążył zamyślony.
— Gdybyście wydali tajemnicę — szepnął przestraszony zmianą, którą widział w Bezprymie — życie mnie to kosztować może...
— A mnie królestwo — zawołał Bezprym — i zemstę! zemstę!.. O! nie bój się... nikt się nie dowie, nie pozna po mnie nikt, z jakim skarbem chodzić będę... Idź, jedź, posyłaj, daj znać cesarzowi, że ja mu się poddaję, że jego będę... wiernym... korony tylko chcę... i zemsty... zemsty... Mieszko zginie...
Ledwie zalecając mu spokój potrafił uśmierzyć ks. Petrek.
— Uczynię co przyrzekłem — odezwał się. — We dworze ściany słyszą, ludzie zdradzają... zejdziemy się tu... lub na podzamczu gdy będzie potrzeba... Teraz siadajcie na koń, łowy kończcie... ja iść muszę. Wasza miłość nie znacie mnie... ni ja was...
I skłoniwszy się ks. pisarz szybko puścił się zaroślami ku Cybinie. Bezprym stał jeszcze jak upojony, rozśmiał się do siebie sam, skoczył do konia, odebrał sokoła i popędził daléj.
Tak sobie cesarstwo umiało za życia wielkiego króla gotować już przyszłość. Bezprym miał przyobiecaną koronę, Ryksę ujmowano zręcznie i powoli, stręczono Odę, która z sobą niemców przyprowadzić miała. Podkopywano to państwo cudem wyrosłe i rozwielmożnione, ze wszech stron gotując mu upadek.
Nie był na to ślepym Bolesław, trapiły go przeczucia i mimo miłości wielkiéj dla syna Mieszka, mimo dzielności jego, wątpił w godzinach rozwagi, by wielkie dzieło utrzymać się mogło. Naówczas bolała dusza jego i szedł pociechy szukać u grobu Wojciecha w Gnieznie, jemu polecając to królestwo i ufając już tylko w opiekę niebios, gdy siły ziemskie przeciw niemu staną.
Pobożny ks. Petrek w złym i dobrym razie zwykł był się modlić, teraz, uczyniwszy krok tak stanowczy i śmiały, wprost się udał do kościoła, a z natury swéj będąc do obłudy skłonnym, im bardziéj się cieszył z postępku swego, tém umyślnie smutniejszą przybrał i wielce zbiedzoną postać. Patrzący zdala rychléjby odgadł jego twarzy, że mu się jakieś przytrafić musiało nieszczęście.
Potrzeba było obmyśleć środki oznajmienia o tém przez arcybiskupa cesarzowi. Pisać nie śmiał, jechać nie mógł, posłać nie miał kogo... Nim z kościoła doszedł do izby swojéj, wpadł na myśl, iż opataby należało skłonić znowu do wysłania go raz jeszcze w sprawie korony do Magdeburga, wedle pierwszéj myśli.
Obawy jakie miał po odkopaniu zwitków, zupełnie były ustały, pewien był, że zwierz jakiś czując świeżo poruszoną ziemię, mógł ją odrzucić i poszarpać zrzynki skóry, skłonny był nawet przypuścić cud, za wstawieniem się świętych uczyniony dla ocalenia go i zniknięcie tych świadectw zdrady nadziemskiemi siły zniszczonych. Nie mógł tylko odgadnąć, że się dostały w ręce opata, który obchodził się z nim tak jak był zwykł, nie okazując mu ani nieufności ni gniewu.
Przy pierwszéj więc zręczności postanowił... rzucić słowo... Ta się wkrótce trafiła. Oprócz spisywania aktów, których naówczas niewiele potrzebowano, ks. Petrek, który był znakomitym kaligrafem, dla opata Arona przepisywał Rabana Maura komentarz o Jeremiaszu. Szła praca bardzo powoli, a opat często się o to wielce pożądane dowiadywał dzieło. Brakło mu nietylko kopii, ale tęsknił za oryginałem, z którego była robioną.
Jednego dnia przyszedł się dowiedzieć, o ile postąpiła robota.
Ks. Petrek skarżył się na oczy. Nie miał, jak mówił, nikogo, coby mu trzciny zacinał, farby dostarczał, sam musiał gładzić pargamin, sam ciągnąć rubryki, dlatego tak szło opieszale. Mówił o tém szeroko i bardzo przekonywająco.
Wtrącił na swe uniewinnienie, że i droga do Magdeburga dosyć czasu zabrała, choć mimo gorliwości największéj żadnego owocu nie przyniosła.
— I nie dziw — dodał — tam nie raz jeden, ale nieustannie kołatać potrzeba i darami nie jednego Gerona, ale wszystkich ujmować. Miłościwy pan nasz hojnym jest wielce, tam tylko zaniedbuje dary słać, gdzie one najpotrzebniejsze...
Mowy téj słuchał opat pilnie, nie uszło to jego uwagi, iż ks. Petrek musiał mieć potrzebę jechania inną i dlatego znowu do podróży nakłaniał. Dowiedzieć się o tém co było pobudką nie mógł opat inaczéj, jak wysyłając go i ztamtąd zasięgając wieści. Myślał więc, czy nie należało w istocie wyprawić pisarza, aby dojść tajemnicy; lecz, na razie nie dał żadnéj stanowczéj odpowiedzi.
— Mój ojcze — rzekł — być to może, iż tam kołatać potrzeba, ale ja ani tam ani w Rzymie się nie spodziewam dobrego dla nas nic... Król koronowanym był przez Ottona III bez namaszczenia. Chceli go i zażąda, ażali arcybiskup nasz gnieźnieński dać mu go nie może?..
Po raz pierwszy usłyszawszy tę myśl tak zuchwałą ks. Petrek, nie mógł się powstrzymać i wykrzyknął.
— Anathema ściągnęlibyśmy na głowę pańską!.. Zamiast błogosławieństwa, Rzym cisnąłby klątwę... W prawa jego wdzierać się...
Opat Aron zlekka ramionami poruszył.
— Ja téż — dodał — nie jestem za tém... chociaż arcybiskup mógłby myśl tę popierać... Słowo to jest dziś a nie czyn jeszcze...
Ks. Petrek widocznie się uspokoić nie mógł, usta jego powtarzały ciągle — Anathema!..
Wyszedł opat Aron nie ciągnąc dłużéj rozmowy. Pisarz zamiast tego o co się kusił, przestrachu tylko i niepokoju zażył, z którego długo ochłonąć nie mógł.
Doniesienie o tém wszystkiém do Magdeburga stawało się niemal koniecznością.
Opat nie bez myśli groźbę tę rzucił w uszy niewiernemu słudze, wiedział dobrze, iż o niéj doniesie, a trzeba mu było może nastraszyć, aby z dwojga wybierając złego cesarz lub Rzym nie odmawiał korony. Złą czy dobrą była rachuba, zdało się i królowi i jego doradzcy, iż środka tego użyć mogli.
Gdy ks. Petrek dręczył się szukając sposobu porozumienia z arcybiskupem; swatanie Ody szło nieprzerwanie rozmaitemi drogami. Stara ochmistrzyni niemka, którą Ryksa sprowadziła, zjednaną była przez markgrafa, a że często z wnuczęciem chodziła do króla, który rad z nią żartował, ona téż na swój sposób stręczyła piękną Odę.
Stara ta Adelheida nie lękała się żartów pańskich, często mogących rumieniec wywołać, którego już na zżółkłej twarzy nie miała. Bolesław wnuka pieszcząc, dawał jéj prawić sobie co chciała. Obyczaj naówczas i na królewskich dworach więcéj do panów i poufaléj zbliżał prostych ludzi, niż późniejszemi czasy. Tak jak na Wschodzie, człowiek podlegał ślepo temu co miał władzę, lecz czuł się mu równym i nie tracił wobec niego odwagi.
Adelheida chwaliła królowi piękną markgrafównę, rozpowiadając o jéj wdziękach, które oku męzkiemu dostępne nie były, dodawała przy tém.
— Biedna dziewczyna, dla miłości waszéj miała wielką cześć i rozlubowała się w niéj. Co za dziw!... któraż niewiasta takiego panaby nie kochała...
— Stary dla niéj jestem — odparł król.
— Stary? tego oczy ludzkie nie widzą — mówiła Adelheida — niewiasty najlepiéj sądzą mężczyzn... Przecie Oda odjechała płacząc a mówiąc, że chyba umrze z tęsknoty za królem naszym.
— Mówiła to?
— Sto razy! — potwierdziła Adelheida — słyszeli wszyscy, nie taiła się z tém wcale. A co się tam łez wylało i leje... Miłościwy pan jużby litość nad nią mieć powinien...
Mówiła tak długo, i więcéj niż swaty Guncelina, niż namowy innych pochlebców ostrożne, wzruszyło króla to, że Oda piękna i młoda serce doń miała.
Począł myśleć — zagadnął opata, ten zmilczał znowu. Nie w smak mu były królewskie swaty, wybór mniéj jeszcze; lecz Bolesław wolę miał we wszystkiém upartą, a walczyć z nim mógł — on sam tylko. Każda inna walka próżną z nim była. Opat Aron modlił się o odwrócenie téj plagi, która domowi królewskiemu groziła. Oko jego widziało już sieci, które snuto dokoła, do rozerwania trudne, przybywało nowe ich pasmo z Odą, która niemiecki wpływ miała powiększyć. Bolesław nie chciał widzieć tego, a raczéj gardził niewiasty znaczeniem; namiętność go zaślepiała.
Sam powtórnie zagadnął Adelheidę o markgrafównę, łajać ją, że go kłamstwem karmiła, ale kobieta zaklęła się na wszystkie świętości, iż mówiła prawdę i że Oda z wielką była dla króla miłością.
Gdy w kilka dni potém opat się znalazł u króla znowu, oświadczył mu wprost Bolesław, że postanowił pojąć żonę i wybrał markgrafównę Odę.
— Miłościwy panie — odparł spokojnie duchowny — woli waszéj nikt nie śmie się sprzeciwić... lecz wierni słudzy twoi boleć będą nad nią.
— Boleć? dlaczego?.. — zawołał król porywając się z siedzenia.
— Nie mówię o młodości markgrafównéj — kończył Aron, ani o jéj zalotności... lecz z nią razem przybywają niemcy i stosunki z temi, którzy miłości waszéj dobrze życzyć i szczerymi druhami być nigdy nie mogą.
Bolesław pogardliwie się uśmiechnął.
— Niewieści wpływ strachu mi nie czyni — rzekł — pójdzie ona za mężem i zapomni swoich. Stanie się królową i pokocha kraj, który ją przysposobi.
Opat skłonił głowę. Król mówił wiele, nie wywołując już odpowiedzi; chciał przekonać i na swą stronę przeciągnąć opata, ale czuł, że tego dokazać nie potrafi.
Nazajutrz powołał Bolesław syna Mieszka, który już ze słychu wiedział o zamiarze ojca.
Ryksa zżymała się na samą myśl macochy Ody, z którą nigdy nie były w zgodzie. Mieszko téż obawiał się niewiasty dumnéj, chciwéj władzy, mogącéj owładnąć królem. Gdy stanął przed ojcem, odgadując już po co został wezwany, znać było z twarzy, iż się gotował na niemiłą nowinę.
— Tęskno mi samemu — odezwał się Bolesław — postanowiłem swaty posłać do markgrafa i Odę zaślubić. Nie masz się czego obawiać, bym cię dla młodszych dzieci, jeżeli je Bóg da, z praw twoich wyzuł. Dostaną działy, ciebiem przeznaczył do panowania... Oda być musi żoną moją, wyznaczyłem ciebie w poselstwie po nią.
Spojrzał na syna, który stał z głową spuszczoną, milczący.
— Wybierzesz orszak świetny i niezwłocznie wyruszysz w drogę z podarkami...
Mieszko milczał.
— Miłościwy królu — odezwał się widząc brew jego zmarszczoną — do nóg waszych upadnę prosząc, byś mnie uwolnił od tego... Jechać nie mogę...
Zwrócił się popędliwie Bolesław ku niemu z twarzą zaognioną.
— Kiedy ja rozkazuję?..
— Błagam cię...
— Śmiesz mi się opierać?..
— Nie mogę jechać — odezwał się Mieszko — czyń co chcesz ze mną, nie pojadę...
— Mów, dlaczego?
— Łacno to pojąć, macochy nie chcę, abym na Bezpryma nie wyszedł...
Straszne milczenie poprzedziło wybuch straszliwszy jeszcze. W pierwszéj chwili Bolesław rzucić się był niemal gotów na syna, ale się powstrzymał.
— Idź — rzekł — uchodź odemnie!.. jestem w gniewie... krwi własnéj mogę nie oszczędzić... Z oczów mi idź...
Nie mówiąc słowa Mieszko wyszedł, Bolesław pozostawszy sam, czasu potrzebował by ochłonąć.
Od dnia gdy Bezpryma do łaski przypuścił i codzień mu się nakazał pokazywać na dworze, dając mu poczet świetniejszy, mało z nim jednak obcował Bolesław. Widywał go zdala, zawsze z twarzą ponurą i wejrzeniem kosém, stroniącego od siebie. W gniewie na Mieszka Bezpryma przypomniał. Zawołał na komorników i kazał mu natychmiast się stawić przed sobą.
Było to tak nadzwyczajném, iż całe otoczenie króla przerażone zostało, ujrzawszy jak blady odszedł Mieszko i natychmiast po ustąpieniu jego kazano wołać zapomnianego.
Choć znaczniejszą część dnia Bezprym spędzał na łowach i włóczędze po okolicach, tego wieczora znajdował się w domu, gdy Gheza z twarzą rozjaśnioną nadbiegł dać mu znać, żeby natychmiast do króla spieszył, który nań czekał. Komornik z tém przybyły, który pode drzwiami królewskiemi podsłuchał z Mieszkiem rozmowy, szepnął staremu węgrowi, iż Mieszko naraził się ojcu i dlatego Bezpryma wzywano. Wiadomość tę na ucho udzielił mu wierny sługa i królewic odziawszy się prędko pobiegł z postanowieniem mocném korzystania z wypadku.
Gdy podjąwszy zasłonę we drzwiach stanął przed Bolesławem, znalazł go z gniewem i niecierpliwością na twarzy wyrytą. Zmierzył go okiem król.
— Słuchaj — rzekł wprost i nie tłumacząc mu się wcale — wyznaczyłem cię, abyś jechał w poselstwo i przywiózł mi markgrafównę Odę... Biorę ją za żonę. Dam rozkazy, aby ci poczet i podarki ze skarbcu wydzielono. Jedź jak syn królewski i ojcowskiego mienia nie żałuj... Nie wracaj bez dziewki... chcę ją mieć... Rozumiesz?..
Bezprymowi twarz się rozjaśniła.
— Co rozkazujesz, spełnię — odezwał się — kiedy mam ruszyć w drogę?
— Jutro — rzekł król. — Jedź spiesznie, wracaj prędko... Zapomnij, żeś był u mnie w niełasce, zyskasz tém serce moje.
— Miłościwy królu i ojcze — rzekł Bezprym żywo i wesoło — zrobię jako potrafię najlepiéj... Przywiozę markgrafównę...
— Wybieraj się w drogę! — przerwał Bolesław — w drogę!..
Wskazał mu drzwi i Bezprym uradowany wyszedł.
Od pierwszéj rozmowy z ks. Petrkiem widywali się i naradzali często; zrozumiał Bezprym, że poselstwo to dawało mu najlepszą zręczność zetknięcia się z niemcami i zawarcia umowy. Pisarz bolał ciągle, że pewnego nie mógł znaleźć człowieka, coby przewiózł listy jego. Bezprym sam teraz mógł je wziąć z sobą.
Skoczył więc do Ghezy, by mu wydać rozkazy, a sam niepostrzeżony poszedł szukać swojego wspólnika. Nierychło jednak wynaleźć mu się go udało wśród dworzan, między którymi chodził na połów jakichś wiadomości, wedle codziennego swojego zwyczaju.
— Ojcze mój — chwytając go odezwał się Bezprym. — Spotkało mnie raz w życiu szczęście. Zdaje się, że Mieszko odmówił ojcu jechać po markgrafównę Odę. Ja jestem w poselstwie wyznaczony. Jutro jadę.
Ręce z radości załamał Petrek, aż mu kości w stawach chrząsnęły.
— Możeż to być?
— Tak jest.
Wnet oddalili się od ludzi.
— Pisz listy — rzekł Bezprym — ja je powiozę i odprawię.
— Lepszym nad listy wszystkie ty sam jesteś miły panie — wołał ks. pisarz. — Nie mów im wszystkiego, ale daj do zrozumienia wiele, zaskarb sobie przyjaciół, zjednaj ludzi... Moje listy ukryj pilno... o wasz los chodzi... dziś jeszcze mieć je będziecie...
Ledwie tych słów domówił, gdy stary Sieciech i podskarbi króla Domorad Żeleziec przyszli szukając Bezpryma. Niespodziana łaska króla dla niego zdumiewała wszystkich, lecz posłuszni byli. Z nimi miał poseł królewski umówić się o wybór dworzan, konie i przygotowania niezwłoczne do drogi.
Zbliżyli się doń z ciekawością ludzi, co po raz pierwszy stykają się z odepchniętym, oniemiałym i pogardzonym, którego łaska pana nagle podniosła. Ponury i stroniący dotąd od wszystkich Bezprym nagle stał się nowym człowiekiem. Czuł się silnym i duma długo tłumiona odrazu objawiła się w wydanych śmiało rozkazach... Spojrzeli po sobie. Nie ustępował Mieszkowi i stanął przed nimi jak prawy syn królewski, który krew czuje w sobie. Tak łacno mu przychodziło wydawać rozkazy, jak gdyby nigdy nie przestał rozkazywać. Posępna twarz niemal była groźną, rysy przybrały podobieństwo do Bolesława, z jakąś barwą dzikości, któréj król nie miał nigdy. Gniewliwy był i zapamiętały, lecz coś szlachetnego i rycerskiego czuć w nim było nawet w chwilach roznamiętnienia; Bezprym miał w oku chciwość panowania i krwi razem... żądzę zemsty i okrucieństwo. Szczęście czyniło go strasznym.
Stary Sieciech w duszy uląkł się go, ujrzawszy po raz pierwszy rozpowitym z niewoli i przymusowego upokorzenia.
We dworze całym wiadomość o postanowieniu króla najrozmaitsze obudzała uczucia, niepomiernie cieszyli się jedni, rozpaczali niemal drudzy.
Ryksa żona Mieszkowa chodziła blada i milcząca. Przyszłość przewidywała groźną, lecz miała siłę spojrzéć jéj w oczy. Mieszko był przygnębiony, gniewny, a nie wiedział co czynić więcéj. Ufał że ojca przebłaga, i lękał się o siebie.
Niemiecki dwór i słudzy radowali się wielce, Adelheida przyznawała sobie część zasługi i obiecywała wiele od młodéj królowéj. Ks. Petrek pisał zamknięty i cieszył się powodzeniem podziemnéj roboty swojéj. Zdało mu się teraz, że sprawa Bezpryma już napół jest wygraną. Opat chodził zasmucony. Starzy słudzy króla i rycerstwo niewesołe mieli twarze. Młodzież cieszyła się młodéj królowéj, która wesele wnieść na dwór miała. Znali ją tu śmielsi z wejrzeń i szeptów, którym była rada do zbytku, a niejeden wiele sobie po łaskach jéj obiecywał.
Wieczora tego nigdzie nie było spoczynku, szeptano, chodzono, rozmawiano, wybierali się jedni do drogi, drudzy im pomagali.
Na podworcu Bezpryma, zwykle spokojném, gdzie tylko psy i sokoły gospodarowały a odartych garstka służalców, teraz ruch był i wrzawa jak nigdy, kręcili się komornicy i urzędnicy królewscy, znoszono juki i wory, szaty i oręż. Cała wiosenna noc upłynęła bez snu, na przygotowaniach. Bezprym kazał się stawić ludziom, co mu towarzyszyć mieli, sam ich opatrzył, aby wstydu nie miał, zbrakował kilku, rozporządził pochodem i okazał, że rozkazywać potrafi. Gheza chodził, a raczéj biegał jak upojony, dumny, uszczęśliwiony, a ile razy wrócił do królewica, ściskał go za nogi, szepcząc mu do ucha.
— Ty, sokole mój złoty, panować będziesz... nie on... nie ten... ty, tobie przeznaczono królować... a mnie tego doczekać... i umrzeć...
Nie tyle gniew króla co wybór Bezpryma zasmucił Ryksę i królewica. Był to już drugi znak łaski dla niego, obudzający obawę. Żałował nieledwie Mieszko, iż przemódz się nie zdołał, lecz teraz już było zapóźno. Sam on do tego zwycięztwa syna Judyty się przyczynił.
O świcie wszystko było gotowém. Bezpryma nie poznawali ludzie, tak go nowe zmieniły losy.
Ociągał się jeszcze z wyjazdem, bo nocą nadbiegłszy doń ks. pisarz objawił mu myśl, którą pisząc dopiero był uderzony. Dlaczegoby go Bezprym jako tłumacza i pomocnika nie miał z sobą wziąć i u króla prosić o to?..
Posłuszny Bezprym zgodził się i czekał z Bolesławem rozmowy.
W podwórcu czekała już na koniach ustawiona drużyna, doborna, świetna, z ludzi najokazalszych złożona; rżały konie, śmieli się wojacy. Wstał i król chcąc widzieć poczet jadący po narzeczoną, a w przedsieni znalazł opata, który niespokojem jakimś gnany, spieszył do niego.
Zbliżył się właśnie Bezprym do ucałowania ręki ojcowskiéj.
— Gotówem, miłościwy panie — odezwał się — lecz schowany byłem od ludzi daleko, na posła sam niebardzom przydatny, gdybyście mi ks. Petrka raczyli w pomoc dodać, śmielszybym był.
Jeszcze się król nie miał czasu odezwać z odpowiedzią, gdy opat Aron wtrącił.
— Właśnie mi jak prawa ręka jest potrzebny ks. protonotaryusz... Anibym go umiał kim zastąpić. Lecz jeźli miłościwy pan innego duchownego, równie mu pomocnym być mogącego, życzysz, znajdziemy go łatwo.
Król nie miał nic przeciwko temu. Bezprym pochwycony znienacka, nie wiedział jak postąpić.
— Z nieznajomym mi trudniéj będzie — rzekł cicho.
— Każdy usłuży wedle sumienia i obowiązku i będzie na wasze rozkazy — dodał opat.
Tak zamiast tego, który mu miał być pomocą, Bezprym niespodzianie otrzymał stróża i dozorcę, w osobie benedyktyna, którego natychmiast przywołano.
Zdala stojący i wyczekujący już skutku ks. Petrek zmięszał się, gdy mu po chwili znać dał nasadzony Harno, iż zamiast niego inny duchowny towarzyszyć miał Bezprymowi.
Oprócz niego dwu poważnych mężów, zaufanych z rady swéj, Leliwę i Sreniawę, dołączył król do orszaku dla dodania mu okazałości. Ci z sobą osobne brali orszaki. Bezprym zaledwie już miał czas pod jakimś pozorem zbiedz dla zabrania pisma ks. Petrka, który go zaklął, aby dodanemu duchownemu nie zwierzał się i nie zawierzał, i przed swoim orszakiem z niczém się nie wydawał.
Słońce już było podeszło na niebie, gdy wszyscy na konie siadłszy, przeciągnęli przed królem, pokłon mu składając. Orszak był prawdziwie dla panny młodéj dobrany, młódź najpiękniejsza, zbroje najświetniejsze, szaty od złota i barw jasnych, pióropusze u hełmów, błyszczące miecze, tarcze malowane, włócznie kute żelazem. Wodzowie w złotych łańcuchach, pasami sadzonemi przewiązani, czeladź nawet i służba królewska...
Gdy ruszyli z podwórców, gromady stały patrząc, okna pełne głów były i po nad drogą stały ciekawych kupy. Wiedziano już, dokąd i po co jechał Bezprym, który na czele po raz pierwszy jako królewic i wódz występował z powagą i dumą, jakiéj w nim nikt nigdy nie widział.
Stary Gheza wmodlił się do orszaku, trzymając na ręku ulubionego sokoła zakapturzonego.
Szły téż i psy, bo bez tych się w podróży nawet obejść Bezprymowi było trudno i konie powodne i ładowne wozy okryte suknem czerwoném. Dwóch trębaczy towarzyszyło pochodowi. W środku w czarnéj sukni jechał ojciec Wolfram, który miał czas od opata wziąć instrukcyę, aby na każdy krok królewicza był uważnym. Samo żądanie zabrania z sobą ks. Petrka podejrzenie w nim obudziło.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki lub następny wyraz (Oni) winien być małą literą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.