Boski policyjon

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Karol Mátyás
Tytuł Boski policyjon
Podtytuł Szkic z życia ludu w powiecie limanowskim w Galicyi
Pochodzenie Gazeta Lwowska nr 156
Data wyd. 1903
Druk Drukarnia Władysława Łozińskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



BOSKI POLICYJON.
Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 4px.svg
Szkic z życia ludu w powiecie limanowskim
w Galicyi.
Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 20px.svg
Napisał
Dr. Karol Mátyás.
Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 20px.svg




Jeszcze przed kilkudziesięciu laty w górach dawnego obwodu sądeckiego kwitło rozbójnictwo i złodziejstwo na wielką skalę. Całemi bandami chodzili zbóje i rabusie, tworzyli stowarzyszenia, schodzili się na narady, mieli swoich herśtów. W powiecie nowosądeckim wieś Trzetrzewina na ogromnej górze słynną była szeroko daleko z prawdziwych zbójów, którzy kryli się w załamach gór, po debrzach, a zobaczywszy przejeżdżającą furę, przechodzących podróżnych, wypadali z ukrycia z drągami, siekierami, nożami, a nawet fuzyami, zagradzali drogę, obdzierali ludzi, ogołacali ze wszystkiego i zabijali. Przyszło do tego, że przez Trzetrzewinę nikt w nocy nie jechał, chyba nieświadomy podróżny, który życiem za to płacił. Ba! i w dzień nieraz trudno było przejechać, bo zbóje rozzuchwaleni nie pytali, że słonko świeci, że ludzie naokoło patrzą, bo wiedzieli, że niejeden we wsi bałby się wydać groźnego, gotowego na wszystko rozbójnika.
W powiecie limanowskim podobno nie mordowano, ale rabowano, kradziono z całą bezczelnością i zuchwalstwem bezgranicznem. W dzień ukraść, wyprowadzić z obory parę koni, parę ciołków, nie znaczyło nic niepodobnego. Złodziej bezczelny ukradł i przyznawał się wobec drugich, że ukradł, opowiadał, jak ukradł.
W każdej prawie wsi było po kilku i kilkunastu takich złodziejów, najwięcej w Laskowej. Najgorszym był tam Grzywacz, potem Zelek w Jaworznej, w Sowlinach trzech niebezpiecznych Czachurów, jeden Sobula, bo mu było Sobek, drugi zwany Joskiem, a trzeci najgorszy Scyrbaty Cachura, ale już pono nie było nad Jędrzeja Kolawę w Łososinie górnej.
Ten Kolawa mieszkał w budzie dymnej z babą jak czarownica szpetną i złą na górze Czachurowej, zwanej także Słoneczną, na dłużyźnie przy Musiałowej granicy. Miejsce to nazwano potem na budzisku, gdy budy i Kolawy już nie stało. Szeroki stąd sięgał widok, miał Kolawa naokoło przegląd dobry, mógł zdala zobaczyć, co się święci, zdala spostrzedz nieprzyjaciela i zawczasu uciec w góry i lasy głębokie. A były w tych górach głębokie, przepaściste debrze, zapady, komysze, dziury ukryte, niedostępne — wyborne schronienie dla łotrzyków; a na górach były lasy, nie takie, jak teraz, powygryzane, poszarpane, nie takie pustacie, łysiny, jałowizny, ale bory, bory prawdziwe — wyborne schronienie dla łotrzyków.
Patrzał na nie nieraz ze swej budy Kolawa i z rozkoszą powtarzał:
— Ej góry, ej lasy wy moje!
A czasem śpiewał:

Góry nase, góry,
to nase kumory,
bukowe listecki
nase podusecki.

Kolawa w zuchwałych kradzieżach, w bezczelności nie miał sobie równego. Bali się go ludzie, jak ognia, ustępowali mu z drogi, oswoili się z jego złodziejskiem rzemiosłem, przygotowani byli zawsze na jego przybycie, pozwalali kraść.... A Kolawa kradł ziarno ze śpiklerzy, z chlewów wieprzki, wyprowadzał ze stajen bydło, konie ludzkie, jak swoje. Ludzie zgrzytali zębami, mruczeli, ale nie czynili nic przeciw rabusiowi, boby za to spalił, zabił....
— Niechta! przyjdzie i jemu na koniec!
Tymczasem Kolawie działo się dobrze, niczego mu nie brakło, miał mleko, chleb, piekł mięso.
Gdy raz któryś z wiejskich zuchów zeszedł się z nim w karczmie na Wesołej i po kilku kieliszkach wódki powiedział mu: A jabym ci się przecie nie dał“, Kolawa wstał z ławy, buchnął pięścią w stół, że pękł na dwoje, i zawołał groźnie, a chełpliwie:
— Jo jes boski policyjon! Jak ty zgrzysys, to Bóg nie przydzie do ciebie, zeby cie skorać, on mnie pośle, a jo cie ta skorze dobrze! Jo jes boski policyjon!
Od tego czasu nazywano go boskim policyjonem.
Nie wierzył w Boga, w nic....
Mawiał, gdy go kto straszył piekłem w przyszłem życiu za jego zbrodnie:
— Ty głupi, ty myślis, ze jes jakie piekło. Wis ty, kej jes piekło? Tu jes piekło, jak nimos co jeś, jak mos głód.
Do kościoła nigdy nie chodził, powiadał:
— Góry, lasy to mój kościół, a sękato loska, to mojo ksiąska do modlenio, a fuzyja, to mój rózaniec.
Siłę miał nadludzką. Rękami rozerwał bez wysiłku łańcuch najgrubszy, a w zębach zgryzł na piasek kieliszek gruby szklanny, jak to dawniej bywały po karczmach kieliszki okrągłe z grubemi na dwa palce dnami. A zły był strasznie, a jak zły był, to zaraz do bicia albo gryzienia, co miał pod ręką: drzewo, buch pięścią w drzewo, że się zaraz złamało, albo w obie ręce i na wierzch z korzeniami wyciągnął. A jak w karczmie był, to najczęściej łap za kieliszek i chrast w zębach na okruszyny. Ludzie patrząc wtedy na niego, ze zdumienia otwierali gęby i mrówki przechodziły im po plecach.
Był to czas pańszczyzny, były wtedy sądy dominikalne. Za kradzież jakąś zamknięto go we dworze Torosińskim[1] do lamusa. Pilnował go nieboszczyk Jasiek Kolawa a miał przykazane surowo dawać na lamus ciągłe baczenie, oka nie zmrużyć, na krok nie odchodzić, żeby więzień nie podkopał się i nie uciekł. Jasiek Kolawa okrutnie bał się, o własną skórę, chodził ciągle tam i nazad koło lamusa, nadsłuchiwał, czy się więzień rusza, a więzień słysząc jego kroki, tylko ściskał pięści, pomrukiwał lub zgrzytał zębami, że aż na świat słychać było. Wtedy Jasiek Kolawa trząsł się ze strachu, ale pilnował. Gdy więzień uciszył się, przykładał ucho do okienka w lamusie i słuchał, czy ptaszek jest, czy nie uciekł z klatki. Wtedy narwał śliwek i zbliżywszy się do okienka lamusa, zawołał:
— Jędrzeju! macie tu trochę śliwek, pożywcie się!
Więzień wziął śliwki, jadł, ale zgrzytać nie przestał, bo i stróż uspokojony, że mu ptaszek jeszcze nie uciekł, nie przestał chodzić koło lamusa.
Gdy po jakimś czasie Jędrzeja Kolawę wypuszczono z lamusa na świat Boży, na pierwsze powitanie rzucił się jak dziki zwierz na służbistego stróża, obalił go na ziemię i gnieść począł, aż słychać było trzeszczenie kości:
— Mos za te śliwki, coś mi dawał — mówił z wściekłością — jo się twoich śliwek nie prosiuł, ale jageś dawał, tom jod, a teroz ci za nie płace.
I byłby był nieszczęśliwego stróża zdusił, jak majowego chrząszcza, gdyby byli ludzie nie nadbiegli i nie obronili go z rąk strasznych.
Wówczas nie było sądów, jak dziś, sprawy sądzili mandatareuse, ludzi karali okrutnie, pakowali do lamusów, bili kijami i to nie byle jakimi, nie prętem, ani lozecką, ale kijem, co się nazywa kij. Taki mandatareus miał służących, tak jak policyantów, wszystko chłopy wielgie, silne, jak dęby. Jak taki smocol przyłożył kij do ciała, to niejeden po najmniejszej porcyji, to jest po dwudziestu pięciu bukach, spadł z ławy albo ledwo stanąć mógł na nogach.
A mówili temu, co go bili:
— Przyznasz się, czy się nie przyznasz? Powiedz, jak to było!
Jak się nie przyznał po dwudziestu pięciu kijach, to bili do pięćdziesięciu; gdy to nie odniosło skutku, do siedmdziesięciu pięciu.... aż do stu. To była najwyższa kara.
Jednego razu Jędrzeja Kolawę położono na ławie jako mocno podejrzanego o kradzież, bo i któżby mógł ukraść w biały dzień z obory ślicznego krasego ciołka, jak nie Kolawa. Dali Kolawie dwadzieścia pięć, dali pięćdziesiąt kijów, on nic.... dali jeszcze dwadzieścia pięć, to jest siedmdziesiąt pięć, aż strach pomyśleć, ile! Kolawa ani nie drgnął, a na zachętę bijących przyznaj sie!“, na wyrazy pozornej litości skoda cie!“ na słowa psiokrew! to cierp!“, nie odpowiedział nic, tylko zęby zaciął.
I znów go bito, aż wyliczono pełnych sto kijów.
Kolawa zwlókł się z ławy, próbował się wyprostować, lecz nie mógł, więc skurczony, ale pełen zuchwalstwa, zwrócił się do mandatareusa i rzekł:
— Pytaliście sie jej, cegoz wom nie odpowiedziała? Aleście wy głupi, bo trza sie było gęby pytać, toby wom moze była co pedziała.
Swoją drogą Kolawa ciołka ukradł, ale się nie przyznał i nic mu za to nie było. A ciołek Bóg wie gdzie już był, odprowadzono go zaraz do Starego Miasta[2] i sprzedano na jarmarku. Była już w tem głowa Kolawy i jego wspólników.


Przypisy

  1. W Łososinie górnej.
  2. Stary Sącz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Mátyás.