Boleszczyce/Tom I/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Boleszczyce
Podtytuł Powieść z czasów Bolesława Szczodrego
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1877
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
V.



Stary gródek w Jakuszowicach, który z dawnych wieków do Jastrzębców należał, za Bolesława jeszcze pozostał, jakim go wieki te ulepiły. Położony nad stromym rzeki brzegiem, u ujścia do niéj małego strumienia, który się po błotach rozlewał szeroko, stał na dosyć wysokim kopcu, tak wałami osłoniony, iż go za niemi widać prawie nie było. Na wałach prastarych czas miały porosnąć od strony grodu drzewa i krzewy, gęstą je zielonością okrywające. Jedna ścieżyna tylko stroma prowadziła pod górę ku wałom i bramie, a wrota osłonione były przekopami tak, że ich zrazu nikt nie mógł dojrzéć, bo zawróciwszy się dopiero między niemi, dochodziło się do ostrokołów i wrót zczerniałych...
Nie śmiał nikt od dawna na gródek się rzucić, ani pokusić o jego zdobycie, tak za warowny uchodził. Przetrwał on największe w kraju burze, nie potrzebując się ani przerabiać ni zmieniać. Za Ziemomysła pono starym go już zwano, a mieszkali tu zawsze ludzie z rodu Jastrzębców, jako w gnieździe swojém.
Z tego gniazda jednego potoczyło się Jastrzębich gniazd mnóstwo po wszystkich ziemiach, gdyż plemię było rozrodzone bardzo i płodne, tak że nieraz ztąd po dwunastu braci, synów jednego ojca, w świat wędrowało.
A zwali się Jastrzębiami, Kaniowami, Kudbrzynami, Kobuzami, różnie, jak gdzie ptak się ów nazywał co im dał miano, i od posiadłości téż pobrali nazwy mnogie, choć zawołanie ich najpospolitsze było, Kaniowa, gdy na wojnę wici szły i ludzie się ściągali. Żył tu jeszcze teraz dziad tych Boleszczyców Jastrzębców, którycheśmy na dworze królewskim widzieli, sta lat pono dochodząc. Pamiętał on pierwszych królów, przeżył wszystko co te ziemie widziały i, dziad oślepły, z ręki sobie jeszcze władzy wydrzeć nie dawał. Synowie jego, wnuki, prawnuki, z gródka tego się rozbiegali po świecie, szukając szczęścia z orężem w ręku, rozsiadając się nad brzegami Wisły, Warty, Odry, Bugu; odumierały go żony, których miał kilka, córki powyprawiał, krom jednéj owdowiałéj a bezdzietnéj, co mu nazad pod dach wróciła; i tak dożywał wieku swojego, nie dając się życiu złamać, choć mu ono oczy odjęło i sił nadszarpało.
Ślepego starca po za Jakuszowicami nikt nie widywał, bo za wały swe nigdy ani wyjeżdżał ani wychodził, ale kto go raz tu zobaczył, ten pamiętał zawsze. Mąż był silny i rozrosły, acz nie tak wielki i barczysty, jak tamtego wieku inni ludzie bywali, chudy, grubokościsty, z głową dużą i twarzą długą, na suchéj osadzoną szyi, z rękami wielkiemi i silnemi, choć nogi miał małe i garbate.
Twarz mu już była oddawna trupio pobladła, może od gniewów częstych, gdyż, jak wszyscy Jastrzębce, gniewał się łatwo i rozdrażniony do szału się dał dowieść.
Twarz tę zżółkłą posiekły mu marszczki i fałdy, jakby jedną siatką powlókłszy. Duże oczy siwe, zgasłe, zbielałe, trzymał otwarte jakby patrzał niemi, a były tak groźne i straszne, że ich wzroku, choć je wieczna noc oblokła, nikt wytrzymać nie mógł. Siwo-żółty włos obfity spadał mu na ramiona, a broda do pasa sięgała. Więc ją na dwa pasma rozgarniał, tak że jedno na lewo, drugie na prawo, zarzucał na ramię, gdy mu zawadzały.
Gdy szedł, choć nie widział nic, głowę i straszne oczy podnosił do góry, usta mu już się rozwierały mimowoli, marszczył się ciągle i postawę miał jakby z trumny wywołanego upiora.
Nosił się z prosta, latem i zimą w sukni z grubéj tkaniny, z szyją obnażoną, a koszuli nie znał nigdy, wedle prastarego obyczaju. Głos miał jeszcze potężny, choć piersi już zaklęsłe, a słuch taki że muchy brzęczenie chwytał zdaleka. Wzrok mu się tém opłacił, bo utraciwszy go, uszy sobie zaprawiał, aby mu zań starczyły. Z pod owéj sukmany staréj, gdy się rozpięła, widać było ciało porosłe jak u niedźwiedzia, włosy grubemi, gęstemi, które i ręce i twarz nawet niemal całą okrywały.
Lękali się starca wszyscy w domu, bo gniewny był, w gniewie zapamiętały, choć pod inny czas i dobrym być umiał bez miary. Gniewu zaś potrzebował jak chleba, a gdy doń powodu nie miał, to i jeść nie mógł. Gdy się rozżarł, nałajał, nasrożył, wykrzyczał, dopiero mu życie wracało.
Wzrok utraciwszy, miał zawsze pod ręką, gdyby oczy drugie, chłopca lat dziesięciu, który go wodził, patrzał zań, a mówił co mu kazano. Stary, rękę wyciągnąwszy, za długi, spuścisty kołnierz go trzymał, w drugim ręku kij mając. Tak zamek obchodził, gdzie mu oczów chłopca nie starczyło, sam ręką macając. A palce jego dotykając rozpoznawały nawet twarze, tak że człeka milczącego, dłonią mu powiódłszy po obliczu, nazywał. Pamięć miał zaś taką, że kogo raz widział, czyj głos posłyszał, zawsze sobie go przypomniał.
Cztery żony pochował stary Jastrząb, (a miał imię wspólne innym wielu z tego rodu, Odolaj). Czwartą bezdzietną stracił lat już mając siedemdziesiąt, i byłby się pewno z piątą ożenił jeszcze, gdyby go wkrótce nie raziła ślepota.
— Ślepemu się żenić — rzekł — szał jest, gdy i z czworgiem oczów baby upilnować trudno.
Naówczas to, córkę już niemłodą, owdowiałą Tytę wezwał do siebie, ażeby mu gospodarstwo trzymała. A choć ta lat przeszło pięćdziesiąt miała, jak małém dzieckiem nią pomiatał.
Mówiono o nim, że skarby wielkie trzymał po komorach, do których i teraz nikt oprócz niego nie chodził, ale skąpy był i dzieciom mało lub nic nie dawał. Najczęściéj wyprawę na drogę i oręż, aby sobie sami na życie i byt pracowali. Szerokie ziemie do Jakuszowic należące dużo mu dawały, on zaś sam żył jako parobcy jego, nie wiele potrzebując dla siebie, i gości téż rzadkich przyjmował tak jak sam był nawykł pić i jadać. Mimo ślepoty, w ręku u niego było wszystko, ludzie i klucze a wola; bezeń tu nikt kroku nie śmiał uczynić.
Za trzech żon, potomstwo Odolaja już może jakie sto głów liczyło z prawnukami i dziećmi prawnuków. Wszystko to było rozpierzchłe po świecie. Gdy na wielką jaką uroczystość zjechało z czołobitnością do starca całe to rodzeństwo, pomimo dobréj pamięci musiał mu się każdy wywodzić czyim był synem albo wnukiem, bo téj gromady już i stary policzyć nie mógł. A że imion w rodzie dużo podobnych się znajdowało, nie łacno było dojść którego Odolaja syn do pradziada Odolaja przybywał.
Na gródku u niego, choć czasu największego w kraju spokoju, taka była czujność, ład, straże jak gdyby wojna stała u progu. Załoga z wiosek się mieniała, chodziły stróże, wrota na dany znak z rogu zamykano, a rano otwierały się dopiero, gdy pastusi bydło na pole wypędzać mieli. U wrót zawsze ludzie stali i czuwali z oszczepami.
A że stary już sypiać dobrze nie mógł, dniem i nocą po zamczysku się włóczył, zwłaszcza, że dla niego noc wieczną była. Swój gród znał tak iż i bez chłopca, z kijem tylko mógł go obejść o każdéj porze, a trafił gdzie mu było potrzeba. Kudłate psisko, ogromne, bure, z oczyma żółtémi, strasznémi, nigdy go nie opuszczało. Stary ten przyjaciel zwał się Hyż, a Odolaj już cztery ich przeżył pokolenia. Nie szczekał Hyż ani warczał, gdy mu się co niepodobało, rzucał się odrazu nie puściwszy głosu, szarpał i dusił. Tylko gdy niepewnym był co ma czynić, zaburczał, aby wywołać rozkaz starego pana. Zbliżyć się znienacka do Odolaja było niepodobieństwem.
Stare dworce na zamku, lepione i podpierane od wieków, do szop były podobniejsze niż do ludzkich domostw. Odolaj budować się nie lubił i miał przesąd słowiański względem nowych domów, które zawsze ktoś musi życiem przypłacić, wedle podania. Stało więc co tam niegdyś wzniesiono i trzymało się jak mogło, a gdy wicher co obalił, podnoszono tylko zwaliska i klecono na nowo. Oprócz jednego kawała z bierwion grubych mocno pobudowanego przed laty, który się zwał Izbicą, reszta komor z gliny i chrustu połatana, nizka była i licha. Dużo téż dla starości w ziemię wsiadło, i zdala wyglądały zabudowania jak kupa grzybów co po deszczu wyrośnie, bo wysokie omszone dachy z dranic i słomy, do grzybowych czapek były podobne.
Nawet do Izbicy wchodzić było potrzeba jak do jamy, w głąb’, tak i ona zapadła się w ziemię.
Odolaj był już chrześcianinem, a nawet bardzo gorliwym i surowym, posty obchodził ściśle, duchownych szanował i obdarzał, ale z młodych czasów pozostało mu dużo pogańskich wspomnień i zwyczajów, których on od nowych nauk rozróżnić nie umiejąc, dziwacznie mięszał z niemi.
Wiara więc jego z dwojga niemal wiar połączonych się składała, a szczególniéj czarów i złych duchów obawiał się mocno, czego mu nie broniono, wierzył téż w zamawiania i uroki. Bajek o czarownikach, wiedźmach, latawicach, wilkołakach, lichu, psocie, plusze słuchać lubił i sam miał ich uzbierany zapas wielki. Znał się nawet na tém jak czar bywał rzucony i jak mógł być zdjęty. Stare baby posądzane o uroki niemiłosiernie chłostać kazał, szczególniéj gdy krowy mleko traciły, po czém zawsze udoje wracały obfite.
Czeladź trzymał w strasznéj surowości, i za przewinienia karał bez miłosierdzia, ale gdy się do kogo przywiązał, niepomiernie dlań był łaskaw i wiarę dawał do zbytku. Człek był, mimo zbliżającéj się lat setki (liku właściwie dobrze nikt nie wiedział), dosyć jeszcze krzepki, na umyśle rzeźwy i stare rzeczy pamiętający doskonale. Trzymał się pono tém, że się ciągle ruszał, bo we dnie rzadko się kiedy zdrzémnął, a nocą zbudziwszy się przytomność natychmiast miał całą i wiedział co się z nim działo. Gdy spał, Hyż i chłopiec siedzieli przy nim nieodstępnie i czuwali.
Wiosennego poranku właśnie Odolaj z chłopcem i Hyżem swój gród obchodzili wedle zwyczaju, a słońce przygrzewać zaczynało, gdy, zatrzymawszy się na wałach, stary ucha nastawił.
Wiatr wiał od dalekich borów, nic prócz niego słychać nie było, ale starego uszy daléj jakoś sięgały, bo ręką wskazując chłopcu w stronę, w którą się gościniec daleko ciągnął przez pola, kręcąc między łączkami i rolami, zapytał:
— Ty, słysz! co tam widać?
— Nic, miłościwy panie — rzekł chłopak.
— Ślepyś i ty, czy co! patrz na gościniec, trutniu, wyrap oczy!
Chłopak podniósł się na palcach, oczy szeroko otworzył i dojrzał kłąbka kurzawy.
— Nie widać nic, miły panie, ino się pył zwija po gościńcu od wiatru, albo bydło lub owce pędzą.
— Głupiś! — rzekł Odolaj — patrzno lepiéj, zobaczysz więcéj.
Hyż jakby téż mowę pańską rozumiał, stał zwrócony w tę stronę, uszy nastawił i nosem powietrze pociągał.
Nagle chłopię krzyknęło:
— Miłościwy panie, jezdni!
— Ilu ich?
Znowu tedy milczał dzieciak, a stary spuściwszy głowę, ucha nastawiał.
— Ślepiec z ciebie — rzekł — pięciu ich być musi, trutniu jakiś, mówię pięciu! Licz!
W istocie w dali już teraz rozeznać było można jeźdźców, z których dwu przodem jechało a trzech za niemi. Panowie i czeladź.
— Mów! — rzekł starzec. Tym słowem zwykł był puszczać wodze oczom swoim i chłopak powinien był zacząć opowiadać co widział. Chłopię poczęło.
— Przodem dwu na koniach, w zbroiczkach i hełmach, od których się świeci, czysto poodziewani, za niemi troje czeladzi. Konie u wszystkich tęgie, kłusują szybko, wprost na zamek.
Chłopak w ręce plasnął.
— A! panie — dodał — jeden z czeladzi na ręku sokoła trzyma.
— To nasi — mruknął stary — Jastrzęby jechać muszą.
W istocie garstka ta zbliżała się ku staremu zamczysku i coraz ją lepiéj rozeznać było można. Na dwu jadących przodem błyszczały zbroje, na koniach téż widać było świecideł dużo, wyglądali z pańska i czeladź odziana była dostatnio.
Gdy stary Odolaj przekonał się iż na zamek zawracali, zszedł z wałów i pospiesznie do izbicy powrócił, nie chcąc w podwórcu gościom zabiegać drogi.
Izba, w któréj siadywał, mało się różniła od wieśniaczéj, choć od zwykłéj świetlicy była większą. Od dymu ściany jéj drewniane całe się oblokły świecącą brunatną powłoką. W górze na belkach wisiały zioła różne, odpędzające uroki, służące dla zdrowia lub przyniesione dla woni. Bystrzejsze oko mogłoby było w ciemnych zakątkach za belkami dostrzedz pochowanych bałwanków, niezgrabnych, drewnianych, których wyrzucić precz nie miano odwagi.
W okół przy ścianach biegły wązkie i twarde ławy, a przy drzwiach tuż stało wiadro z wodą świeżą i czerpakiem. Półki grube po nad ławami poczepiane u góry, zastawione były całe naczyniem różném, w większéj części glinianém i drobném sprzętem, tak aby stary mógł ręką sięgnąwszy, dostać czego mu było potrzeba. W jednym rogu izby gdzie ława nie sięgała, miał barłóg swój Hyż, u samych drzwi sypialni pańskiéj.
Spał on po jednéj ich stronie, z drugiéj chłopiec, którego we dworze nazywano „Okiem“. Podłogi w izbie nie było, tylko tok gdzieniegdzie matą słomianą okryty.
Gdy stary usiadł na ławie za stołem, weszła za nim córka jego, ubrana w sukno sine, z białym namiotem na głowie, niewiasta krzepka jeszcze, ale raczéj na sługę niż na panią wyglądająca i pokorna bardzo...
— Goście słyszę jadą — odezwał się posłyszawszy ją idącą i po chodzie poznając, stary. — U nas strawa codzienna jaka tam?
— Kluski, kasza, kawał mięsa dla was, dla gości by co przyrzucić? — spytała Tyta.
— A oni co lepszego od nas! — zawołał stary. — Mogą jeść co i my, albo i nie jeść.
— Ha no! — stęknęła niewiasta — powiedzą, że nie mamy nic, dom obrzydzą...
— A! niech sobie gadają co chcą! — rzekł stary nakazująco — dla ludzi ja wolę być ubogim niż bogatym, dla krewnych jeszcze bardziéj. Każdyby darł z cudzego...
Tyta nic już nie mówiąc, starła stół, obejrzała się dokoła i wyszła powoli; z Odolajem nie można się było sprzeczać. Gdy rozkazał sprzeciwienia się nie ścierpiał.
Nastawił ucha bacznie Odolaj, twarz mu się stała posępną, widocznie gościom a swoim nie zbyt był rad, bo posądzał zawsze synów i wnuki, że od niego pożądać czegoś mogli.
— Przywieźć żaden nie przywiezie — mówił zawsze — a wziąć u starego radby każdy.
Od wrót, z koni zsiadłszy przybywali właśnie dwaj młodzi Boleszczyce, wnuki Odolajowe, Dobrogost i Ziema. Oba postroili się w odwiedziny, jak było we zwyczaju na dworze i rozglądali się ciekawie po gnieździe starém. Tyta czekała na nich u drzwi przed Izbicą.
Pokłonili się jéj, bo choć dobrze nie pamiętali, wiedzieli o niéj i domyślali się, kto była, zapytali czy wolno dziadowi do nóg się pokłonić oznajmując, że byli Mszczuja synowie, któremu ojcem był Mieszko syn Odolaja.
Popatrzywszy z ciekawością i radością, która się na jéj licu malowała, na pięknych chłopaków stara Tyta, dała im znak głową, aby szli za nią.
Odolaj już kroki ich usłyszał, zawczasu Hyża na barłóg wyprawił leżeć i nie ruszać się, sam czekał.
Weszli tedy na próg, chrześciańskim obyczajem chwaląc Chrystusa. Stary im odpowiedział, jak należało. Po chwili zapytał:
— Któż tam?
Tyta wzięła na siebie, aby ich wyręczyć w odpowiedzi.
— Dobrogost i Ziema.
— A którzy?
— Synowie Mszczuja.
— Którego?
— Mieszkowego — rzekł Dobrogost.
— No, Bóg z wami! — odezwał się stary chmurno i na ręku się podparł.
Przystąpili więc do nóg mu się skłonić i pocałować go w kolana.
— Jedziemy za rozkazaniem pańskiém mimo Jakuszowic — odezwał się Dobrogost — chcieliśmy miłości waszéj téż przypomnieć się i pokłonić. Rzadko służba pozwoli wczasu.
Staremu na wspomnienie króla czoło się namarszczyło straszliwie, a brwi siwe aż nawisły, drgnął i mruknął jakby łajał, ale nie można było zrozumieć co rzekł.
Młodzi przed nim stali.
— Was tam słyszę lik duży na dworze przy panu — rzekł — sześciu czy dziewięciu czy więcéj Jastrzębi. Was tam jak niewolników zwą Boleszczycami. Cóżeście się to mu z kośćmi i mięsem zaprzedali!
Spoglądając po sobie milczeli przybyli. Ziema jako młodszy, nie myślał nawet odpowiadać.
— Jest nas na dworze pańskim — rzekł Dobrogost — naszego zawołania i rodu kilkunastu. A cośmy my winni, że nas przezwano Boleszczycami! Nie jednych nas tak zwą, jest i Śreniawów dosyć i Drużynów kilku. Ludzie zazdrosni zwą nas tak, bo wiernie panu służymy i miłość królewską mamy. Nie przetośmy niewolnikami.
Stary znowu coś mruknął jakby sam do siebie gniewnie, sparł się na ręku, siedział i usta mu się ruszały.
Podniósł potém rękę zwolna, grożąc i począł:
— Ej, źle z wami młokosy, ej! źle! Do wojny królowi służyć, to powinność ziemiańska, a koło mis i kubków nie nasza sprawa.
Mruczał sam do siebie niewyraźnie, a ze szmeru tego zwolna dobywały się wyrazy i głośniéj już ciągnął daléj, jakby zapomniawszy, że ich miał przed sobą.
— Hę! co! Boleszczycami was zwą! Boleszczycami! Wiernie panu służycie, ha? nawet gdy waszym braciom łby ucina? hę? Jak niema kochać i odziewać i karmić! A co będzie jak tego pana nie stanie i do swoich przyjdzie powracać? hę? co poczniecie! Boleszczyce?
Znowu mowa wyraźna zmieniła się w szeptanie gniewne, do którego stary w samotności był nawykłym.
— Przystąpić tu! — zawołał do nich.
Zbliżył się starszy Dobrogost.
Starzec podniósł do góry ręce obie i zwolna powiódł niemi naprzód po twarzy, potém po zbroi, po pasie, aż do nóg, na ostatek dość silnie popchnął go precz od siebie.
— E! zgagi! — zawołał. — A zkądże to wam ubogim, te drogie zbroje, te sadzone pasy i te suknie miękkie i łańcuchy? Ojciec w siermiędze chodzi, z domu wam nie dał nic, chyba kawał zardzewiałéj blachy i mieczyk lichy? Na wojnę małoście chodzili, zkądże te ubiory?
Dobrogost się namyślał trochę, lecz rzekł odważnie.
— Król pan nasz miłościwy darzy nas, od pana przyjąć ani grzech ani wstyd.
Starzec się rozśmiał szydersko i splunął.
— Bo wy mu do rozpusty służycie! trutnie jakieś! — krzyknął — służycie mu jak psy, to wam obróże sprawia.
Zmięszali się obaj młodzi Boleszczyce, a Odolaj siedział mrucząc po swojemu i ręką w stół czasem uderzając. Za każdą razą Hyż głowę podnosił.
— Ej! wy! — rzekł nagle — śmierdzicie mi! zdala odemnie stać!
Oba się tedy do progu musieli oddalić posłuszni, ale krew się w nich burzyła, patrzali na się, pytając oczyma po co się im do Jakuszowic zachciało. Preczby byli szli i jechali zaraz nazad, ale szanując głowę rodu, oddalić się tak nie mogli, bez rozkazania.
Stary wyczekawszy z mruczenia do siebie począł znów głośniéj:
— Cóż tam ten miłościwy pan? co? króluje, panuje nad żonkami cudzemi! z rycerstwem się zadarł, ziemiany gardzi, biskupem pomiata, a z hołotą i czernią w wielkiéj miłości żyje! Miłościwy pan... a komu miłościw? nie nam!
Dobrogost zebrał się na odwagę, by króla swego bronić, choć dobrze wiedział, iż stary się zagniewa.
— Miłościwy panie a ojcze — rzekł — ja tam nie znam wiele, ale z rycerstwem tém inaczéj nie mogło być, gdy mu ono posłuszeństwo wypowiedziawszy zbiegło z Kijowa, samego pana niemal zostawiając. Ziemianie téż mu nie życzliwsi jak byli Mieszkowi i Kaźmierzowi, którego wygnali. Król na nich za dziada się mści i za ojca. Biskup z niemi trzyma. Ludu ubogiego król miłościwy broni, bo bez niegoby panować komu nie miał, a głódby nastał na te ziemie.
— A milczże ty, gołowąsie jakiś! — krzyknął stary Odolaj kijem bijąc o ziemię — a milczże! Ty mnie tu będziesz uczył rozumu! Dobry pan, a żonę Mścisławowi jak wziął? Mało mu swojéj?
Oba stojący u drzwi zamilkli.
— Nie nam go sądzić! — rzekł Dobrogost.
— Ale ja stary sądzić go mam prawo! — zawołał Odolaj — ja i Mieszka pierwszego i Bolka Wielkiego, co jak słońce jasny był, i wszystkich ich pomnę, żadnego takiego nie było jak ten. Jeszcze mu z dziewcząt i żon naszych daninę przyjdzie słać, jak smokowi pod Wawelem? a wy mu do tego służycie, sromotnicy!!
Warczał tak starzec długo, młodzi stali słuchając i nie wiedząc co z sobą poczynać mieli. Tyta się dawno wysunęła, widząc na co się zanosi. Widać ją było, jak po za drzwiami przysłuchując się, niespokojnie chodziła. Odolaj łajał i srożył się. Nagle zamilkł, ucha nastawił, jak gdyby odpowiedzi czekał, ale już nawet Dobrogost nie śmiał się odzywać.
— Dobrze, żeście do Jakuszowic zajechali — rzekł w końcu — dawnom ja za któremi z was słać chciał... Wróciwszy na dwór powiecie swoim wszystkim Jastrzębiom ile ich tam jest, że ja ich za ród mój i krew moją znać nie chcę, póki w tym kale zostaną. Na wojnę idźcie, niech was i pozabijają, jest dzieci dość, narodzi się ich jeszcze więcéj, ród nie przepadnie, a po barłogach dworskich się wylegać, wara!
Potrząsł swoją siermięgą.
— Jak ja grube sukno nosić, bławatów nie tykać, gruby chleb żréć, to wasza powinność i służba. Postroili was na pośmiewisko, jak królewską kobyłę, która słyszę téż w złotogłowie chodzi. Zrobili z was czeladź nie drużynę. Ej! Śmierdzicie mi, śmierdzicie, Boleszczyce!
Dobrogost widząc go tak niełaskawym i miarkując, że już nic do stracenia nie mieli, znów się ośmielił odezwać.
— Miłościwy ojcze, króla opuścić gdy mocen i szczęśliwy, toć się godzi na rozkazanie ojca, a no, gdy go wszyscy odchodzą.
— Chłystek mnie rozumu będzie uczył! — warknął stary. — Trutniu jakiś, zgago przeklęta! Twoja sprawa słuchać starszego, nie z ojcem iść ząb za ząb...
Rzucił się aż Odolaj; młodzi oba usty zawarłszy, stali.
— Mówię wam! do domu wszyscy! na cztéry wiatry... ażeby was tam nie było. Nie, to ja was nie znam. Śmierdzicie mi Boleszczyce, Boleszczyce nie moja krew. Com rzekł to musi być, a nie posłuchacie, toście jego nie moi, prawi Boleszczyce a nie Jastrzębie. Sukmany włożyć, zbroję prostą, i na rubieże gdzie się tłuką, nie na zamku gdzie z cudzemi żonkami skaczą...
Gniewał się stary, lecz że już odpowiedzi nie było, powoli uspokajać się zaczął. Mruczenie zeszło na szept, marszczki zwolna się rozciągnęły, posiedział milczący, westchnął i już głosem innym zapytał:
— Po co i dokąd was posłano?
Naturę miał taką iż gdy mu nie odpowiadano i nie przeciwiono się a dano wysierdzić, stawał się coraz łaskawszym i niekiedy nawet za gniew słodkiem słowem płacił.
Dobrogost i Ziema, którym z tyłu Tyta szepnęła słowo, stali teraz pokorni i niemi. Na ostatnie pytanie odpowiedział starszy, że daniny zaległe kazano im tu i owdzie zakazywać, bo ich wiele do skarbu nie poodwożono, a król obficie rzucając złotem, dużo téż go potrzebował. Posługa ta nic w sobie nie miała upokarzającego, Stary téż nie rzekł już nic, pomruczał coś sam do siebie i spytał:
— Głodniście może?
Dali na to odpowiedź obojętną.
— A juści was Tyta ztąd nie puści nienakarmionych — rzekł łagodniéj, a chłopca posłał téż aby konie napasiono.
Natychmiast Tyta strawę podawać kazała, prostą, taką jaką dla wszystkich zgotowaną mieli. Przyniosły ją dziewki na misach glinianych, z łyżkami drewnianemi i na stole postawiły.
Kazano chłopcom siadać i jeść, co téż dopełnili z ochotą, radzi, że się łajanie i gniewy skończyły. Stary o ten sam stół oparty, głosem już znacznie zmienionym, spokojniejszym, rozpoczął wypytywać o dwór i króla.
Dobrogost, który jak wszyscy Boleszczyce, przywiązany doń był, źle mówić nie mógł.
— Pan dla nas jest dobry — odezwał się — o lepszego trudno, dla swéj drużyny nic nie żałuje, ale nieposłuszeństwa w nikim nie ścierpi, buty nie zniesie od nikogo, choćby jak on królem był.
— Takim ci on był od początku — zawołał Odolaj. — Pamiętają jak owemu kniaziowi co go prosił żeby naprzeciw niego wyjechał, za każdy krok koński płacić sobie kazał, a potém na śmiech za brodę go wziąwszy, jak na urągowisko w twarz całował.
Młodzi co o téj przygodzie nie raz słyszeli, śmiać się zaczęli.
— Nie lepiéj się i z Węgrzynem obchodził, mówił Odolaj — bo go na tronie posadziwszy, jak we własnym domu chciał się rządzić w jego królestwie.
— To nic, to nic — dodał stary — a no mu od duchownych wara! Królowie zniosą, oni, nie!
Milczeli młodzi.
— Już się z biskupem zadziera! — mówił ciągle Odolaj — z biskupem? Biskup Stanko tu u nas ojczycem jest w Krakowskiém, pójdą za nim wszyscy! Człowiek to od króla pewnie mądrzejszy, umarłych z grobu wywodzi! Niechno patrzy, aby mu słowem śmierci nie zadał. Biskup to taki co gdyby czarnéj sukni nie nosił, do pancerzaby się zdał. Nie zlęknie się go i nie ustąpi kroku.
Mówiąc to starzec coraz się uspokajał, łagodniał i już nawet uśmiechać się poczynał, sierdzistość mu przeszła, jeść zapragnął, chleb łamał i chciwie go pożerał w soli maczając.
Potém miodu kubek podać sobie kazał i popijał powoli.
Młodzi zjadłszy i pokłoniwszy się chcieli korzystając z dobréj chwili, do odjazdu się zabierać gdy Tyta wbiegła do izby i znać dała Odolajowi, że kilku jakichś ziemian na zamek jechało. Ktoby był powiedzieć nie umiała.
— Ty, młodszy, jak cię zowią! Ziema? — zawołał stary — ty, służko królewski, posłużno dziadowi, a żywo. Idź mi zobacz co za jedni i daj wiedzieć tu wprzód nim zsiądą.
Oczy masz, a ludzi znać musisz, choć ci co do mnie jeżdżą, na dworze bywać nie zwykli.
Natychmiast Ziema, słuchając rozkazu, poskoczył ku drzwiom i zniknął. Ruchem jego zaniepokojony stary Hyż, rzucił się na barłogu, jakby chciał za nim pogonić. Stary usłyszawszy poruszenie jego, odgadł co pies myślał, znając jego naturę, krzyknął nań i leżeć mu przykazał. Psisko z niechęcią na pościel wróciło, zakręciło się na niéj razy parę i legło skarżąc się i stękając.
Po chwili, skoro się uwinąwszy, Ziema wrócił oznajmując Leliwę, Kruka i Brzechwę.
Usłyszawszy o nich, stary się pogładził po głowie i czekał. Tuż za nim i oznajmieni na próg weszli, lecz dwu Boleszczyców zobaczywszy, których i z twarzy i po stroju poznali zaraz jako królewską drużynę, nachmurzyli się, popatrzali na się i przystąpili z witaniem chłodno jakoś a milcząco.
Stary Jastrząb wiedział dobrze, iż do niego nikt w gościnę nie przybywał nadaremnie, dla zabawy. Przyjeżdżali tylko ci co albo obowiązek mieli lub potrzebę.
Wysłuchawszy pozdrowienia, posłał po miód, gości posadził, czekając co mu téż powiedzą.
Ci spoglądając z ukosa na Dobrogosta i Ziemę milczeli długo, prawili rzeczy obojętne, jako na łąkach trawa rosła i zboże się podnosiło; gdzie zwierza było więcéj, a zkąd go wypłoszyły wilki.
Stary czekał, zgadł czy nie co im usta zamykało, a po chwili Dobrogostowi rzekł, aby z bratem szedł opatrzéć stadninę i tegoroczną młodzież.
Radzi wielce wysunęli się dwaj Boleszczyce.
Nasłuchiwał Odolaj za krokami odchodzących, aż gdy posłyszał że odeszli za węgieł Izbicy, odezwał się:
— A co was, miłościwi moi, sprowadza? Jać to wiem dobrze, że do mnie ani moje kluski proste, ani miód twardy, gościa nie ściągną. Chcecie pewno czego odemnie, a przy tych gołowąsach mówić nie raźno było, bo to królewskie służki.
— A no, tak — rzekł Leliwa — przy młodych o to zagadnąć nie można było. Wy jesteście głową rodu, waszych tam Jastrzębi przy królu mnogo, wszyscy ci Boleszczyce u boku mu stoją, podpierają go, służą... Przez nich on silny. Przyszedł ten czas, że go wszystkim odstąpić będzie trzeba, niechajże i wasi idą precz, niech go porzucą... Macie prawo im rzec, żeby tam ich noga nie postała. Nie trzeba wam mówić co się dzieje, król z biskupem wojuje i z kościołem, kto z nim będzie trzymał, ten ani na próg do kościoła, ani do kapłana przystępu mieć nie będzie. Czas żeby wasze wnuki pamiętali zkąd wyszli i odstąpili go wraz z nami...
Odolaj brodę gładził.
— Jak po to jechaliście, to nie było z czém jechać — rzekł spokojnie — ja właśnie im głowę zmyłem i dałem rozkazanie, aby mi wszyscy natychmiast precz ze dwora szli...
— Sprawiedliwie! — pochwalił Leliwa. — Król się nam sprzeniewierzył, ani obyczaju już znać nie chce, ani miary w niczém. Dziewki i żony ziemianom porywa, a mężów i ojców do ciemnicy sadzi. Biskupom grozi, rycerstwo swe katuje, czerń mu tylko miła... Niechże mu ci służą, których kocha, a my jako jeden idźmy precz... idźmy precz!
— Idźmy! idźmy! — powtórzyli za nim drudzy.
Kruk dodał.
— Kiedy o nas nie myślą, trzeba nam myśleć o sobie.
A Brzechwa rzekł.
— Łatwiéj nam będzie o pana, niż jemu o królestwo. Szanowała go Ruś i Węgry, bośmy my za nim stali, nie stanie nas, zobaczy czy mu kto da w pomoc by jednego człeka. Niech probuje.
Odolaj milczał, wąsami potrząsając, gładząc głowę.
— Tylkom co jak psów łajał wnuki, że z nim trzymają. Kazałem im ze dworu precz iść. Teraz wam, miłościwi moi, pora prawdę rzec. O pana téż nie łacno! Z orężem rznąć, palić i lud nam wyprowadzać przyjdą i Czechy i Ruś i Ugry i Niemcy, jak zobaczą, że gospodarza niema, a ziemie stoją otworem. Szarpać po kawałku będą radzi! Czemu nie! O króla nowego coby z nami wyrósł i do nas przyrósł nie łatwo! hę! hę! Choćby on jaki był, swój jest.
Leliwa, Brzechwa i Kruk głowami potrząsając milczeli, jakoś im to w smak nie szło, a nie wiedzieli czém zbijać starego, bo i to prawdą było. Pamiętali wszyscy wygnanie Kaźmirzowe, Masławowskie czasy i co naówczas wszystkie ucierpiały ziemie, a wiara chrześciańska.
Starzec milczał téż jakiś czas odpowiedzi czekając, a potém począł zwolna:
— Co mnie staremu grzybowi do was i do spraw waszych, blizko mi setki. Nie widać ino jak sowa przyleci, na dachu usiędzie i zawoła: Do mogiły! do mogiły! Tymczasem moje Jakuszowice nie z brzegu, zamek się i w burzę ostoi. Mnie zawierucha nie straszna, a no innym!!
Ważcie dobrze, w palce trącajcie, co lepiéj.
— I to prawda — mówił Leliwa — uchowaj nas Boże od tego byśmy bez pana zostali! A tak jak jest téż nie może być. Dopóki duchowieństwa nie tknął, choć nam głowę z karku zdejmował, co poczynać było! Cierpieliśmy, milczeli. Nie dość mu nas, z panem Bogiem i sługami jego wojny mu się zachciało. Biskupi mu są równi, tak namaszczeni jako on, a Rzym nad nim, przeciw nich się nie ostoi.
Drudzy téż potwierdzali: Nie ostoi się.
Odolaj nic nie odpowiadał, po długiéj chwili oczekiwania dopiero począł sparłszy się na dłoni jakby sam do siebie:
— Krew ci to nasza! bujna! Wojak jest! Jak nie wojuje za domem, doma mu wojny trzeba. Gdyby się z kim miał tłuc zarazby to wszystko ustało. Cała bieda, wojny niema; znajdzijcie mu swar jaki, zadrzyjcie się na granicy, nie, to wam baby pozabiera, a biskupom czapki z głowy pozdziera. Taka krew! taka krew! I zaraz mu swawola w głowie, a no i Bolko stary, na kobiety był łasy... Ten od mężów, a tamten i z klasztorów Panu Bogu odbierał! Taka krew...
— Co bo mówicie! bronicie go! — począł zgorszony Brzechwa. — Wy stary, a czy to się godzi? Patrzcie co się dzieje. Mścisławowi nie dosyć, że żonkę porwał, jego jeszcze do ciemnicy posadził, że się na zamku śmiał pokazać. Mówią że go stracić mają.
— Do takich spraw — dodał Leliwa — Jastrzębiom służyć się nie godzi. Każcie im iść precz. Kto wie? Gdy i oni i drudzy, a wszyscy go rzuci[1] służbę mu wypowiadając, opamiętać się może.
— Albo chłopów zwoławszy łby im poucina — rzekł stary Odolaj — zawsze to lepiéj, niż opaskudzone nosić na karku... A! no!
Przyniesiono miód ów, o którym zapowiedź była, że twardy miał być, w istocie chmielem był mocno zaprawny, gęsty i czarny jak smoła, pili go jednak wszyscy, rozprawiali znowu, a stary, przypomniawszy wnuki, które do stada wyprawił chłopcu ich do siebie pozwać kazał.
Stali już oni, czekając na to pode drzwiami i stawili się natychmiast.
Wobec Leliwy, Kruka i Brzechwy, innym już głosem, starzec im rzekł poważnie a surowo:
— Czas wam w drogę, jedźcie z Bogiem... Mówiłem czego po was żądam. Precz ze dworu ustąpić macie, albo mi się w Jakuszowicach ani pokazać więcéj, ani nawet na pogrzeb mój.
— A teraz w drogę.
Dobrogost i Ziema przyszli do kolan i do ręki, stary ich pobłogosławił i powtórzył:
— Wszystkim Jastrzębiom to zanieście, taka wola moja.
Wyszedłszy z Izbicy, młodzi Boleszczyce, do Tyty jeszcze się szli żegnać, która ich w milczeniu uścisnęła. Cały dwór żeński, mężczyzn też, parobków i czeladzi dużo, wybiegli na tych wnuków starego pana, tak pięknych, młodych, ślicznie strojnych i zbrojnych popatrzéć. Z czeladzi zamkniętéj na smutném zamczysku, nie jedenby był chętnie się do nich przyłączył, bo na ich pachołkach widać było dostatek i swobodę jakiej zażywali. Odprowadzano ich tłumnie do bramy, patrzano za niemi długo, tęsknie, gdy się oddalali.
Milczący jechali czas jakiś, spoglądając na się a głowami potrząsając. Dopiero gdy w las wjechali rzekł Dobrogost:
— Cóż poczniemy? Źle się z panem naszym dzieje! Wszyscy już przeciwko niemu. Choćbyśmy ja i ty starego posłuchali, czyby nam dali wiarę: Borzywój, Zbilut, Odolaj, Andrek? albo i drudzy? Zechce się to im iść ode dworu? Dokąd? Na ojcowiźnie niema co robić, nas dużo, co my poczniemy?
Ziema na to rzekł:
— Albo ja wiem! Co stary mówił, to im odnieść musimy, a radzić będą wszyscy, i co wszyscy zrobią to i my...
— Pan dobry! — zakończył Ziema.
— Dobry on dla nas — westchnąwszy rzekł Dobrogost — a no dla siebie zły... Mało i tak wrogów miał, żeby ich jeszcze robić sobie? Teraz kto popędliwego pana z biskupem pogodzi? Zawre wojna w domu... zawre. Bieda jemu, bieda nam, bieda!
Posmutnieli Boleszczyce.
— E! — mówił daléj pierwszy — zażyliśmy dobrego czasu z nim, musiemy i złe przetrwać. Jak go tu rzucić i jemu się sprzeniewierzyć, gdy wszyscy odstępują! I pies przecie rannego na polu bitwy nie odstąpi...
Ziema potwierdzał skinieniem.
— Źle jest bardzo z nami — rzekł cicho — gorzéj niż wy myślicie. Mam na zamku starego księdza, który łaskaw jest na mnie, straszne rzeczy mówi.
— Co? — zapytał przysuwając się Dobrogost.
Ziema zadrżał, oczy spuścił, jakby się obawiał nawet wyjawić co usłyszał.
— Król niedawno rozgniewawszy się, biskupowi z zamku precz iść kazał, z ks. Stankiem nie dobra sprawa! odgraża się nań słyszę, że go w kościele kląć będzie i na próg domu Bożego nie wpuści. Staruszek ksiądz, gdy mówi o tém, łzami się zalewa... Ściskał mnie zaklinając, abym i ja i moi precz od króla szli, bo z nim dusze pogubiemy. Gdy go wyklną, ktokolwiek z nim trzymać będzie, wyklęty zostanie, na próg go do kościoła nie puszczą, wolno zabić kto zechce... Za to kary niema.
Dobrogost wstrząsł się cały.
— To nie może być, aby się ważył na króla!
— Biskup? — odparł Ziema — ależ on nad sobą nikogo niema tylko papieża w Rzymie i nie lęka się nikogo.
— Nie może być! — wołał Dobrogost.
— Gdy króla wyklną, innego na tronie posadzą — mówił Ziema. Pewnie go już biskup i ziemianie opatrzyli.
— Nie! nie! — gwałtownie dodał starszy — nie może to być! Król! onby śmiał porwać się na niego! Nie znają króla.
— Ale wyklętego wszyscy opuścić muszą — rzekł Ziema — tak mi mówił ksiądz... Cóż poradzi sam?
Zadumał się Dobrogost, a młodszy ciągnął daléj.
— Gdy go wyklną, na głowie wyklętéj już korony nosić nie będzie mógł, słuchać go nie zechce nikt. Wezmą Swiatawy syna lub męża, bo się słyszę już i na to zmawiają.
Dobrogostowi brwi się ściągnęły.
—I toś już słyszał! Dobre dzieją się rzeczy, a no i nasz pan nie śpi! Ale trzeba, aby o tém wiedział.
Uląkł się Ziema i przyskoczył do brata.
— Czyń sobie jako chcesz, ale mnie w to nie ciągnij! Ja na nikogo świadczyć nie chcę!
Ruszył na to Dobrogost ramionami.
— Prawdę rzec — dodał — nie nasza to sprawa, ja téż palców między drzwi kłaść nie myślę; ale z sobą się naradzić trzeba co poczynać, bo już nie igraszki to są. O króla idzie i o naszą skórę. Z ziemiany i rycerstwem jeszczeby się pan połagodził, a z biskupem trudno. Człek to jest żelazny. Wiecie jako do Brzeźnicy raz jechał, aby tam kościół święcił, a w progu domu u Janka z Brzeźnicy co Panu Bogu wystawił kościół, znalazłszy go nie wedle prawa żyjącego z niewiastą, z którą ślubu nie brał przed księdzem, pod jego dachem nawet nocować nie chciał. W słotę na łące bez namiotu całą noc spędził, aż Janko go musiał nazajutrz w nogi całując przepraszać, o ślub prosić i pokutę; dopiero się dał przebłagać i kościół mu poświęcił. Wszyscy owi ze Szczepanowa i ojciec jego Wielisław i dziad ludzie twardzi byli jako on. Król téż kamienny jest, gdy się z sobą zetrą Bóg jeden wie co będzie. A stanie kto między niemi, najpewniéj go zgniotą.
Rozmawiali tak całą drogę aż do noclegu, oba zasmuceni i chmurni: ciążyło im dziadowskie przykazanie i groźby, a miłość do króla łatwo się go wyrzec nie pozwalała. Ze starym Odolajem nie było żartu, króla téż obraziwszy, nie można się było spodziewać przebaczenia. Sami nie wiedzieli jak radzić i co czynić, lecz na to był brat starszy i drudzy Boleszczyce, by coś postanowili. Nazajutrz, trapiąc się myślami całą drogę, do Krakowa się zbliżyli.
Gdy się Wisła i Wawel ukazał z dala, westchnął Dobrogost wspominając na dobre i wesołe dni jakie tu przeżyli i na to co się gotowało dla grodu tego i ziemi. Wjechali na zamek smutni, a czeladzi konie zdawszy, Dobrogost, który długo nic w sobie trzymać nie lubił, pospieszył do izb które zajmowała drużyna, chcąc zaraz swoich zwołać i niezwłocznie radzić nad tém, co wieźli z sobą.
Zobaczywszy ich z powrotem, bracia i bratanki, wszystek ród, którego przy królu było wiele, gdyż jeden cześnikiem, drugi przy komorze, trzeci przy skarbcu był postawiony, a w drużynie téż znajdowało się nie mało; poczęli się gromadzić do przybyłych, chcąc się dowiedzieć czy gdzie u swoich nie byli, i co z sobą nieśli. Było bowiem zwyczajem Jastrzębi, że na swobodę się wyrwawszy, zawsze do gniazd swych, do Jakuszowic, Zborowa i innych dworów zaglądali.
Otaczać ich wszyscy poczęli kołem i pytaniami zarzucać wesoło, ale spostrzegli wnet po Dobrogosta twarzy, iż z niedobrą jakąś wieścią powracał. Do nadchodzącego Zbiluta zawołał niecierpliwie.
— W Jakuszowicach byliśmy, u starego Odolaja, mamy od niego nakaz i polecenie, niechaj się wszyscy nasi zejdą.
Na ten głos natychmiast gromadzić się zaczęli gdzie jeszcze który był, aby dziadowskie usłyszeć słowo. Tymczasem napierano daremnie Ziemę i jego aby mówili, młodszy to na starszego zdawał, a Dobrogost póty się odzywać nie chciał, ażby wszyscy swoi się ściągnęli.
— A cóż ze starym się dzieje? — poczęli żartować niektórzy, czy się jeszcze raz nie ożenił? Zawszeli z Hyżem chodzi i Okiem, a łaje i bezcześci?
— Toć was musiał obficie obdarzyć! — zaśmiał się inny, bo to wiadoma rzecz, iż szczodry jest wielce, gdy w skórę bić każe...
— Dałże wam choć jeść? — spytał trzeci.
Na te żarciki młodzieży Dobrogost głosem silnym odpowiedział.
— Stulcieno gęby, nie nam na głowę domu wygadywać! Zobaczycie jak postarzejecie czy będziecie go warci! Milczelibyście lepiéj.
Zmiarkowała młodzież, że nie wczas przedrwiewać się wzięła i zamilkli wszyscy.
Gdy już izba tak pełną była, że prawie nikogo z Jastrzębi nie brakło, a na najmłodszych co się gdzieś w kąty pozaszywali czekać nie myślano, odezwał się Dobrogost, obracając do Ziemy, którego przy sobie postawił.
— Poświadczy on co ze mną razem był i słuchał, jako prawdę mówię. Stary Odolaj nałajał nas za to, że przy królu stojemy, i nakazał aby wszystek ród jego precz szedł ze dworu, albo nie to nas za swoich znać nie chce! Nie posłuchają, — rzekł — to i na pogrzebie moim, żeby ich noga postać nie śmiała.
Naprzód milczenie długie, a potém krzyk powstał i wrzawa, pierwszy Borzywój przypadł doń bliżéj.
— Toż co jest? — krzyknął — co się staremu stało? Jakże to może być?
— Ze starości mu się w głowie pomięszało — dodał drugi.
— Przez cóż i dlaczego precz iść mamy? — pytał trzeci.
— Toć to pono odgadnąć nie trudno — rzekł Dobrogost. — Widzicie co się dzieje, króla wszyscy odstępują, ziemian sobie naraził. Biskupa wypchnął precz i pogroził mu, wszyscy na niego. Chcieliby abyśmy i my opuścili pana. Łają nas, że my mu do swawoli pomagamy.
— Myśmy nie kapelani, nie spowiednicy, abyśmy mu nauki dawali — ozwał się jeden z gromady. Drużyna pańska za naszą głową idziemy, to nasza powinność.
— Mybyśmy go mieli teraz rzucić? — przerwał inny — dobrego czasu zażywszy z nim, gdy zły nadszedł uciekać!!
— Pewnie! — zawołał gwałtownie Borzywój. — Kiedy nas w złotogłowy odziewał i sypał nam złotem, kiedy nam z nim dobrze było, mieliśmy służyć, a w złéj doli do nory. A cobyśmy naówczas byli warci? Stary z Jakuszowic oczy stracił świata nie widzi, co mu ludzie prawią wierzy, i chce byśmy go słuchali!
Zamilkli wszyscy, szmer tylko słychać było w gromadce.
Odolaj w kącie stojący, spojrzał na Borzywoja złośliwie i szepnął półgłosem do ucha sąsiadowi,
— E! e! Borzywojowi bodaj od Krysty ciężéjby było precz iść niż od króla.
Rozśmieli się niektórzy, Borzywój zdala mu tylko pięść pokazał.
— Będziesz ty mi przekąsywał gołowąsie!
— Prawcieno nie na śmiech a co należy — przerwał Dobrogost. — Przyniosłem wam wiernie przykazanie dziadowskie. Nie posłuchamy go? wiecie jaki człowiek z niego i co nas czeka... A cośmy wówczas warci gdy nas od pnia jak suche gałęzie odetną? chyba jak susz do pieca.
— Ja mówię tak — z kąta siedzący na ławie daleko ozwał się Bohdaszko Kaniowa — ja mówię tak. Gdybym żonie przysięgał, dochowam wiary, przysiągłbym panu wiary mu nie złamię, gdybym wróblowi na strzesze słowo dał to je strzymam, i koniec.
Drudzy szmerem to potwierdzali, część milczała, zafrasowanie widać było na wszystkich twarzach.
— Kto chce, czyja wola, niech idzie od króla za parobka do Jakuszowic — rzekł Borzywój — ja nie pójdę. Dziada szanuję, ale gdybym dziś do niego wrócił i garści słomy mi nie da, a trzeciego dnia i od miski odpędzi; jam tu ojca znalazł i z nim trwam. Były dobre dni, żyło się z nim, nastaną złe, i te przeżyć trzeba, kto śmietanę zbierał, niech i kwaśne mleko wypije.
Dobrogost targał młodą bródkę milczący.
— Ja wam powtarzam to co mi kazano, stary wszystkim ze dworu precz iść każe.
— Co ty uczynisz? — spytał Andrek.
— No, a ty? — odparł Dobrogost.
Wszyscy się wahali, jeden Borzywój powtarzał śmiało.
— Co będzie to będzie — ja z nim.
— A jak się nas wyprą swoi? — spytał Zbilut po cichu spoglądając ku niemu.
Nikt nie odpowiedział; w tém Bohdaszko z ławy począł znowu.
— Kłaniali się i prosili, aby nas do drużyny przyjęto, król łaskaw, przygarnął, teraz inny wiatr zawiał — każą iść precz. Kto w państwie gospodarz! ja nie wiem, mnie się zdaje że król, i jego słuchać trzeba.
Nie chcąc wszystkiego głośno wypowiedzieć, Dobrogost Borzywoja wziął do kąta i dopiero mu na ucho szepnął, co od księdza doszło, że na króla klątwę rzucać miano, kogo innego na tron pozywać itd.
Starszy choć się namarszczył słuchając, nie wiele to sobie znać ważył, bo wciąż głową, niedowierzając, potrząsał. Dał Dobrogostowi wypowiedzieć wszystko, ale go to nie tknęło.
— Albośmy mu druhami i drużyną — rzekł — albo najemnikami. Gdy pan tonie najmit siebie ratuje nie jego, druh się rzuca w wodę za nim, choćby sam miał utonąć. Najemnikami chcecie być? — ja nie.
Moja rada, wszystko mu wyznać, nic nie taić, co on każe uczynić. Im większa groza nań, tém na nas sromota cięższa, gdy go opuścimy ze strachu. Toć jak w bitwie! Zajęczych skórek byśmy warci byli, gdybyśmy uszli.
— Tyś tu starszy — ozwali się inni do Borzywoja, ty nad nami stoisz; co rzekniesz, uczynimy. — Rozkazuj, spełnim...
— Rozkazuj! — powtórzyli inni tłumnie — rozkazuj!
— W miejscu stać! to rozkazanie moje — rzekł Borzywój. Pouciekali od niego z Kijowa, jedni ze strachu parobków i czeladzi, drudzy ze strachu biskupa preczby iśćby mieli — a no srom na nas wszystkichby padł.
Nie — nie — ani ja ani wy tego nie zrobicie!! Niech stary Odolaj burczy na nas, dobrze mu zdala rozkazywać — posłuchać nie możemy. Niechby nas byli na dwór nieoddawali.
A teraz — dodał Borzywój oglądając się dokoła — każdy w swoją drogę, nie mamy się tu co zmawiać ani nad czém stękać. Na rady mamy czas, jestli tu o czém jeszcze radzić? Nic w szyję nie pędzi. I parobek od gospodarza nie odchodzi nocą bez opowiedzi.
Na tém się skończyło. Zaczęto się w kupki zbierać gwarząc już o czém inném, szczególniéj o Jakuszowice i o dziada dopytując, bo choć z niego żartowali, każdego z nich do starego gniazda coś ciągnęło.
Wiązały ich z tym kątem tajemnicze nici co każdą istotę łączą z ziemią, która ją zrodziła i młode wypiastowała lata. Ci co tam częściéj bywali, dowiadywali się o starca, o Tytę, nawet o Hyża i Oko; o izbicę jak teraz wyglądała, stare wały, szopy i wszystkie zakamarki staréj rodzinnéj siedziby. Ci co zabyli Jakuszowic, przysłuchiwali się tém uważniéj, ciekawi jak to tam było, i jak stuletni dziad ślepy rządził się na swém śmiecisku... Żyćby może z nich żaden tam nie potrafił, ale zajrzéć chciało się każdemu.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – rzucą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.