Boleszczyce/Tom I/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Boleszczyce
Podtytuł Powieść z czasów Bolesława Szczodrego
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1877
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV.



Król Bolesław gdy zmęczony był, spoczywał zwykle na posłaniu nizkiém, miękkiemi skórami wyłożoném. Psy myśliwskie ulubione mu, które rzadko go odstępowały, w izbie téj z nim i przy nim legiwać miały prawo. Tak samo jak konie swe, które król nad miarę miłował, często je przenosząc nad ludzi, kochał téż psy swoje, dając im swobodę wielką, lubował się téż z sokoły, rarogi i białozorami, których izby pełne były.
Wojak był mężny i zapamiętały, i nie mniéj namiętnie myśliwstwo lubił, co najczęściéj z sobą chodzi. Gdy brakło wojny, łowy ją zastępowały, a z nich mu był najmilszy ten, z którym walka najsroższą i najniebezpieczniejszą była. Najchętniéj jeździł na jelenie, łosie, wieprze dzikie, żubry i tury, co nieraz jeźdźca z koniem na rogi wziąwszy, w powietrze go wyrzucały, racicami i rogami mordując mściwie ludzi.
Z oszczepem na żubra samemu się rzucić, z mieczykiem na dzika, z toporkiem na niedźwiedzia nie było dlań nowiną.
Próżno go naówczas chcieć było powstrzymać, bo i człowieka coby go hamował ubić był gotów.
Ogromne psy królewskie, stróże najwierniejsze, nie bardzo się komu do sypialni zbliżyć dawały, a na skinienie jego człekaby rozszarpać były gotowe. Miał z nich straż czujną i straszną, we dnie i w nocy, lepszą od tych jaką ludzie sprawiali.
Byle się co w przyległéj ruszyło komorze, podnosiły głowy i warczały na drzwi patrząc, jakby poskoczyć chciały, aż je król głosem groźnym hamować musiał.
Sprawiano tym ulubieńcom czasem w podwórcach łowy, gdy żywcem dzika, jelenia lub niedźwiedzia ujęto. Zamykano naówczas bramy, stawali ludzie z oszczepami, wypuszczano zwierza z kleci i król się sam za nim tuż uganiał. Nieraz się trafiało, że gnany i ścigany zwierz, dopadłszy do wałów, ostrokoły przesadzał, skakał z góry, a nawet uchodził, czasem na słabszego parobka wpadłszy rozdarł go i zdusił nim dobieżono.
Te krwawe zabawy ulubione były panu.
Dnia tego król i zmęczony był i gniewny, patrzał w powałę, brwi marszczył, pięścią bił o posłanie i psy się doń nawet zbliżać nie śmiały, bo je bił i odpędzał.
Wtém zaskrobano do drzwi.
Zawarczała psów gromada zrywając się i nasłuchując, król patrzał milcząc, ukazała się głowa siwa starego podkomorzego królewskiego Janka Huźli.
— Miłościwy panie! — rzekł.
— Czego się ciśniesz! widzisz że spoczywam! — zawołał król.
— Miłościwy panie — dodał niezmięszany tém starzec. — Jego Miłość ksiądz Stanko biskup, czeka na miłość waszą i domaga się posłuchania.
Usłyszawszy to imię, król się zerwał na równe nogi, tak nagle, że psy przelękłe pozrywały się téż i skoczyły.
— On? tutaj? — zakrzyczał król.
— Tak, miłościwy panie, doprasza się rozmowy z miłością waszą.
— A no! w sam czas! — rozśmiał się król — w sam czas, bom i ja rad się rozmówić z tym klechą. Dobrze przeczuł godzinę! Idź mu powiedz iż króla widzieć będzie. Niech czeka. Prowadź go do izby królewskiéj...
Podkomorzy drzwi przymknął powoli i cofnął się zaraz, a Bolesław stanął w myślach zatopiony.
Rzekł, że chciał widzieć biskupa, ale z twarzy patrzało jakby się iść wahał, nie bardzo rad spotkaniu, któreby chętnie na czas inny odłożył.
Podszedł raz ku drzwiom już samym i zawrócił się od nich, postąpił ku nim raz drugi i za zasuwę ująwszy cofnął się jeszcze, szedł raz trzeci zmusiwszy się, dumnie głowę podniósł, i jak stał na pół odziany, pospieszył do izby królewskiéj.
Komnata to była niewielka, ale wielce ozdobna i na to przeznaczona, aby w niéj król niewielu dostojniejszych gości mógł przyjmować.
Było w niéj siedzenie pańskie, ponad którém tarcz i miecz wisiały i ławy do koła z poduszkami sukiennemi i oparciem; podłoga kobiercami wysłana, okno rybiemi błonami zaciągnięte, przez które żółtawy blask dnia przechodził.
Tu rozmowa była bezpieczną, gdyż dwie puste izby dzieliły ją od tych, w których dwór, Boleszczyce i komornicy stawali.
Król wszedłszy krokiem szybkim, zastał już tu biskupa stojącego w pośrodku. Dwu swych towarzyszów duchownych zostawiwszy w pierwszych izbach, ks. Stanisław ze Szczepanowa sam był tylko. Stał poważny, surowy, z twarzą posępną kapłan, odziany jak do chóru, z pierścieniem na palcu i krzyżem na szyi.
Król i on zmierzyli się oczyma, jakby niemi sił swoich próbowali, ale biskup nie strwożył się królewskiém wejrzeniem, a król nie wytrzymał jego wzroku i zasępiony szedł daléj.
Skłonił się biskup.
Nie mówiąc słowa, nie oddawszy pozdrowienia, Bolesław zajął swe siedzenie królewskie i nie wskazując biskupowi ławy obok siebie, jak należało, zapytał go szorstko:
— Czego chcecie odemnie?
Biskup długo wprzód oczyma króla mierzył, jakby się namyślał albo modlił w duchu, postąpił krok naprzód i począł zwolna a spokojnie:
— Miłościwy panie! nie ja do ciebie przychodzę, ale we mnie i ze mną kościół, matka nasza. Nie zważajcie na mnie, pomnijcie, że ja nie z siebie mówię, ale z jéj rozkazania, nie po méj ale po jéj woli...
Tu poczekał trochę, a gdy król milczał gryząc usta, po chwili mówił daléj.
— Miłościwy królu! milczała matka ta długo i płakała, dziś przez usta moje do dziecka przemówić musi, nadszedł czas.
Płacze ta matka, płaczą bracia twoi, królu, patrząc na to co się dzieje.
— A cóż się dzieje? — zapytał król szydersko i wyzywająco.
— Dzieje się źle — ciągnął biskup daléj — jeżeli wy królu nie wiecie nawet, iż się źle dzieje. Przecież z wysokości tronu waszego jęki kraju słyszećbyście powinni, a staliście się mu katem, gdy ojcem być powinniście.
Król poruszył się i rzucił na siedzeniu, lecz nie rzekł nic jeszcze.
— Ziemianie, rycerstwo, starszyzna, wszystko cię odstępuje, — mówił biskup głos podnosząc — boś srogi dla nich i bez miłosierdzia.
Wtém wybuchnął nagle król, uderzając pięścią w poręcz siedzenia.
— Na to władzę mam! a jak ją sprawiam, za to odpowiem Bogu, nikomu więcéj. Ziemianie są krnąbrni, rycerstwo zdrajcy, bo mnie odbieżało w Kijowie samowolnie, a do domów przybywszy znęcało się nad ludem okrutnie. Ja nie samych ziemian i rycerstwa królem jestem postanowiony, ale ludu całego... Nad narodem ubogim mścić się i tępić go nie dam! Króla niema bez ludu, a z gminu rycerstwo i ziemian zrobić łatwo... Karzę samowolę, bo tu nikt nie ma władzy i sądu tylko ja!!
— Lud ten — rzekł biskup — podniósł się przeciw panom swoim, lud ten gwałty popełniał, domy bezcześcił, własność zagrabił, lud to wpół jeszcze pogański, którego przeciw chrześcianom bronić się nie godzi...
— Oskarżacie lud, — zakrzyczał król — co sługi winne, że niewiasty rozpustne! Ziemianki to wasze, żony własne rycerzy, pociągnęły do łożnic sługi i pokalały domy. Dla nich nie ma litości i nie ma jéj dla zdrajców a zbiegów.
Mówił król w uniesieniu wielkiém, powstając i padając na siedzenie, oczyma rzucając rozpalonemi na biskupa, jakby się nań miał porwać.
Stanisław ze Szczepanowa stał, słuchał i milczał nieporuszony.
Dawszy dopiero ochłonąć nieco królowi, począł głosem tym samym jak wprzódy.
— Pomnijcie, miłościwy panie, że gdy za Mieszka zrażeni opuścili go ziemianie i władycy, gdy królowa Ryksa zniechęciła ich ku sobie, wkrótce i całéj krwi a rodowi pańskiemu uchodzić było potrzeba i zrzec się panowania...
Pomnijcie, że bez nich ostać się nie możecie.
— O! to opuszczenie i wygnanie ojcowskie, pomnę ja im po dziś dzień — przerwał król — pomnę i nie zabędę i nie przebaczę go im nigdy! Dlatego głowy ich krnąbrne padają i spadać będą aż ich nie stanie. Nowych sobie ziemian uczynię i rycerstwo, które mi będzie posłuszne. Królem jestem i panem a nie słomianym strachem, który na wróble stawiają, dzierżę władzę i nie puszczę jéj. Ani władyki, ani wy biskupi i duchowni sprzeciwiać mi się nie śmiecie, bo miecz mam i prawo w ręku!
Biskup zwolna na krok się cofnął.
— Miłościwy panie — rzekł z dumą — my biskupi nie stoimy pod twą władzą królewską, my mamy jednego króla a pana w niebiesiech, a drugiego zastępcę jego w Rzymie, więcéj nikogo nad sobą. Nikogo! nie my wam, wy nam jesteście podlegli, bo podlegacie kościołowi... i posłuszni mu być musicie!
— Ja? wam podlegać! — wykrzyknął król zrywając się i podnosząc pięście do góry. — Ja! Ja nie znam ani cesarza, ani papieża, nikogo krom Boga nad sobą. Słyszycie! Nie myślcie, że jak ów cesarz pójdę głowę moją położyć pod nogi papieża czy biskupa, rychléj stracę ją i koronę!
— Baczcież królu, abyście nie stracili obojga — rzekł biskup spokojnie. — Słów waszych w gorącości wyrzeczonych nie biorę do serca, ani ich ważę, ale powtarzam wam, miłościwy panie, kościołowi jesteście podlegli, a kościół więcéj siły ma niż wszyscy ziemscy mocarze.
Śmiejąc się dziko król po rękojeści miecza uderzył.
— Zobaczymy kto silniejszy, gdy się z wami lub kościołem próbować przyjdzie! — zawołał.
Biskup smutnie zwiesił na piersi głowę.
— Miłościwy panie! — rzekł cicho, głosem w którym boleść nie trwogę czuć było — raz jeszcze mówić chcę do was jako brat[1], który miłuje.
(Żahnął się król posłyszawszy, iż go śmiał bratem nazwać biskup).
— Jeszcze raz na duszy waszéj zbawienie zaklinam was, upamiętajcie się, upokorzcie, poprawcie. Wszystko co czynicie, do zguby was wiedzie. Życie wasze i dworu złe i grzeszne jest, sprosne, rozpasane. Z góry przykład na naród płynie i on się psuje zepsuciem waszém. Na sumieniu nietylko własne, mieć będziecie grzechy tych co króla naśladują.
— Milcz! klecho! — krzyknął Bolesław.
— Milczeć nie będę i nie mogę, — rzekł biskup poruszony — mówić mi każe wierność przykazaniom Bożym, kościołowi, miłość dla rodu waszego. Żyjecie jawnogrzesznikiem z żoną cudzą, gwałtem wziętą rycerzowi Mścisławowi z Bużenina.
— A tobie co do tego? — zakrzyczał król gwałtownie, nogami bijąc o podnóżek, który roztrzaskał — z kim ja żyję do tego nic nikomu! To moja sprawa! Ja grzeszę i pokutować będę. Jak wy mi to wyrzucać śmiecie! wy, wy!
— Powinienem, muszę i będę — rzekł biskup. — Nie sądźcie, miłościwy panie, abym się miał was ulęknąć. Ja także jak wy, nie lękam się nikogo prócz Boga, nie boję śmierci i nie trwożę gniewu twojego.
Czynię co sumienie każe...
Żonę Mścisławowi powrócić powinniście, a za zgorszenie publiczną odbyć pokutę! Tak! Świat patrzał na grzech, musi widzieć kajanie się.
Wrzał król słuchając i oburącz cisnął poręcze z gniewu...
— Klecho! — zawołał — dawałeś mi przestrogi, i ja ci dać muszę jedną. Strzeż ty się mnie i gniewu mojego, bo straszny jest jak piorun i jak on bije w kościoły. Spaść może głowa twoja, choć namaszczona, a w Rzymie, gdy będzie potrzeba, dam okup za nią. Zamknę ci ja te usta, gdy zanadto mówić się ważą.
— Miłościwy panie — odparł biskup — uczynić możecie co zechcecie, ale ustraszyć mnie nie potraficie. Widzicie, oto stoję przed wami bezbronny, jakem już nie jeden raz stał, mówię a błagam, czyńcie pokutę i wynijdźcie z grzechu. Ilekroć przypuszczony będę, tylekroć powtórzę ci to, błagać będę i karcić. Kajaj się! kajaj się grzechów twych...
Biskup podniósł głos uroczyście, wtém król bijąc w siedzenie, zawołał przeraźliwym krzykiem.
— Milcz, klecho!! Nadto rachujesz na swój Rzym i do zbytku język rozpuszczasz. Milcz...
Westchnął biskup z politowaniem. Nie widać na nim było gniewu ni poruszenia, znękany, pot tylko otarł z czoła.
— Kościół, królu, ma przeciw krnąbrnym dzieciom siłę. On cię namaścił na panowanie, on ci namaszczenie twe odjąć może. Nie zmuszaj go, aby ci drzwi swe zamknął, i od społeczności swéj jak owcę parszywą odłączył. Naówczas na nic ci się nie przyda ani krew twoja, ani twe imię, ani władza, opuszczą cię wszyscy i wypowiedzą posłuszeństwo. Siła twa skruszy się w twéj dłoni. Ulituj się sobie, ulituj królowéj i jedynemu dziecku twojemu. Upamiętaj się!
Kościół zna ludzkie słabości i rozgrzesza je, gdy skruchę widzi, ale zuchwałym i krnąbrnym przebaczyć nie może.
Słuchał król burząc się zrazu, potém najgrawając i probując się śmiać z biskupa, który równie gniewem jak szyderstwem nieporuszony, nieulękły, mówił z powagą, głosem boleścią przejętym... Zrywał się kilkakroć jakby chciał przerwać i w końcu obojętnego udawał, choć złość w nim coraz większa wrzała.
Stanisław ze Szczepanowa ciągnął daléj, nie zważając na królewskie gniewy.
— Po tom przyszedł tu, — rzekł — abym dwojga żądał od was: oddania żony Mścisławowi i ojcowskiego serca dla ziemian i rycerstwa. Zaklinam was, usłuchajcie mnie, a nie zmuszajcie, abym w obronie przykazań Boskich dobył miecza jaki mi kościół daje...
Bolesław nie mogąc już dłużéj utrzymać gniewu, czerwony od złości, trzęsący się, powstał i rękę wyciągając ku drzwiom, wołać począł.
— Idź ztąd! idź! uchodź! ręce mi drżą, nie pohamuję się, targnę! uchodź klecho. Nikt jeszcze nie śmiał jak ty stanąć przeciw mnie, ażeby życiem nie przypłacił, uchodź!!
Powtarzał to coraz żywszym i sroższym głosem, ręka mu dygotała.
Biskup popatrzał nań, podniósł prawicę i przeżegnawszy nią króla, jakby odżegnywał złego ducha, krokiem umyślnie zwolnionym, ustąpił nie oglądając się już za siebie.
Gdy mu znikł z oczów, król na siedzenie padłszy, długo uspokoić się nie mógł, podparty na ręku, zgrzytając zębami, rzucając się, półsłowy klnąc pogańskiemi, przesiedział tu sam jeden do mroku. Dwór, który zdala słyszał podniesione głosy, a poznał iż król był w gniewie strasznym, nie śmiał do niego się zbliżać. Nie wchodził nikt, czekano aż uspokoiwszy się, sam zawoła albo wynijdzie.
Mrok już był, gdy nareszcie wstał Bolesław z siedzenia i szybko biegnąc, nasrożony wypadł z izby. Czekali nań w zwykłém miejscu stojący Boleszczyce.
Król podbiegł ku Borzywojowi.
— Ujęto Mścisława? — zapytał.
— Czatują nań, dotąd się nie ukazał pono.
Król nie mówiąc więcéj, poszedł do izby swojéj i psów, które skomląc i wyścigując się go witały.
Na Mścisława czatowano, lecz Krysta, co go wydała sama, choć miała poręczenie, że mu nie wezmą życia, ulękła się już własnéj zdrady.
Krysta płochą była, zepsutą ale słabą istotą. Wiatr nią miotał różny, skłaniała się w tę stronę w którą powiał.
Zaledwie królowi męża wydała, ledwie król wyszedł, gdy Krysta opamiętała się i płakać zaczęła.
— A! jeśli go zamordują, ja krew jego mieć będę na duszy mojéj. On mnie przeklnie konając. Bronić się będzie gdy go pochwycą, i zabiją go, zabiją, com ja uczyniła! com uczyniła!
Już chciała biedz do króla, rzucić mu się do nóg, prosić za nim, wybiegła do progu sieni, zawstydziła się i zawahała. Chciała Bolesława do siebie zwać, ogarnął ją strach, by nie myślał iż męża kocha i żałuje. Płakała i ręce łamała.
Niewiasta płocha jednéj godziny złą i dobrą, kochającą i niewierną, skruszoną i występną być mogła, tak zmienne w niéj było wszystko. Żyła na świecie jak jakieś stworzonko biedne co po kwiatach lata, samo nie wiedząc co robi; tém samém żądłem miód dobywa i kąsa jadowito, a gdzie przysiądzie tam mu na chwilę dobrze, choć drugi raz nie wróci, bo nie zatęskni.
Mścisława żal się jéj zrobiło, własnéj zdrady strach. Choć sama go wydała, ratować już chciała. A jakże wydać go nie miała, gdy od króla wydrzeć ją pragnął, z królowéj czyniąc biedną wygnanką?
Na dworze było tak wesoło, tak huczno i co dzień inaczéj, za dworem w lasach, na pustyni, zdawało jéj się, że umieraćby musiała, a śmierci bała się strasznie! Broniła się więc biedna.
Tak mówiła jéj płochość, a zabobonny strach szeptał z drugiéj strony.
— Zabiją go, on umierając cię przeklnie i rzuci swą krew na głowę twoją! krew! straszną krew umarłego, któréj niczém zmyć nie można.
Przelękła Krysta biegła już szukać ratunku u swéj ulubienicy Ciarki.
— Słuchaj Ciarko, słuchaj dobra moja, oto masz bursztynu sznur! Co ci powiem uczyń, proszę! Dam co zechcesz sama. Uczyń a zbawisz duszę moją!
— A! uczynię wszystko co każecie — odezwała się zdziwiona i uradowana dziewczyna, przypatrując się bursztynom świecącym. — Czegóż by dla takiego sznura, biedne dziewczę nie uczyniło?
— Nim mrok zapadnie idź w bramę — mówiła Krysta. — Uważaj dobrze. Wnijdzie tam człowiek w prostéj sukmanie, z czapką na oczy nasuniętą, czarny, duży, straszny! A! to ten mój stary mąż, który się za mną rozbija i zakrada się do mnie.
Ciarka zdziwiona w ręce uderzyła.
— Mąż! o Boże miły! mąż!
— Ale ja męża tego nie chcę! a nie chcę, a żal mi, żeby go nie zabito, bo tam czatują na niego... powiedz mu, szepnij że król o nim wié, a jak go ujmą, nic nie pomoże, głowę da. Niech ucieka! Powiedz mu, żem ja ciebie przysłała, żem ja tobie kazała, niech ucieka i mnie nie przeklina... Ludzie podsłuchali, wygadali, zdradzili... niech ucieka... Ciarko! ty to zrobisz dla mnie?
Ciarka, która w ręku sznur bursztynów trzymała, zawołała żywo.
— A no, jeśli go poznam, klnę się uczynię jak każecie... powiem mu wszystko... Niech uchodzi, nawet pójdę za wrota...
Krysta ją ku drzwiom popchnęła.
— A idź, a prędzéj!
Ledwie czas mając sznur swój do serca przytulić, dziewczę się chustą okryło białą i pobiegło w podwórze ku bramie.
Wieczór już był, ale ludzi mnóstwo jeszcze z zamku i do zamku przepływało. Król ze swą drużyną wieczerzać miał na grodzie we dworcu, na łące pod Wawelem dla gości stały stoły, ale do nich, oprócz ubogiego gminu, nikt z ziemian się nie zbliżył nawet. Złożywszy dań, natychmiast precz odjeżdżali wszyscy, nie chcąc tknąć ni jadła ni napitku królewskiego.
Oskarżano ich o to przed królem, jako o dowód niechęci przeciwko niemu. Król ramieniem ruszywszy, kazał najuboższą gawiedź najwykwintniejszém karmić jadłem i najlepszym przyjmować napojem.
Stała się pod namioty królewskiemi prawdziwa uczta ewangeliczna, obsiadło stoły żebractwo i co najbiedniejszy lud zgłodniały.
Boleszczyce i dwór pański przypatrywał się téj biesiadzie głodnych, śmiejąc się do rozpuku z chciwości jaką okazywali, rozbijając się o mięsiwo, chleb i miody.
Niektórzy dopadłszy beczek, czerpali tak chciwie, iż padali tuż bez zmysłów i bez życia. Pachołkowie trupy odciągali za nogi i rzucali do Wisły...
Ciarka wysłana ku bramie spotykała jadących na to widowisko i powracających z niego. Starała się oczyma bystremi pochwycić opisanego jéj człowieka, długo napróżno. Nareszcie zdala ukazała się postać całkiem podobna do téj, o któréj pani mówiła.
Już biegła, aby zbliżającemu się zanieść przestrogę, gdy czterej jezdni kręcący się około wrót, opadli nagle wchodzącego i dwu z nich ręce mu położyło na ramionach. Nim Ciarka dobiedz czas miała, pochwycono wchodzącego i pomiędzy konie wziąwszy, szybko go ku zamkowi pociągnięto.
Mścisław — on to był bowiem — nie miał się nawet bronić czasu, ani próbował wyrywać, dał się wziąć i poprowadzić milczący.
Wnet jeden pobiegł o nim dać znać królowi, i z rozkazu pańskiego poprowadzono go zaraz do ciemnych izb, w których więźniów trzymano. Stały one nieopodal za dworcem, a na teraz puste były. Król więzić nie lubił, wolał wieszać i ścinać. Izby zbudowane z ogromnych drzewa kloców obitych jeszcze wewnątrz deskami grubemi, nie miały światła żadnego, jedne drzwi tylko okute przystęp do nich dawały. We drzwiach tych okienko, z zasuwą drewnianą, służyło do podawania jadła więźniom wewnątrz zamkniętym.
Borzywoj, któremu zlecono zamknąć kazać Mścisława, sam go tu odprowadził. Miał widać jakieś królewskie zlecenie, bo zamiast odejść odstawiwszy go do ciemnicy, zatrzymał się, pachołkowi nakazując zdala przyświecać pochodnią.
Wnętrze izby nad wszelki wyraz było okropne. Smiecie, brudy i słoma zgniła zalegały ją całą, jednym stała obrzydłym barłogiem, a powietrzem jéj wilgotném i skażoném zaledwie oddychać było można. Mścisław, którego pachołkowie za barki ująwszy, wtrącili do wnętrza, dał się cisnąć na przegniłą słomę słowa nie rzekłszy, obejrzał się ledwie, i padłszy leżał jak martwy, nie patrząc nawet na stojącego u drzwi Borzywoja.
Ten nie odchodził i mierzył go oczyma.
— Mścisławie, słuchaj — rzekł — żal mi cię.
— A mnie ciebie żal — odparł pan z Bużenina — ja jestem więzień, tyś niewolnik.
Boleszczyc, jakby nie słyszał tego, ciągnął daléj:
— Żal mi cię, Mścisławie, aleś ty sobie winien sam.
Śmiechem ostrym i dzikim odpowiedział na to Mścisław.
— Tom ja winien! prawda! — syknął —
— Albo to jednemu się żona sprzeniewierzyła! czy dlatego się ma obwiesić! — ciągnął Borzywój daléj. — Co ty masz dlaniéj ginąć kiedy ona ciebie nie chce? Sama przecież o tobie królowi znać dała...
Mścisław się odwrócił gniewny.
— Kłamiesz! — zawołał — kłamiesz... Ona! to nie może być!
Borzywoj się teraz śmiać począł.
— Ja ją codzień widuję — mówił — my z nią dobrzy druhowie, ona króla kocha a ciebie się boi, wzdryga się na samo wspomnienie twoje. Co ty się będziesz dla niéj marnował! Czy to ona jedna na świecie!!
Mścisław leżąc burczał coś tylko niewyraźnie.
— Słyszysz ty! drabie jakiś! — rzekł — czy ona mnie kocha czy nienawidzi, wszystko mi jedno. Co mi tam, a no ja ją chcę mieć, bom ją wziął, bo moja, i ja ją miłuję, to dość.
— Król choć srogi, zlitowałby się nad tobą — mówił Borzywój — jestem pewny, puściłby cię wolno, jabym ci przebaczenie wyrobił.
— Przebaczenie? — przerwał Mścisław — mnie, on? Pytaj ty czy ja jemu przebaczę?
— Szalejesz, Mścisławie — ciągnął spokojnie Borzywój. — On pan, on król, ty ziemianin prosty! Ja ci rzeknę jedno, daj ino klątwę, że się nie pokażesz więcéj, a Krysty się wyrzekasz, pójdę do króla, da ci wolność i jeszcze co w dodatku. Co ci po babie!
— Ja? jéj się wyrzekać? ja? a nigdy w świecie — krzyknął więzień. — Puścicie mnie, będę szukał sposobu, aby wam ją odebrać. Na to wam słowo daję. Przyjdę sam, zbiorę ludzi, ściągnę kupy, podburzę wrogów jego, pójdę do Czech, do Niemiec, podpalę zamek... nie dam spokoju... Zamknijcież mnie, niechaj wszyscy wiedzą, co u króla ziemianin wart, któremu i żonę wziąć i majętność i głowę wolno... Nie macie mnie co puszczać!
Borzywój nie wiedział już co mówić, uczynił krok jakby odchodzić miał.
— E! żal bo mi cię! — powtórzył.
— A mnie żal ciebie i twéj braci — odparł jak wprzódy Mścisław. — Służycie panu, który źle czyni, którego Bóg skarze, a was razem z nim. Co mi tam, że ja zginę w ciemnicy? zginę albo nie, to Bóg wie, ale że wy z nim zczeźniecie marnie, prędzéj, późniéj, to wiem pewno...
Będziecie tułaczami, żebrakami, bez czci i wiary... aż się Bóg ulituje nędzy waszej...
Odwrócił się Mścisław ku ścianie i zamykając rozmowę, połą okrył głowę.
Borzywój postawszy nad nim chwilę, widząc że już nic nie zyszcze, odszedł. Pochodnię wyniesiono, zasunięto i założono drzwi drągiem, zaducha smrodliwa i ciemność objęły więźnia.
Gdy się to działo, dziewczyna zadyszana powracała do pani, wołając od progu.
— Pojmali go! pojmali! nieszczęsna dola moja!
I z płaczem dobyła sznur bursztynów, trzymając go w rękach, patrząc nań smutnie, strapiona, że jéj pani odbierze niezasłużoną nagrodę.
Kryście bursztyny nie były w głowie, ręce krzycząc załamała.
— A! ja nieszczęsna! a! ja przeklęta! co ja pocznę! gdzie się skryję! krew jego padnie na mnie.
Rzuciła się na ławę, głowę w rękach tuląc i płacząc.
Wśród tego jęku i płaczu drzwi się otwarły, wszedł król.
Dziewczę z bursztynami w ręku, zobaczywszy go uciekło skryć się do komory, a Krysta posłyszawszy kroki, zwróciła głowę i blada podbiegła ku niemu.
— A! panie mój, królu mój — zawołała obejmując mu nogi — życia mu nie każcie brać! bom ja go wydała i krew jego spadnie na mnie, krew! krew!
Chmurno król popatrzał na nią.
— Ej! ty! — rzekł — nie ścięto go, ani zadławiono! oczów mu nawet nie kazałem wyłupić i mnie go żal! Człek szalony co się ze mną, z panem swym chce porywać do walki! On, ze mną!! Robak ten mizerny jakiś, którego zdusić mogę nogą. Tak jak ten klecha co się za jego sprawę bierze! Ej! Krysta, czarne oczy twoje drogo króla kosztują.
Ona stojąc płakała, chustką ocierała oczy i westchnienia z piersi się jéj wyrywały.
— Króleczku mój, paneczku mój, Krysta cię będzie kochała, tylko życia mu nie bierz. Klątwę rzuci na moją głowę, krwi się boję!
— Wyprosisz mu życie, niech tylko w ciemnicy przesiedzi, rozumu się nauczy. Biskupabym z nim wsadził razem, a no! poczekawszy, wpadnie mi i on w ręce.
Z oczyma w ziemię utopionemi, spokojniejsza nieco, słuchała nie rozumiejąc Krysta, łzy ciągle z oczów jéj płynęły, król zbliżył się do niéj i pogładził po twarzy. Kazał jéj siąść, kazał śpiewać sobie, ale Krysta łzy miała w głosie, a i on rozchmurzyć się nie mógł. Ciężyła na nim z biskupem rozmowa, chciał ją zapomnieć a nie mógł. Ostre wyrazy duchownego w uchu mu brzmiały jeszcze. Siadł przy Kryście, pieszcząc ją i uspokajając, sądząc, że widok pięknego lica ponure myśli rozpędzi, a wśród pieszczotliwéj rozmowy, wracały mu ciągle na pamięć surowe wyrazy i groźby straszne. Tak samo Kryście pieśni półgłosem nucone przerywał mąż i przekleństwo, którego się lękała. Oboje roztargnieni, myślami byli gdzieindziéj. Wszystkoby może zniósł Bolesław rychléj od biskupa nad to jedno, że on śmiał się z nim stawić na równi, wyżéj nawet nad niego i klecha jeden rozkazywać swojemu panu.
Przesiedziawszy chwilę z Krystą, wstał król i zostawił ją samą. W królewskich izbach wieczerzały drużyny, szedł do nich w gwar ten, chcąc wśród drużyny swéj, otoczony siłą na rozkazy i skinienie gotową, zapomnieć biskupa.
Miejsce jego stało opróżnione... Drużyna pańska, wszyscy owi Boleszczyce, dwór i goście, których teraz rzadko gród oglądał, jak za Chrobrego mieli na zamku zastawione dla siebie stoły. Po kijowskiéj wyprawie i rozbiegnięciu się rycerstwa, często téż król na srom zbiegom tym, których karał, najprostszy gmin do swych stołów przypuszczał.
Szedł do nich kto chciał, bo hojność króla miary nie miała.
Dnia tego liczniejszych spodziewano się gości, ale jak do stołów pod namiotami, tak i tu nikt się prawie nie zjawił.
Znajomi i krewni, na dworze króla będący, ciągnęli ich napróżno.
Leliwa, którego bratankowie niemal gwałtem wziąć na zamek chcieli, wiedząc jak królowi te pustki przykre będą i do gniewu go pobudzą, odparł im wyrwawszy się i na koń siadając.
— Niech sobie miłościwy pan z tymi je, których kocha. Pokochał czerń, niech się nią cieszy, my mu tam niepotrzebni. A no zeszłoby się może tak, że u stołu bym siedział z tym, któregobym rad na gałęzi posadził.
Wielu wprost od daniny pociągnęli do biskupa, aby okazać, że z nim trzymają.
Gdy król do izby wszedł, w któréj już dworskich jego wielu zgromadzonych było, rzucił tylko okiem po ludziach i twarzach, a nie zoczywszy nikogo nowego, zrozumiał co to znaczyć miało. Brwi mu się ściągnęły w jeden pas czarny nad oczyma, poszedł na swe siedzenie i nie ozwał się do nikogo.
Dopiero gdy Borzywoj, który mu często i za cześnika służył, na skinienie kubek nalawszy, przyniósł, król zmierzywszy go oczyma sprobował żartować.
— Gości macie dużo! — rzekł.
Borzywoj ruszył ramiony; król się uśmiechał.
— Tak lepiéj, znajdę ja kogo chlebem karmić moim, a nie wiem czy oni długo chleb mieć będą, i gęby do niego! Weselcie wy się za wszystkich... Do domów pojechali? — spytał król.
— Wielu pono u biskupa gościło na Skałce — rzekł z boku stojący Zbilut. — Kupa ludzi koło dworu była...
Król zaciął usta, kubek duszkiem wypił i drugi nalać kazał.
— A no! — zawołał — weselcież się, bądźcież dobréj myśli, tam téż u biskupa musi być wesoło. Pewnie i niewiasty mu zaprowadzili, aby go piosenkami rozrywały. Klechy to lubią, choć drugim zakazują.
Śmiać się niektórzy zaczęli, inni widocznie zakłopotali, król jakby chciał o tém zapomnieć, krzyknął zaraz aby mu pieśni śpiewano, aby zdala słychać było, że na zamku i bez gości wesoło. Usłużni zawsze młodzi, natychmiast jednę z najswawolniejszych piosenek rozpoczęli, a gdy jeden podniósł głos, wnet mu zewsząd zaczęto pomagać i wrzawa się stała ogromna. Przy każdéj zwrotce wesołéj, śmiech i klaskanie się rozlegały, a król? siedział sparty na ręku i gniewny.
Na Skałce około domu biskupa, który czasowo mu służył za schronienie, gdyż na zamku pod strażą królewską siedzieć nie chciał, koni i czeladzi cała gromada stała tego wieczora.
Ciasnych izb kilka zapełniło rycerstwo i ziemianie, od króla odepchnięci, szukając tu rady i wodza ku obronie. Biskup po powrocie z zamku przyjmował przybywających, łagodząc ich i nie dopuszczając by zbyt szeroko skargi rozwodzili. W gromadzie jeden drugiemu dodaje żalu, rośnie ból, gniewy się rozpalają i nie łacno je potém uśmierzyć. Biskup zamykał im usta polecając przyszłość Boskiéj Opatrzności, nadzieję każąc mieć w łasce Bożéj. Gdy który z nich wybuchnął krwawym żalem kładł mu ręce na ramieniu i koił go chrześciańskiemi rady.
Izby, w których się gromadzili ziemianie, ciasne były, nizkie, i jak klasztorne ubogo a skromnie wyglądały. Zaledwie stoły, ławy, krucyfix na ścianie wielki i miedziane naczynia u drzwi do święconéj wody ubierały je nieco. Zamiast kobierców służyły maty, złota i srebra nikt tu nie zobaczył. Majętność swą biskup obracał na kościoły, na księgi, na ubogich i sieroty, które do szkółek gromadzić kazał. Dla siebie nie potrzebował więcéj nad to co mnichowi prostemu starczy.
Kilku duchownych stanowiło dwór biskupa, czeladzi było mało. Ziemianie cisnęli się dnia tego gromadnie, z kolei przychodzili do pocałowania ręki, wzdychając patrzali w oczy, azali nie posłyszą słowa jakiego nadziei i pociechy. Błogosławił ich biskup, pytał i odprawiał wyrazami niewielą.
Ponieważ izby ciasne były i wszystkich przychodzących zmieścić nie mogły w sobie, ci co uzyskali przystęp i błogosławieństwo odchodzili natychmiast, miejsce czyniąc nowym przybyszom. Trwało to zbiegowisko do nocy niemal, gdyż każdy chciał posłyszeć coś z ust biskupa. Kilku tylko starszych zatrzymał w końcu biskup u siebie i do dalszych izb wprowadził.
Gdy nareszcie tłum ten niemal cały rozszedł się, albo nocą jeszcze rozjeżdżając do domów lub gospód szukając po przedmieściach, a niektórzy w niedostatku miejsca i obozem się a namiotami na polach porozkładali, na Skałce nie pozostało nad trzech starszych władyków, Leliwa, Mestko Kruk, i Brzechwa.
Druga izba, do któréj ich biskup wprowadził, mniejsza jeszcze od pierwszéj, była domową kapliczką. Tu stał mały, skromny ołtarzyk przy ścianie, przy którym niekiedy odprawiał ofiarę, częściéj modlił się godziny odprawując, księga na nim leżała otwarta przed krucyfixem, między lichtarzami dwoma. Małe okienko na pół ciemną ją nawet we dnie czyniło, lecz na kominie skałki gorzały dla światła.
Oprócz trzech ziemian i biskupa, podeszły mężczyzna w sukni duchownéj także się tu znajdował, w przyciemnionym kątku siedząc milczący.
Podano naprzód skromną strawę wieczorną na glinianych misach, do któréj zasiedli biskup tylko z milczącym swym towarzyszem... Leliwa, Kruk i Brzechwa już wieczerzać nie potrzebowali.
Wszystkim im ciężyło długo trwające milczenie posępne, którego nikt przerywać nie chciał. Trzej ziemianie zdawali się oczekiwać na to co im powie ks. Stanisław ze Szczepanowa; w ostatku Leliwa, który najbliżéj stał, mąż letni i poważny, odezwał się:
— Miłościwy ojcze, pocieszcie nas, bo na słowo wasze rodzicielskie czekamy w utrapieniu naszém. Co czynić? Czego się spodziewać? jak i czém ratować się mamy? Patrzycie co się z nami dzieje. Giniemy znowu. Jeszcze pamięć pierwszych nieszczęść nie zatarła się, a oto burza nowa nadchodzi... Panu naszemu ani męztwa, ani sławy, ani szczęścia zaprzeczyć nie można. Wydźwignął ziemię z upadku, moc zdobył wielką i potęgę, lecz potęgą tą nas biednych gniecie i oto mało co brak, abyśmy z rodami naszemi poszli na łup czerni. Policzyć rycerstwo które nałożyło głowę, trudno, a co się stało z Mścisławem z Bużenina wie świat cały. Żonę mu zabrano, dziś jego samego na zamku ujęto i jako złodzieja do ciemnicy rzucono, za to, że się ważył na podwórze...
— Panie — mówił Brzechwa — u syna mojego, który z królem do Kijowa chodził, włodarz opanował wszystko, żonę mu zabrał, dostatek sobie przywłaszczył. Syn przybiegł na głos ten, stracono go za to, że się upominał o swoje, włodarzowi żona i majętność dotąd została. W co się my obróciemy? Czerń nas wyrzeże gdy zechce. Król i słowa nie rzecze.
Aż i Kruk począł:
— Jeśli do króla skargi niema, do kogóż iść, jeśli nie do was ojcze... Radźcie, pomóżcie, ratujcie, bo oto pogany wszystko ogarną!
— Dzieci moje! — odezwał się biskup — wiecie iż siebie nie żałuję. Chodziłem, błagałem, napominałem go nadaremnie, a! poprawy po nim przestałem się spodziewać. Pijany jest siłą swą, zatwardziały w grzechach, a hałastrą się otoczył co mu pochlebia i pomaga. Namaszczony jest, porywać się nań nie godzi, a i sam się zgubi i pożre nas złością swoją.
— O nieszczęśliwe te ziemie nasze! — rzekł Leliwa. — Małośmy to przecierpieli po ucieczce Kazimirza, a co dziś czeka? Wszystko się rozprzęga, niewolnik i parobek czując powolność w górze, urągają się nam niemal!
Wywodzili tak żale swe, coraz nowe przykłady stawiąc. Biskup słuchał smutnie.
Niekiedy wśród mowy téj, oczyma siedzącemu przy stole duchownemu dawał znaki, jakby chciał uwagę jego zwrócić na znaczenie skarg ziemiańskich. Kilka razy Leliwie i Krukowi sam biskup poddał zapytaniami zręczność rozszerzenia się nad klęskami kraju i nędzą jaka mu groziła.
Stary mówił:
— Albośmy to tego pana kiedy u siebie widzieli, mieli czas poznać go, zbliżyć się, a on nas wysłuchać? Nie miał dwudziestu lat, gdy objął rządy, a nie było potém i jednego roku, żeby u siebie doma pogospodarzył, po Węgrzech i Rusi bijąc się i wojując. Z rycerstwa co go otaczało, drudzy po lat siedem żon, dzieci, ani strzechy swéj nie widzieli.
— Gdy nastała swawola — mówił Kruk — nie kto tylko czeladź była winna.. Słabe niewiasty ani mogły ani śmiały się bronić. Król je wini, sukami je nazywa, że się mężom sprzeniewierzyły. Nie prawda jest, myśmy starzy na to patrzali. Nieszczęśliwe żony i córki jako mogły się opędzały parobkom i czeladzi, uciekały po lasach, niejedna głodem zmarła i wolała śmierć niż sromotę. Wy ojcze znacie, boście tam niegdy proboszczem bywali, co uczyniła Małgorzata w Zębocinie z siostrami swemi, na wieży kościelnéj mrąc głodem zamknięta, niż by się czerni poddać miała i zbezcześcić. A było więcéj jéj podobnych. Nie wszystkie wczas ratować się mogły, niewiasty słabe, przemoc straszna, gwałt okrutny. Cóż winny one!
— A jak on ma czerń karać za gwałt na cudzych żonach — ozwał się Brzechwa, kiedy sam tak czyni, nie wstydząc się Krysty trzymać na zamku podle królowéj?
Milczeli trochę, biskup téż nie chcąc im bolu dodawać, krótkiemi słowy pocieszał, a gdy trzej ziemianie żale swe i skargi opowiedzieli, pobłogosławił ich i pożegnał.
— Dzieci moje — rzekł — Bóg się ulituje nad nami...
Pozostali sam na sam z duchownym, który czasu rozmowy niemym, ale uważnym był jéj świadkiem.
Gdy się drzwi za ziemianinami zamknęły, a kroki odchodzących w dali już tylko słychać było, biskup zbliżył się do milczącego prałata. Siadł przy nim i ująwszy go za rękę, począł powolnie.
— Chciałem ojcze mój, abyście sami oczyma własnemi widzieli, na własne uszy słyszeli, nie z moich ust, ale od obcych ludzi — jak się tu u nas dzieje, abyście to odnieśli królowi Wratysławowi i królowéj Swiatawie. — O poprawie, o upamiętaniu króla, o zgodzie, już pomyśleć nie można — radzić potrzeba ziemi téj, aby się nie pokalała i nie ginęła.
Niechaj opiekę nad nami weźmie lepiéj król pobratym i pokrewny, niż obcy.
— A cóż z królem uczynicie? — zapytał duchowny po cichu, mową, w któréj się czeszczyzna przebijała. — Wojnę mu wytaczać? on w niéj najsilniejszy, nie łatwo go pożyć przyjdzie.
— Sam on się zabije nieprawością swoją — odparł biskup wzdychając. — Nie potrzeba ziemskiéj siły, aby go obalić, piorun Boży spadnie na jawnogrzesznika.
Kościół ścierpieć nie może tego, co się dzieje. Czekałem, byłem i jestem cierpliwy, ale miara się przebiera... Jeszcze chwila a z czary nieprawości wyleje się ciecz za brzegi.
Dziś on, mnie, namaszczonemu pasterzowi téj owczarni, któréj on jest najpierwszą owieczką, on mnie, napominającemu go władzą, od Boga mi daną, precz iść kazał, jak podwładnemu pachołkowi i precz mnie za drzwi słowem wyrzucił.
Duchowny wzdrygnął się słuchając i ręce załamał.
— Nie o mnie idzie — mówił biskup. — Jako człowiek zniósłbym z pokorą zniewagę, ale we mnie (uderzył się w piersi) we mnie kościół sponiewieran jest i znieważony. On chce nadeń wyższym być, a nas w sługi swe i niewolniki obrócić.
Kościelnym orężem bronić się muszę.
— Cóż czynić myślicie? — zapytał duchowny z trwogą i ciekawością.
Biskup wstał i przeszedł się po izbie razy parę, stanął naprzeciw ołtarza i popatrzał nań, potém oczyma się zwrócił ku oczekującemu odpowiedzi i odparł głosem silnym, stanowczym, zmienionym, powagi pełnym:
— Wyklnę go! Anathema sit!
Po słowach tych panowało długie milczenie. Duchowny oczy spuściwszy, zdawał się wahać, czy miał przyzwolić na to co słyszał i potwierdzić, lub starać się złagodzić słuszny gniew pasterza.
Ks. Stanisław ze Szczepanowa stał i czekał odpowiedzi, badając go oczyma.
— Ojcze mój — odezwał się głosem cichym duchowny — nie należy do mnie, obcego tu, a nieświadomego okoliczności, ani się wstawiać, ni sądzić, ni łagodzić; zważcie jednak, błagam, na jakie sami narazicie się niebezpieczeństwo. Jeżeli człowiek ten kościołem pomiata, cóż uczynić gotów z kapłanem? Szalonym jest, pijanym siłą swą, jakoście rzekli, lecz szał taki przechodzi i pijaństwo ono się rozprasza.
Biskup stał zamyślony, spokojny, słuchając ciekawie, a gdy dokończył, rzekł:
— Nie tylko moc kościoła całego chrześciańskiego za mną jest, ale co najprzedniejszego w kraju, ziemianie i rycerstwo ze mną a przeciwko niemu. Garść ledwie służalców mieć będzie z sobą, a i ci go odstąpią, gdy nań padnie piorun z góry.
Pomnijcie czém jest kościelna klątwa! Śmierć to jest i gorzéj niżeli ona. Wyklętego człowieka nie zna rodzina, nie zna go żona i dzieci, wszystkie węzły, co go łączyły ze światem żyjących w Chrystusie pękają. Konającemu kropli wody, umierającemu strzechy i progu musi odmówić każdy; odwrócą się odeń wszyscy jak od zapowietrzonego i trędowatego... Nikt mu nie winien posłuszeństwa, nikt nad nim litować się nie może. Wyklęty człowiekiem być przestaje, a staje się zwierzęciem dzikiém.
Duchowny słuchał w milczeniu posępném.
— Lecz niżeli to straszne rzeczecie słowo, czyli nie pozostaje nic? nie godziż się probować jeszcze?
— Nic nie skutkuje! Urągowiskiem odpowiada i groźbą. To ostatni, jedyny oręż, wszystkie inne o żelazną tę duszę się skruszyły, odtrącił, wyszydził, odepchnął wszystko. Nie zna kościoła, kościół go znać nie może.
To mówiąc biskup razy kilka przeszedł się po izdebce, głowę na piersi zwiesiwszy, westchnienie mu się ciężkie wyrwało.
— Ojcze mój! — rzekł stając przed nim — nie obwiniajcie mnie w duszy waszéj o brak miłosierdzia, lepiéj jest, ażeby jeden zły zginął, niżby przezeń kraj ten i ziemie przepadać miały, w pogański obyczaj się zanurzyły, do dziczy wróciły przez rozkiełznaną rozpustę. Tak chce Bóg, tak chce nad narodem litość. Słyszałeś ich skargi, jam patrzał na czyny. Tarza się w rozpuście i okrucieństwach, aby okazał, iż nikomu nie jest winien posłuszeństwa, ani Bogu ni kościołowi.
Wiecie co uczynił dziś, aby zohydził suknię kapłańską i stan nasz?
Duchowny dał głową znak przeczący.
— Składano mu daniny — mówił biskup. — Wezwał skarbny kleryka do pomocy, aby mu czytał ziemie i powiaty. Król z oczów biedaka widząc iż się mnogim skarbom przypatrywał chciwie, dozwolił mu ich wziąć ile uniesie. Padł kleryk pod ciężarem złota złamany, na pośmiewisko czerni ze stanu duchownego. Ciało jego bez pogrzebu ohydnie do Wisły rzucić kazano. Dlaczego to uczynił? oto, aby ludziom na oczy okazał, iż niepomiernie chciwi i łakomi jesteśmy, wydziercy i łupieżcy, gdy on o skarby nie dba, wspaniałym jest i dobroczynnym. W kleryku tym nas spoliczkował bezbożnik, a sąd i wyrok dał niesłuszny, gdyż ubogi człek nie dla siebie a dla rodziny złota łaknął.
Anathema sit! — powtórzył biskup unosząc się oburzeniem. — anathema sit! Niech on będzie wyklęty, jeżeli niema być wyklętą, pustynią bezpłodną cała ta ziemia za grzechy jego.
Trwało milczenie chwilę, biskup uspokoiwszy się, przystąpił do duchownego, który słowa już rzec nie śmiał.
— Jedźcie, ojcze mój — rzekł — wracajcie do Pragi, opowiedzcie tam, coście tu widzieli i słyszeli, ani tajcie co mam czynić i co postanowiłem. Uczynię to, jakem rzekł, nie lękając się go. Rzym i kościół cały i duchowieństwo całego świata mam za sobą, silnym się czuję, mocen jestem! Uczynię to, bom powinien, uczynię, bo kto przebacza winnemu ten występek uznaje cnotą, a sam staje się winnym zgorszenia. Uczynię bo mi to nakazuje sumienie kapłana, obowiązek pasterza.
— Rzucę nań klątwę! Anathema sit! Zamknę przed nim kościoły, ogłoszę go wywołańcem. Natenczas bezpańskie ziemie nasze niechaj zajmuje Wratysław i panuje nam, aby nie stały otworem dla wrogów, łupieżą dla czerni; niech panuje pomnąc, że na berle krzyż nosi, a tylko w imię Kościoła i razem z nim panować może!!
Umilkł. Duchowny słuchał z pewném ukorzeniem i trwogą, nie śmiejąc mu przerywać.
— Jedźcie do Pragi — powtórzył biskup. — Nieście odemnie te słowa: korona nasza bez głowy, berło świętego Maurycego bez ręki, tron Piastów bez króla, kraj bez ojca zostaje, czeka na Wratysława, aby go objął.
Ziemianie przyjmą go, rycerstwo rade będzie. Dwa potężne królestwa się zjednoczą!
— A cóż się z wywołańcem stanie? — spytał duchowny.
Ks. Stanisław ruszył ramionami pogardliwie.
— Bóg postanowi. Piorun go może razić w polu, wilcy rozszarpać w lesie, głód zamorzyć w ucieczce, srom udusić, zgryzota pożréć, azali wiemy co mu przeznaczono i jaką karą chłostać go zechce ten co nie przebacza??
— Jedź, ojcze mój — dodał — mów, skłaniaj aby byli w pogotowiu, tu im bramy otworzą jak zbawcom.
— Król ma braci, ma syna — ośmielił się cicho szepnąć duchowny.
Biskup pomyślał nieco.
— Ród to jest — rzekł — który już raz ziemianie precz wygnali, którego nie chcą. Gdyby oni znowu na tron weszli, co z sobą przyniosą! Szaleństwo Mieszka, okrucieństwo Bolesława? Zemstę i żal — nie, dosyć ich mieliśmy, innéj nam krwi na tronie potrzeba. Syn, brat, mieliby nieprzyjaciół w ziemianach samych, lękaliby się ich wszyscy. Zresztą w potomstwie Wratysława płynie krew siostry jego Swiatawy.
Gwałtownym ruchem ręki biskup zdał się precz usuwać co mu na drodze stawało, i zakończył nim rozmowę, którą był znużony.
— Jedź, ojcze mój — dodał głosem osłabłym — niech cię Bóg prowadzi. Mów coś widział i słyszałeś.
To mówiąc uściskał go, pobłogosławił, a gdy się za nim drzwi zamknęły, padł na kolana przy ołtarzyku, sparł ręce na nim, głowę skrył w dłoniach, modlił się i w psalmie Dawidowym dla uciśnionéj duszy szukał pokrzepienia.
— „Smutną jest dusza moja...“






Przypisy

  1. Tym wyrazem w liście swym zowie biskupa Wratysław.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.