Boże Narodzenie w Ameryce

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Barszczewski
Tytuł Boże Narodzenie w Ameryce
Pochodzenie Obrazki amerykańskie
Data wydania 1905
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Drukarz M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
BOŻE NARODZENIE W AMERYCE.

Christmas is coming!

Wesoło na ulicach, wesoło w domach, wesoło w sercach.
Boże Narodzenie nadchodzi. O business’ie nawet, o tej wiecznej gonitwie za dolarem, co im każdą chwilę w życiu zajmuje, amerykanie zapominają w dniach przedświątecznych.
Umysł ich zaprzątnięty jest całkiem sprawą ważną, kotłującą się w mózgu, odrywającą od zajęć codziennych: Co ofarować żonie, dzieciom, krewnym i znajomym? Bo nietylko najbliższa rodzina otrzymuje podarunki. Amerykanin więc spisuje, przekreśla, poprawia długą listę podarunków świątecznych. Żona jego czyni to samo, a dzieci biorą przykład z rodziców.
Jeżeli już nie podarki, to przynajmniej pięknie ilustrowane karty pocztowe i obrazki, dochodzące nieraz w cenie do kilku dolarów, z napisem: „Merry Christmas” lub w skróceniu „Merry X-mas” posłać należy krewnym i znajomym dalej zamieszkałym. Jest to święty obowiązek, to też poczta w tygodniu świątecznym dzień i noc pracuje przy zdwojonej liczbie urzędników, listonosze uginają się pod ciężarem toreb naładowanych kartami, listami i paczkami.
Ulice przepełnione, olbrzymie sklepy, bazary, w których dostać można wszystkiego, zacząwszy od mięsa i jarzyn, a skończywszy na biżuterji i bronzach, zamykające zwykle podwoje swe o godz. 6 wieczorem, otwarte są przed świętami do godz. 10-ej i 11-ej w nocy. Miljony dolarów przechodzą z rąk do rąk, najkosztowniejsze zabawki, stroje, książki, meble, fatałaszki znajdują nabywców. Nic nie jest zbyt drogiem dla amerykanina w tym czasie.
Korzystają z tego przekupnie, zwłaszcza fabrykanci cygar.
Bo co dać przyjacielowi, mężowi, narzeczonemu, koledze, jeżeli nie pudełko cygar, gdy lubi palić, a szanujący się amerykanin bez cygara się nie obejdzie, chyba, że zapisał się do bractwa wstrzemięźliwości. Takich jednak nie wielu jest jeszcze. Fabrykują się więc specjalne cygara gwiazdkowe o pięknym kolorze — nakrapiane kwasem, by owe plamki żółte, tak przez amatorów cenione, uwydatniły się na cygarach — o pięknych etykietach, ułożone w pudełkach z jaskrawemi obrazkami i szumnemi napisami w języku hiszpańskim, jak: Vuelta abajo, Flor de Habana, Los mas aromaticos de Cuba, Reina preciosa i inne.
Wszystko to imponuje kupującemu. Rozczarowanie następuje dopiero po zapaleniu takiego cygara. Ale mniejsza o to, darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy. Amerykanin jest filozofem w takich razach. Co najwyżej, — odwdzięczy się na rok przyszły takim samym liściem kapusty. Tymczasem wszyscy się cieszą.
Niemcy wprowadzili do Ameryki zwyczaj przystrajania choinki. Na ulicach przeto i na pustych placach całe lasy świerków i sosen, sprowadzanych wielkiemi jeziorami z puszcz Wisconsinu i prowincji kanadyjskich. Bardziej konserwatywni amerykanie zwyczaju tego nie przyjęli. Zadawalniają się gałązkami oraz wiankami z liści jemioły; zwyczaj starogermański, dotychczas zachowany w Anglji, skąd przywędrował z pierwszymi pielgrzymami purytanami na ląd amerykański. Gdy dzień świąteczny nadchodzi, we wszystkich oknach zjawiają się owe wianki z jemioły. Poznać po nich domy chrześcijańskie.
Gałązka jemioły cieszy się w dniu Bożego Narodzenia szczególnemi względami młodzieży. Bo też nadaje prawo wyjątkowe: Jeżeli pod taką gałązką panna stanie, może być bezkarnie przez chłopca wycałowaną. Chłopcy więc zawieszają gałązki nad drzwiami lub na żyrandolu w środku pokoju bawialnego i czyhają na swe ofiary, jak pająki na muchy. Gdy pająk niczego, to często się zdarza iż muszka zastawionych sieci nie widzi — rozmyślnie. Jeżeli naodwrót, mucha brzydka i stara, chłopcy udają, że zajęci czem innem, nie widzą ofiary, co się im dobrowolnie w sidłach nadstawia.
Santa Claus is coming! woła dziatwa z radością, bo rozkoszna to dla dziatwy postać, ów Santa Claus, którego prototypem miał być św. Mikołaj (St. Nicolaus — stąd Claus). Odziany w kożuch kryty purpurowym aksamitem, obramowany białem futerkiem, w kołpaku z tego samego materjału, pędzi brodacz siwy sankami w szóstkę reniferów zaprzągniętemi, po przestworach niebieskich w noc mroźną Bożego Narodzenia. Za pasem ma rózgi dla niegrzecznych dzieci, a w saniach cały skład zabawek prześlicznych, najróżnorodniejszych.
Z kominów się kurzy, bo na dworze zimno, ale Santa Claus nie zważa na to. Zatrzymuje sanki nad domem, wyładowuje zabawki i rózeczki. A tam na dole w pokojach, u kominków wiszą już rzędem pończoszki lub stoją trzewiczki różnej wielkości. Wszedł Santa Claus kominem do domu i napełnia pończoszki lub trzewiczki uśpionej dziatwy. Odszedł, cisza w domu.
Różowy brzask poranku rozprasza cienie nocy. Dzień Bożego Narodzenia nadszedł. Dziatwa zrywa się z łóżeczek i spieszy do kominków.
— Czy Santa Claus nie zapomniał o nas?
Nie, nie zapomniał, bo oto przy kominku lalki, bębenki, strzelby, gry rozmaite, książki pięknie oprawne, mebelki... gdzieniegdzie rózeczka.
Dzieci wierzą, że im to ów staruszek siwobrody, co w renifery po śnieżnych obłokach jeździ, dla uczczenia dnia Bożego Narodzenia zostawił.
Niewinne złudzenie! W obecnych jednak, trzeźwych czasach i to złudzenie znajduje przeciwników.
— Niepotrzebne — powiadają — po co dzieci poić zabobonami!
W niektórych więc szkołach amerykańskich nauczyciele i nauczycielki kładą dziecinom w główki, co to za głupstwo wierzyć w ową baśń o starowinie, tłukącym się w noc przedświąteczną po przestworzach niebios. Bardzo to rozsądnie, bardzo trzeźwo, nieprawdaż?
Cały dzień dzieciarnia zajęta jest zabawkami swemi. Z mieszkania do mieszkania, z domu do domu biegnie, by się pochwalić darami i zobaczyć, co sąsiedzi dostali. Czeka przytem niecierpliwie wieczora, bo wieczorem bankiet: Christmas dinner z nieodzownym indykiem z borówkami i pudyngiem. Po wieczerzy zabawa, tańce. Chłopcy wysilają się na fortele, by nadobne tancerki pociągnąć pod gałązkę jemioły.
W amerykańskich kościołach katolickich odbywa się w noc Bożego Narodzenia, jak i u nas, nabożeństwo nocne, ale bez owych pieśni serdecznych, co nam tak głęboko w duszy tkwią od dzieciństwa. I owej uroczej wieczerzy wigilijnej, amerykanie nie znają. Polacy jednak amerykańscy zwyczaj prastary, z ojczyzny wyniesiony, zachowali święcie.
Gdy więc z pierwszą gwiazdką na niebie, w dzień wigilijny do wieczerzy siądziemy i najbliżsi sercu naszemu opłatek z nami przełamią; bądźmy pewni, że i tam, hen za oceanem, rodacy nasi opłatkiem poświęcanym łamać się będą i tak jak my za tych, których stracili, łzę żalu uronią...
A gdy w świątyniach naszych odezwie się pieśń odwieczna:

Bóg się rodzi, moc truchleje,
Pan niebiosów obnażony:

to echo jej popłynie przez lądy i morza i zagrzmi przygłuszonemi tęsknotą dźwiękami w łonie latorośli od pnia macierzystego oderwanej...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Barszczewski.