Bankructwo małego Dżeka/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Początek zawsze jest najtrudniejszy. Jeśli miał tyle kłopotu z wydaniem własnego dolara, o ile trudniej było wydać bez błędu pieniądze Pennella.
I tu właśnie koledzy się spieszyli. Co komu potrzebne, zaraz przychodzi do Dżeka.
— Kiedy nareszcie? Jeszcze nie? Kiedy zaczniesz? Dlaczego nie kupujesz? Skąpy taki: dusi pieniądze. Jakby to były jego.
Inni znów przychodzili z pytaniami, na które Dżek odpowiedzieć nie umiał, albo z projektami różnemi, które może były dobre, ale odrazu nie można.
— Te, Dżek. A będziesz dawał na krydę?
To znaczy: bez pieniędzy. Na kredyt. Że później oddadzą.
— Słuchaj, Dżek, kup żołnierzy do naklejania. Kup arkusze z wojskiem, karton i klej.
— Za dwa dolary można dostać ołowianych żołnierzy.
— A będziesz miał papier glansowany do obłożenia kajetów?
— Kup dużo notesików.
— Ja widziałem takie ładne pocztówki.
— Wiesz. Kupuj koperty z markami. Możesz kupić sto marek pocztowych za pięć centów, a potem sprzedawać będziesz pojedynczo, — to kupę pieniędzy zarobisz.
Nic sami nie dali, a tylko chcą mieć. I ani do głowy im przyjdzie, że Dżek musi wszystko liczyć, zapisywać, że musi myśleć o wszystkich, gdy oni — każdy myśli tylko o sobie. Kto chce scyzoryk, dawaj mu scyzoryk kto zbiera marki, dawaj mu marki czy żołnierzy.
Kilku przyniosło po cencie i po dwa centy. I Dżek wydał im kwity. Pennellowi też wydał Dżek kwit na dwa dolary. Tak go nauczył Horton z siódmego oddziału.
Dżek kupił taki sam kwitarjusz, to znaczy książeczkę z dziurkami, żeby łatwo było odrywać. Bardzo praktycznie i mądrze to wymyślone. Każdy kwit ma numer, żeby była kontrola. Naprzykład Passon dał centa. Tam już jest wydrukowane, że kwit, i miejsce, gdzie się pisze, kto i ile, i miejsce na datę.
Kwit dla Pennella napisał Dżek w domu, i to było nawet przyjemne; i odrywać z tych dziurek także przyjemnie. A następne kwity musiał pisać w szkole, jak nie było czasu, a jeszcze się pchali, żeby zobaczyć.
— Oo, jakie koślawe napisał.
— Oo, jak nabazgrane.
Jeden nawet powiedział, że nie chce takiego kwitu. Bo się kleks zrobił.
Ostatni kwit napisała Nelly.
— Napisz, Nelly, ty tak ładnie piszesz.
— A jak zepsuję? — odpowiedziała Nelly.
— Nie bój się: ja ci pokażę.
Ani się Dżek spodziewał, że pójdzie tak łatwo. Dżek nie zapytał się, czy Nelly chce mu pomagać, boby się pewnie nie zgodziła. Prosił tylko, żeby napisała. I będzie już zawsze musiała.
Horton z siódmego oddziału niebardzo Dżeka nauczył:
— U was się nie uda. Zawracanie głowy. Trzeba znać ułamki i procenty. Tego ci nie mogę wytłumaczyć, bo i tak nie zrozumiesz. Ja prowadzę jeszcze to i to, ale dla ciebie i tak będzie dobrze. Waszej pani się zdaje, że kooperatywa — to zabawa.
Dżekowi było bardzo nieprzyjemnie, ale trudno. Zawsze się trochę dowie, a zresztą pani kazała.
— To jest książka magazynowa. Tu się zapisuje, co kupiłeś dla kooperatywy, a po tej stronie, co sprzedałeś. Patrz: kupiłem pięć tuzinów kajetów, a tu sprzedałem 10 i 4 i 5 i 3 i 5. No, ile będzie razem?
Dżek się pomylił.
— No, widzisz, nawet dodawać nie umiesz.
— Umiem dodawać, — powiedział Dżek. — Będzie 27.
— Ale się mylisz. A teraz powiedz, ile powinienem mieć w szafie.
— Pięć tuzinów, to 60, a 60 bez 27, to 33.
— A teraz przelicz.
Wyjął z szafy kajety, Dżek przeliczył: było 32.
Teraz Horton znów się zawstydził.
— Prawda. Zapomniałem zapisać, że jeden kajet wziąłem na administrację.
— Co to jest?
— Kiedyindziej ci powiem.
Tak się skończyła rozmowa z Hortonem.
Trudno: gdyby Horton chciał, mógłby lepiej i więcej powiedzieć, ale i tak był mu Dżek wdzięczny. Książka magazynowa jest naprawdę potrzebna. Ważne bardzo, żeby zapisać, co się kupuje i co sprzedaje. I jak się trzeba pilnować, żeby się nie omylić, albo nie zapomnieć wpisać. Horton chciał się pochwalić, że ma wszystko w porządku, i było mu nieprzyjemnie.
I jakie to podobne do arytmetyki:
— Kupiec kupił 5 tuzinów kajetów i sprzedał 10, 4, 5, 3 i 5. Ile mu zostało? Pierwsze pytanie: ile kajetów kupiec kupił? Trzeba 12 pomnożyć przez 5. Ile kupiec sprzedał? 10 + 4 + 5 + 3 + 5 = 27. Ile mu zostało? Nawet może być i tak: ile mu zostało, jeżeli zapomniał zanotować jeden sprzedany kajet?
Jakie to ładne. Zupełnie, jak czarodziejska sztuka. Bierze do ręki kajet i mówi: »w tej zamkniętej szafie jest tyle tego, tyle tego, tyle tego«. Otwierają szafę, liczą — i naprawdę zgadł: wszystko się zgadza. Żeby pokazać komuś, dzikiemu jakiemu, toby myślał, że czary. Patrzy na jakieś kreseczki i wie, co się dzieje w zamkniętej szafie, do której nigdy nie zaglądał.
Dlaczego Dżek się ociągał, dlaczego nie zaczął odrazu?
Bo nie wiedział i bał się, że zrobi głupio, i zaraz z początku zepsuje. Bo początek nietylko jest najtrudniejszy, ale i najważniejszy zarazem.
Więc przedewszystkiem.
Czy zakupić kajety i inne przybory tak, żeby sprzedawać taniej, niż w sklepach, czy cena ma być ta sama, tylko gatunek lepszy? Czy sprzedawać z zarobkiem, czy nie?
Myśli Dżek, — myśli, — myśli, — ale nie wie. Więc udał się znów do Tafta z prośbą o radę.
— Muszę cię pocieszyć, — powiedział mister Taft, — ale i zmartwić także. Pociechą niech ci będzie wiadomość, że trudności, które spotykasz, nie płyną ani z twojego młodego jeszcze rozumu, ani z braku doświadczenia. W kupiectwie, w handlu — najważniejsza jest kalkulacja. Kalkulacja — to jest obliczenie, ile płacić, ile zarabiać, za ile sprzedawać. I to właśnie, że musisz z góry obliczyć, co będzie, — jest strasznie trudne. Bo kto kupi, nie wiesz, boś ani widział, ani rozmawiał, ani znasz kupujących. A oni są bardzo kapryśni. Za jedno chętnie płacą, a za drugie nie. Czasem wolą lepszy towar drożej, czasem gorszy taniej. Czasem najostrożniejsza kalkulacja się nie uda. I to jest ryzyko handlu. Tak, jak loteryjka. A często jakby na złość: kupiłem lepsze coś, a oni chcą gorsze, byle tanio. Bo zobacz tylko...
Mister Taft wyjął pudło i pokazał Dżekowi laurki, — takie arkusze papieru, gdzie na górze są różne kwiaty, anioły, — pisze się na tych arkuszach powinszowania.
— Prawda, że ładne?
— Śliczne.
Na jednych róże, na drugich maki, bratki, różne bukiety, wieńce, girlandy, kosze niezapominajek.
— No i cóż? Dwa lata to leży, i nikt nie kupuje. I pytam się, dlaczego? Nie wiem. Widzisz, ja stary nie wiem, a ty chcesz już wiedzieć. Musisz sprobować. Na to niema rady. Raz się uda, raz nie.
Więc Dżek sprobował.
Kupił na początek po dwa tuziny zeszytów w kratkę, w jedną i w dwie linje, kupił tuzin ołówków, farby, kredki, stalki, i na próbę kilka cyrkli, linij i ekierek, papier szary i kolorowy glansowany, bibułę, karton i dwa scyzoryki.
Mister Taft dał rachunek i rabat. Policzył taniej, bo bierze odrazu dużo.
I nowy kłopot:
— Jak teraz liczyć?
Tu już postanowił naradzić się z panią.
Jeszcze muszę wspomnieć o wielkiem niebezpieczeństwie, które mu groziło; na szczęście skończyło się dobrze.
Bo kiedy Dżek z całą tą paką przechodził przez plac, nagle lunął straszny deszcz. Paka była zawinięta w papier, ale deszcz był tak okropny, że odrazu zrobiło się mokre. Dżek schował pod palto i pędzi do bramy, aż mu ręce mdleją, bo ciężko. A przed bramą akurat z dziurawej rynny wali woda. Dżek chciał przeskoczyć, ale się poślizgnął. I papier pękł. Dżek jeszcze zdążył złapać, ale już w bramie trochę mu się wysypało.
Tylko dwa kajety troszkę się zamoczyły na brzegu i jeden się zgniótł i jeden ołówek mu zginął. Bo mu chłopak pomógł w bramie, więc może on wziął.
Ale Dżek chciał przynieść do klasy ładną, wielką pakę, a tymczasem tak mu się stało. Mało nie płakał ze zmartwienia. Szkoda nie tak duża, jeśli zważyć, co mogło się stać, gdyby wszystko wpadło do wody. Ale wstyd przed klasą.
Zaczną żartować, nazwą go niezdarą.
Tymczasem nie. Cała klasa okazała mu współczucie. Zgnieciony kajet można położyć na spód, i się wyprostuje. To na brzeżku wyschnie i nawet znać nie będzie. Farby są doskonałe; sam Morris pochwalił, a on się zna przecież. Ołówki też dobre: tej firmy ołówki są najlepsze — Morris zna tę firmę. Scyzoryki — ba — tu znów Dżek wybrał, więc wie; szkoda, że takie drogie.
— Uff, jacy my teraz bogaci, — mówi Fil.
Dziewczynki już chcą kupować glansowany papier, — wszystkie chcą czerwony, bo najładniejszy.
— Czy bibuły trzeba cały arkusz kupować, czy Dżek pokraje na kawałki? Jeżeli chce pokrajać, chętnie mu pomogą. I będzie można wypróbować zarazem scyzoryki. Jeden scyzoryk powinien nawet być dla całej klasy. Żeby pożyczać tymczasem, jak kto chce zatemperować ołówek.
Dżek otworzył szafę. Pomogli mu ułożyć, co prawda niebardzo porządnie, ale po szkole Dżek już poprawi.
Bardzo zajmowała wszystkich myśl, czy oni mają więcej, czy siódmy oddział. Chcieli nawet sprowadzić Hortona, ale Dżek prosił, żeby nie.
Z trudem po drugim dzwonku Dżek zamknął szafę, ale jeszcze stali przy Dżeku i przy szafie. Aż weszła pani.
Już ktoś chciał opowiedzieć, co się stało, ale pani nie dała:
— Dlaczego nie siedzicie na miejscach, nie słyszeliście dzwonka?
Pani była w złym humorze, gniewała się na lekcji, parę razy oglądała suknię i poprawiała włosy. To znaczy, że pani była zła, że zmokła. I prawdę powiedziawszy, klasa nie była zanadto spokojna. Ogromna paka kajetów i tyle różnych rzeczy — nie pozwalały uważać.
Fil poszedł za drzwi, Iim o mało co nie wyleciał, Ward stał w kącie, a Dżekowi pani powiedziała, że myśli o niebieskich migdałach i nie uważa na lekcji.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.