Banita (Conrad)/Część V/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część V
Pobierz jako: Pobierz Cała część V jako ePub Pobierz Cała część V jako PDF Pobierz Cała część V jako MOBI
Indeks stron
III.

Z odpłynięciem Luigarda samotność zwarła się dokoła Willemsa, samotność ostatecznego opuszczenia, banicji, opadłych nadzieji. Cisza, w której napróżno rozlegałyby się krzyki rozpaczy, buntownicze, daremne wybuchy.
W sercu banity zapanowała też cisza dni beznadziejnych, wspomnień niezbytych. Wspomnień i żalów, bynajmniej wyrzutów sumienia, na uczucia te bowiem nie bywa miejsca w duszy ludzi przepojonych samopoczuciem swej wyższości, która pragnienia ich, przedsięwzięcia, omyłki same osłania nieprzeniknionym puklerzem fatalizmu.
Dni mijały równe i monotonne, w jasnych wschodach i melancholijnych zachodach słońca, znojnym upale południa i głębokim mroku nocy. Ile ich minęło: dwa, trzy czy więcej, Willems nie liczył, odkąd Luigard odpłynął, mrok nieprzenikniony zamroczył mu duszę. Wpół senny, apatyczny, błąkał się po dziedzińcach osamotniałej osady, śród szałasów rozbitych na palach nad rzeką, które z pustych drzwi zdawały się go podpatrywać, śledzić podejrzliwie, odpychać obcego sobie przybłędę tem wszystkiem, co śród ścian tych i pod stropami, dyszało kiedybądź innem życiem, inną duszą, tak głęboko, tak wyniośle gardzonych przez Willemsa, z miejsc tych wypartych tubylców. Ciężką stopą potrącał węgle wygasłych ognisk, podnosił tumany kurzu z białych popielisk, łamał łodygi traw wysokich i kielichy kwiecia dzikiego, któregoby nazwać nie potrafił, przechodził z miejsca na miejsce, tułacz apatyczny, niespokojny, w ciasnem kole zwarty pomiędzy wstęgą wody, a nieprzebytym murem lasu, a w sercu i myśli jego było jak w tych głuchych, opuszczonych ruderach, jak w tych lasach nieprzeniknionej głuszy, jak na tych wód migotliwych, nieuchwytnych połyskach.
Zdala śledziły go wygasłe źrenice starej niewolnicy i Aïszy wielkie, smutne oczy. Trzy te istoty, rzucone niby drzazgi rozbitych szczątków okrętu ludzkości na puste, dzikie wybrzeże istne rozbitki, wsłuchiwały się w przypływu i odpływu wód szmery, w samotności beznadziejną ciszę. W dwóch młodych piersiach wrzały nadto stłumione ognie namiętności, żalu, rozpaczy, obrzydzenia, miłości i wstrętów. Tych dwoje burza porwała, roztrzaskała, odejmując im wszystko, nawet rezygnację, tę ostateczną ułudę ostatecznej niemocy. Trzecia istota, zgrzybiały świadek ich doli, walk, cierpień, posiadała przynajmniej kamienną apatję starości, godząc się bez buntu na dokonane fakty. Coś się jej może marzyło jeszcze o długich dniach niewoli, o ostatnim swym władcy i o porwanych strzępach obecnej powszedniości, pomiędzy tymi dwojga.. Ot! zgrzybiały, omszały okaz starości, w której postać ludzka tak mało różni się od zgruchotanego, wykrzywionego, poczerniałego pnia drzewa.
Na bieg rzeki Willems zwracał wzrok chciwy więźnia uparcie wpatrzonego w drzwi więziennej celi, w jedyne ujście na swobodę. Godzinami całemi, nie zwracając na słońca żrące promienie, ani na mroku padające smugi, stał na brzegu. Wiatr rozwiewał jego włosy i pokrywające go łachmany; dreszcze przebiegały go nieraz w najgorętsze dnia chwile, ogniste obręcze ściskały czoło i skronie w chłodne nawet wieczory, a on osłupiałym wzrokiem, w którym paliła się gorączka, wpatrywał się w migotliwy, różnobarwnie mieniący się bieg wody, w odbite na jej zwierciadle odbitych drzew rzędy. Las, po przeciwległej stronie, stał zawsze niewzruszony, nieprzenikniony, tajemniczy, szczytami drzew sięgając ku gwiazdom, jak same te gwiazdy niedościgły, chociaż tak blizki. I po tej stronie wybiegał ku rzece gąszczą zarośli, splątanemi jak sklepienia konarami, prostemi, niewzruszonemi jak granitowe kolumny pniami, ludem znieruchomiałych przed wiekami wieków olbrzymów, obojętnych na rozgrywający się u nóg ich dramat ludzi-pigmejów. A śród pigmejów mrowiska Willems czyż nie był najmniejszym, najsłabszym od gromady nieodwołalnie odciętym ułamkiem? Ułamek ten jednak nie myślał, nie marzył, nie śnił, w krótkich i porwanych snach gorączkowych swych nocy o niczem innem, ino o ucieczce, a myślał głębiej, niż korzenie najwyższych drzew sięgnąć mogą, bardziej porywczo, niż skrzydła orłów wzbić się zdołają, z mocą, co wszystko zdruzgotać, wszystko przeniknąć winna, z siłą, co góry i lasy przenosić mocna, z gorącością, co ocean do dna wychylić i osuszyćby mogła, z głębokością i porywczością ludzkiego serca. Wieczysty rozdźwięk, wieczyste nad człowiekiem przekleństwo, a do dostojności ludzkiej jedyny szczebel i prawo jedyne.
Trzeba było coś począć, coś obmyśleć. Nie tak znów trudno związać tratwę, płyt puścić na rzeki koryto...
Willems widział już siebie obalającym stuletnich drzew maszty, spławiającym je ze strumieni biegiem, wiążącym ljanami od lin mocniejszemi. Widział morze zbałwanione, groźne, burzliwe. Mniejsza z tem! Morze, którego przestworza pruły dzioby okrętów i łodzie skrzydlate, które objeżdżały inne, od tych przeklętych, lądy, na których byli ludzie „biali“, jemu podobni, do których tęsknił, bez których żyć nie mógł, którzy go wyratują, wesprą, zrozumieją, ocenią; lądy, gdzie jest pożywienie, odzież, są mieszkalne domy i sprzęty, łóżka, pościel, widelce i łyżki, pojazdy, kawiarnie, a i kościoły przez porządnych uczęszczane ludzi. I on, Willems, będzie się w nich modlił. Przypomni sobie pacierze, jakich się wyuczył w dzieciństwie w rodzinnem swem mieście. O! wszystkie te niezbędne dodatki: potrzeby cywilizacje, kraje, kędy ludzie siadają na krzesłach, nie podwijając pod siebie nóg jak małpy, jadają na białych obrusach i porcelanowych talerzach; mają znajomych i towarzyszy, z którymi zamieniają ukłony i słowa — czcze bodaj, byle zrozumiałe, w rodzinnej mowie, co jest zasadniczem, rodzonem, elementarnem prawem ludzkiem, zupełnie takiem jak powietrze, światło, ciepło. Tam łatwo być dobrym, uprzejmym, pracować, wzbogacać się, palić cygara, robić sprawunki, kupować potrzebne rzeczy... buty przedewszystkiem, a i koszulę białą, czystą, świeżo upraną, żelazkiem dobrze wygładzoną. Tam życie, rozkosz...
I aby to osiągnąć, wystarczy ściąć drzew kilka. Kilka? Ależ jedno wystarczy! Słyszał o tem od tubylców. Tak! jedno wystarczyć może...
Porwał się z takiem rozmachem, jak gdyby najbliższe drzewo miał powalić. Porwał się, stanął jak wryty: miał w kieszeni zaledwie scyzoryk.
Rzucił się na ziemię; zmęczony był, wyczerpany tak, jak gdyby już istotnie zrąbał drzewo, związał tratwę, przepłynął rzekę i morze, zdobył fortunę. Znów mu się wzrok zapalił. Dostrzegł spływające z biegiem wody kłody... dopłynąć, dosiąść, uciec... byle uciec, mniejsza z tem, jak, gdzie, za jaką cenę... chociażby życia. Pożerało go łaknięcie swobody, ucieczki, a serce w nim zamierało.
Odwrócił głowę, skrył twarz w dłonie. Widziały mu się niezmierzone przestrzenie, horyzonty, lazury niebios i wód lazury, po których spływał kloc drzewa, z uczepionym u gałęzi widmem człowieka. Nie było okrętu, ni łodzi, ni lądu, była śmierć pewna, nieunikniona, powolna...
Jęknął głośno.
Śmierć! Za młody był... lepiej banicja, wygnanie, samotność, wszystko. Czy tylko naprawdę sam tu pozostał? Czyż nie czaiła się za nim śmierć nieodstępna? Wyglądała z za krzaków, pełzała w wysokich trawach, spuszczała się z chmur, powstawała z mgły — dzwoniła w rzece, wiała wiatru powiewem, zimną ręką sięgała po jego mózg, po serce. O niej tylko myślał, ją widział tak blizką siebie, że czuł jej mroźny odech na swych ustach; tak blizką, że chwilami wyciągał przed się ramiona, by odepchnąć ohydną. Zatruła mu życie, powietrze, którem oddychał, zaćmiła jutrznie różowe i złote słońca zachody, jasność dzienną i miesiąc srebrzysty. Widział ją, blado-zieloną, przeźroczyście kościstą, przesuwającą się pomiędzy wysokiemi pniami drzew, czołgającą się pod siecią wikliny; widział w liściach olbrzymich, grubych, wysuwających się jak palce ręki, gotowej uchwycić, zdusić w śmiertelnym uścisku...
A jednak świat oddychał życiem. Wszyscy ci, których znał kiedybądź i pamiętał, istnieli, oddychali, ruszali się. Widział ich niby w dalekiej perspektywie, umniejszonych, lecz wyraźnych, ciągnących długim, nie dającym się zatrzymać ni pochwycić korowodem. On sam pozostawał wyrzucony z obiegu, poza kołem ruchu, działania, otoczony wybujałością roślinną sfer podzwrotnikowych. Wybujałość ta przetrwa go, pokryje miejsce, gdzie on padnie. W głowie mu się mieszało: chciałby się oprzeć na czemś mocnem, czuł potrzebę dotykać, tulić do piersi to, co wiekuiście, lata i lat dziesiątki trwać będzie w słońcu, w rozkwicie, w woni. Rad by się tarzać po wilgotnej, słońcem rozgrzanej ziemi. Po co? Wszak umrzeć musi i legnie w ciepłej jej wilgoci, sztywny, zimny chłodem, co się rozgrzać nie daje, powoli, z materji przemianą wsiąkając w drzewa, co nad nim rozpościerają konary, w roje much brzęczących i barwnych motyli, a te tam inne, do samej ziemi przepadłe kohorty drobnych potworków pełzających, biegających na niezliczonych nóżkach, z rogami, trąbami, szczypcami... Wszystko to rzuci się nań, skoro tylko ścięty uściskiem śmierci legnie, rozszarpie go, rozniesie cząstkę po cząstce, atom po atomie... I nikt nie spostrzeże jego nieobecności, chociaż na zawsze zniknie z powierzchni ziemi, nikt po nim nie zapłacze, nie wspomni go...
Dziwactwo! Przywidzenie chorobliwe. Tak nie będzie, tak nic być nie może. Znajdzie wyjście, ratunek. Ktobądź się zjawi, nadejdzie, nadpłynie; ujrzy ludzką istotę, a on przemówi, opowie, zostanie wysłuchany, a nie, to siłą wymoże. Silny jest przecie... o! i jak mocny!
Dźwigał się w szalonych nadziei przystępie i znów stygł, upadał, włócząc się tak z miejsca na miejsce, dopóki, wyczerpany fizycznie zeznać musiał, że nawet fizycznem zmęczeniem duszy swej ukoić nie mógł. Mógłże zaznać chwili spoczynku w tem obszernem swem więzieniu — bez wyjścia. Dawał mu ją chyba sen ciężki, bez rojeń i wspomnień, sen ołowiany. Tęsknił za nim, jak za przerwą tortury.
Pasował się tak z sobą, cierpiał ustawiczną trawiony gorączką, pod ustawicznie utkwionym w sobie wzrokiem milczącej Aïszy. Dzieliła jego męki, zdumiona niemi, nie rozumiejąc ich, zraniona śmiertelnie jego chłodem, nie ukrywanym wstrętem, nienawiścią płonącą w oku, tajemnicą lodowego milczenia, groźbą rzadkich słów syczących gniewem, tych słów strasznych i od strzał zatrutych ostrzejszych, które „biali“ wypuszczają z kołczana swego serca, słów co ranią, ogłuszają, upokarzają. Czuła w samym jego głosie chęć zranienia, upokorzenia jej, co mu się oddała bez żadnych zastrzeżeń całkowicie, piękność swą, młodość, serce, wszystko co miała niosąc w ofierze jak bóstwu, przed którym korzyć się pragnęła. Jej, co mu chciała otworzyć drogę do bogactwa i władzy, podtrzymywać go i czuwać nad nim...
Wiekuiste, wiekuiście zawiedzione rojenia każdego niewieściego, prawdziwie kochającego serca. Z zetknięcia się z „białymi“, w ciągu krótkiego, lecz burzliwego życia, pozostało jej wrażenie ich wszechwładztwa i okrutnej mocy. W Willemsie znała uosobienie typu. Wszyscy zresztą „biali“ podobni byli, lecz tego serce pełne było goryczy względem swoich, a pożądania jej, to też w kobiecej swej prostocie zaroiła o wpływach i silniejszej nad zmysłowe upojenie spójni, o czemś nierozerwalnem, wiekuistem, nieskończenie tkliwem i słodkiem. W pierwszych już chwilach przerażał ją groźny poszept przeczuć wobec jego wahań się, oporu, niechęci, z kobiecego jednak serca zaślepieniem zgłuszyła przeczuć złowrogie poszepty, ufna w miłości głos i prawa, w swych wdzięków potęgę. Tak! przywiąże go do siebie nierozerwalnymi więzami, skoro się jej uda przeciąć słabe nici wiążące go jeszcze z przeszłością, z własną rasą. Nie rozumiała i zrozumieć nie mogła jego potrzeb i ideałów. Wiekuiste nieporozumienie pomiędzy kochankami, w które nie same „kolorowe“ niewiasty popadają. Aïsza na cokół miłości wzbiła bohatera wedle własnej modły: bojownika, wodza, autokratę gwałtownego, gotowego zdradzać sprzymierzeńców dla własnej korzyści, lub z miłości dla kobiety. Nie byłoż to naturalne? Willems był silny, musiał być wielkim, swoi go odepchnęli, mścić się na nich był winien. On i ona stali naprzeciw siebie rozdzieleni wysokim murem, o którym ona pojęcia nie miała, z innego wyrosła gruntu, pod odmiennem niebem. Śniły jej się wciąż jego ogniste, pożądaniem zapalone spojrzenia, drżące namiętnością ramiona, zaklęcia, tęsknoty. Sądziła, że to trwać będzie, trwać musi — wieczyście. Jemu się śniły bulwary i kawiarnie, interesy, gorączka rynków podaży i pokupu, złoto, wygody życia kulturalnego, lub które za kulturalne uchodzi. Ona kobieta, była igraszką własnego serca i miłości, co serce i życie kobiety wypełnia po same brzegi. On ślepem narzędziem nabytych nałogów, przesądów i tej nieograniczonej wiary w siebie i w nieprzekraczalne granice, jako też w ostateczną doskonałość własnej kultury.
W chwili nudy, osamotnienia, niesmaków przeróżnych, zjawiła mu się świeża, nowa, ponętna niepartym nowości urokiem i jednem dotknięciem swych gorących, miękkich dłoni, zniszczyła przyszłość, pozbawiła dostojeństwa rozumnego, cywilizowanego człowieka, wyrwała z naturalnego środowiska, popchnęła do niecnego czynu, co rozerwał przepaść dzielącą go od równych jemu, skazał go na męki osamotnienia w dzikiej głuszy. Mógłże to jej wybaczyć? Spojrzenia od niej odwracał, bojąc się zabić ją wzrokiem. Ręki wyciągnąć nie śmiał, by się nie zwarła nad nią zbrodniczo. A ona — oczu oderwać od niego nie mogła, patrzyła na niego, spojrzeniem wodziła za nim, wylękła, wyczekująca, cierpliwa, pokorna, błagalna.
W oczach jej wielkich, do niedawna promiennych, teraz śmiertelnie smutnych, był ból i jakgdyby zdziwienie niesłusznie skatowanego psa, ból zaczątkowej duszy, zdolnej odczuć cierpienie, nie zdolnej powziąć nadziei, ani się wznieść nad brutalną oczywistość faktów, ani się od nich oderwać, ani się przeciw nim opancerzyć, w poczuciu własnej godności. Rozumiała gniew, nienawiść rozumiała, nie zdolna rozumieć wspaniałomyślności i wybaczenia.
Przez pierwsze trzy dni po odpłynięciu Luigarda, Willems nie przemówił do Aïszy ani słowa. Milczenie to wolała od dźwięku wzgardy i nienawiści, w pomruku niezrozumiałych jego słów. Po wybuchach gwałtownego uniesienia nastąpiła reakcja apatji. Przez trzy dni Willems nie opuszczał niemal brzegu rzeki. Może bagniste to wybrzeże zdawało mu się blizkiem upragnionej swobody? Pozostawał tam do późna wpatrzony w odbicia zachodu w wodzie, co złocista zrazu, pokrywała się krwistemi, a potem rdzawemi plamami.
Jednego wieczoru pozostał nad brzegiem dłużej, nie zważając na mgliste opary, co go owinęły w szare zwoje. Przebiegające go dreszcze wróciły mu świadomość rzeczywistości; skierował kroki do domu. Aïsza podniosła się od ogniska, co się rozpalało pod gęstego jeszcze dymu czapką i zaszła mu drogę. W zmroku wyglądała na postać modlącej się ze złożonemi dłońmi kobiety. Zatrzymał się, spojrzał na nią. Tyle w postawie jej było nieszukanego wdzięku, a w zmroku oczy jej świeciły tak jasno... Odwrócił głowę i miał już wejść pod dach, lecz usłyszał stąpanie za sobą. Przeląkł się. Nie chciał pozostać z nią sam ani przez krótką chwilę w tym głuchym, ciemnym domu. Stanął we drzwiach.
— Pozwól mi wejść — mówiła łagodnie — chcę być z tobą, przy tobie. Gniewasz się? za co? Milczysz... Smutny jesteś? Pozwól, niech czuwam u twego boku. Wiesz dobrze, jak wiernie czuwać umiem, by ci nic snu nie zakłóciło... Pozwól! czekam od tak dawna na uśmiech, słowo... sił mi już nie staje czekać daremnie... Spójrz na mnie, przemów. Czy cię złe opanowały moce? Złe duchy gryzą twe serce i chcą pozbawić siły i odwagi, odebrać mi twą miłość. Odpędź je... pozwól, odpędzę, zaklnę... Zapomnij o tem co boli, złe serca i złych ludzi zapomnij twarze. Pamiętaj o dniu, w którym mię spotkałeś nad czystym w lesie strumieniem. Serce ty moje! miłości! życie!
Ciche jej drżące słowa zdawały się łez pełne, dźwięczały jak kołysanka, powołująca do spoczynku... Dokoła lasy, rzeka, wązki pas łąki, noc zapadająca, wszystko zdawało się słuchać głosu i słów miłości. Zamilkła — słuchała ich jeszcze cisza sama.
Willems obrócił się pomału, niechętnie, wyższej jakiejś niż własna wola ulegając sile. Stała z głową pochyloną, z twarzą skrytą w obu dłoniach. Wzrok Willemsa prześliznął się po niej, szukając przeźroczystości nocnego nieba. Wywierało ono wrażenie nieskończoności, zdawało się wyższe, a powiewy lekkie wiatru podobne były do gwiazd westchnień. Powietrze było świeże, wonne. Willems poczuł lęk samotności i po raz wtóry w życiu zeznał swą małość, słabość, chciał zawołać o pomoc, lecz któżby mu odpowiedział? Czuł niezwalczoną potrzebę wyciągnięcia ramion z prośbą o oparcie, sympatię, pociechę — ale do kogo? Nie miał nikogo na ziemi i pod niebem, nikogo prócz niej, Aïszy!
W sercu wezbrała mu litość, opadł gniew; żal do tej, której przypisywał swą niedolę, ustąpił pragnieniu pociechy, zapomnienia. Na mgnienie oka czuł się zdolnym zstąpić ze swego cokółu mniemanej wyższości, odtrącić ambicję, przesądy wyższej swej cywilizacji, przycisnąć tę wierną, kochającą, do serca, szczerze, tkliwie, jak brat siostrę, równy równą. Kto wie, znajdzie może przy niej zapomnienie. Czy nie za ciężką, w miarę winy, spotkała go kara? Nieba nie znały litości! Ha! litości! Wszak o nią nie prosił, nie szukał. W objęciach Aïszy znajdzie upojenie, pod wpływem którego zwichnął się... Miałże to opłacać męką całego życia? Czuł się już upojony subtelną wonią południowej nocy, był zrozpaczony samotnością, milczeniem, wspomnieniami. Najlepsze porywy jego istoty ciągnęły go ku tej niewieściej postaci, stojącej przed nim cicho, odwołującej się do praw swej wielkiej, zupełnej miłości...
Porwał ją w objęcia, przycisnął do serca. Zarzuciła mu ręce na szyję z urwanym okrzykiem radosnego zdziwienia. Tulił ją do siebie, czekał znanego sobie upojenia, szału, czuł, jak stygnie, zmęczony, nie zdolny oderwać się od pożerających go zgryzot. Garnęła się do niego drżąc z radości. Słyszał szmer słów pieszczotliwych, czuł twarz jej, oddech na swych piersiach. Mówiła mu o przeszłości, lepszej przyszłości znów pewna. Nie, nie wątpiła o nim, o jego miłości, nie wątpiła ani przez chwilę, nigdy. Nawet gdy się odwracał od niej, serce się jej rwało, krajało, lecz wiedziała, że oczy, co się od niej odwracają, błądzą po krainie wspomnień, po innej ziemi, po swojej. Ale teraz nie wróci już tam, nie wróci! Zapomni zimne twarze, twarde spojrzenia i dłonie, zimniejsze, twardsze serca „białych“, co już bracią jego nie są, co go skrzywdzili. Po co myśleć o nich, po co?
Słuchał jej szeptu z ciężkiem sercem. Sztywniał, cisnąc ją machinalnie do piersi. Zapomnieć tamtych „białych“! Świat pustką stał przed nim, był ogołoconym ze wszystkiego, ze swobody, zapomnienia, pociechy, nawet z tej palącej namiętności, której poświęcił wszystko. Ona szeptała mu o miłości, pokoju, pogodzie dni i lat długich, z wiarą w możność osiągnięcia i zapewnienia mu pokoju, pogody dni i lat długich aż do nieskończoności...
Stał sztywny, machinalnie trzymając ją w ostygłych ramionach, zapatrzony ponad jej pochyloną na swe piersi ufnie głową, w mroki zsuwające się na dziedziniec, w ciemną noc rozpostartą pod parasolem rozpiętego nad dziedzińcem olbrzymiego drzewa. I zdało mu się, że mroki te, cienie wyciągają się, zagarniają go, pochłaniają niby otchłań, w którą wcześniej czy później wpaść musi...
Wczesnym rankiem otworzył drzwi domu, słysząc poza sobą równy oddech śpiącej Aïszy. On oka przez noc całą nie zmrużył. Teraz ziewał, czuł się strasznie zmęczony, uprzednia ogarniała go apatia, zgrzybiałość nagła. Stojąc na wzniesionej ponad poziomem dziedzińca werandzie, patrzał w osłupieniu w cienie nocy, pierzchające za bambusowe płoty, pełzające jeszcze pod samotnem nad dziedzińcem rozpiętem drzewem. Dalej, na tle różowiejącego wschodu, ciemna knieja lasów, poza którą szumiało morze, spowitą była w białawej mgły opary. Patrzył przed się osłupiałym, obojętnym, zgasłym wzrokiem.
— Zginąłem! bezpowrotnie zginąłem — szepnął bezdzwięcznie.
Pochylił głowę na piersi tragicznym ruchem obojętnego znużenia i schodząc z werandy pogrążył się w porannych mgłach, szarpanych pierwszym powiewem wschodzącego dnia.








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.