Banita (Conrad)/Część III/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część III
Pobierz jako: Pobierz Cała część III jako ePub Pobierz Cała część III jako PDF Pobierz Cała część III jako MOBI
Indeks stron
I.

— Byle co: psa, kota, byle co nakarmić, odchuchać — wołał Almayer biegając wzdłuż i wszerz werandy. Pewien jestem ojcze! że gdybyś spotkał zbiedzonego tygrysa, podałbyś mu jeść, nie bacząc, że cię samego pożre, lub że zmuszony będziesz puścić mu w łeb kulę. Pal je! ofiary twego miłosierdzia i współczucia! Same żmije i padalce wślizgają się w twe łaski. Przeklęty niech będzie dzień, w którymś go spotkał, przeklęty...
— Dość już, dość, wystarczy! — mruknął pod wąsem Luigard, a Almayer, wymiotawszy wściekłość, stanął uspokojony i zaczerpnął powietrza.
— Ach! — mówił odsapując. Zawsze tak bywało! stare to bajki. Pamiętam! A jak tam było z tym zdychającym z głodu psem coś go dobrotliwie sam przyniósł na pokład? Wściekł się nazajutrz i o mało ciebie samego nie pokąsał. Co? może nie tak? Porwał rękaw najpiękniejszego twego serang‘a i sam pomagałeś nam potem wiązać go liną od kotwicy. Co? Może nie tak? Aha! a jakeś umyślił zboczyć z drogi by nieść pomoc Chińczykom, których łodzie rozbiły się pod Formozą. Dobrześ wyszedł na tem? We dwie doby potem wszystkich miałeś na swych piętach — rybaków, nie rybaków, złodziei, rozbójników, żółtych diabłów i sam z góry wiedziałeś co warte te rozbitki i sam ich później ścigać musiałeś, narażając własnych ludzi i własne życie. A gdybyś w tych przeklętych, jak ołów ciężkich, żółtych wodach utonął? Piękny zrobiłbym interes obarczony tą twoją adoptowaną córką. Zawsze ojcze tracisz z pamięci coś winien sobie a i mnie poniekąd. Jeśli ją wziąłem, to jedynie dlatego, żeś mi obiecał wzbogacić mnie. Co? możeś nie obiecał, nie raz, a sto razy? Ratować! Kogo? Chińczyków, małpy te żółte! Wstyd o tem pomyśleć.
Ludzkość! etyka! Piękna mi ludzkość, piękna etyka! Ot! tychże samych, pewnie więcej wywieszano, niż połowę, a wszyscy warci byli szubienicy.
— Gadaj zdrów — mruczał Luigard mnąc nieco nerwowo cygaro i spoglądając wpół gniewnie, wpół drwiąco na biegającego w kółko po galerji swego zięcia, tak jak pasterz spoglądający na rozbrykane, ulubione jagnię. Czuł jednak pewną słuszność w czynionych sobie wymówkach; coś mu widocznie dolegało. Almayer przystanął przed nim, z założonemi na piersiach rękoma, wahając się na nogach z boku na bok.
— Pomyśleć! — mówił — że mógłbym zgnić w tej dziurze i nikt by mię nie wyciągnął. Ale co było, teraz gorzej: teraz zrujnowani jesteśmy, doszczętnie zrujnowani. Biedna! biedna moja mała Nina!
Przysunął krzesło, usiadł na nim naprzeciw starego „króla mórz“, jak zwano kapitana Luigard‘a, wpatrując się weń wyłupiastemi oczyma. Luigard obmacał niezliczone kieszenie swego białego ubrania, wyłonił pudełko zapałek, ogryzł cygaro, zapalił, zaciągnął się i z poza kłębów dymu spoglądając na zafrasowanego zięcia, mówił spokojnie:
— Jeślibyś tyle razy co ja był w opałach, spokojniej byś te rzeczy przyjmował. Nie po raz pierwszy bankrutuję, a nic mi się jeszcze złego nie stało, jak to widzisz.
— Widzę, widzę — pomrukiwał z tropu zbity Almayer. — Lecz gdybyś ojcze, zamiast dziś, zjawił się był przed miesiącem inny by obrót rzeczy wzięły. Co potem, że cię tu dziś widzę?
— Pleciesz jak pijana baba — ścisnął ramionami kapitan, wstał z miejsca i wychylając się za barjerę galerji, wzrok puścił po wijącej się wstędze rzeki, po murem stojących, niebotycznych lasach. Po długiej dopiero chwili, zwrócił się do swego w Sambirze zastępcy, mówiąc spokojnie:
— Dziwnie tu dziś cicho i spokojnie.
Almayer podniósł głowę.
— A! ojciec dostrzegł wreszcie! — zawołał. Tak jest, a nie inaczej kapitanie! Miesiąc temu galerja faktorji pełną byłaby śpieszących powitać cię z czołobitnością tych — pal ich! — krajowców. I przedemną czołem bito miesiąc temu, a teraz... Zmieniły się czasy i nie moja w tem wina! Piwa nawarzył ten twój ojcze faworyt, benjaminek, łotr od wszystkich łotrów gorszy. Lala! niema co mówić! Przyłączył się do przeklętych obdartusów, stanął na ich czele! Ot! jak się udał faworyt, benjaminek, gagatek.
— Zuch bo zuch! — mruknął pod siwym wąsem Luigard.
Almayer podskoczył na krześle.
— Piękny mi zuch! I ty to ojcze mówisz — zawołał!
— No! no! nie wściekaj się, bo to nie pomoże. Siedź spokojnie i opowiadaj jak było, od początku do końca. Naprowadził ich, mówisz?
— Ależ bez wątpienia, on był duszą całej wyprawy, sternikiem okrętów Abdulli. On wszystko obmyślił, ułożył, dowiódł gdzie trzeba przeklętego Araba.
— Kiedy? jak? mów zwięźle, bez zbytecznych, krasomówczych zwrotów.
— Było to — począł z rezygnacją Almayer — szesnastego... tak szesnastego dobiegły mię pierwsze wieści o nadpłynięciu okrętu Abdulli. Na razie niechciało mi się w to wierzyć. Dzień następny potwierdził aż nadto hiobowe wieści. W osadzie Lakamby odbyła się walna narada z udziałem wszystkich tych obdartusów: był Sahamin, był i Bahassoen, wszyscy nasi dłużnicy tam byli. Osiemnastego okręt przepływał tędy... można go było widzieć z tej galerji. Jak raz sześć tygodni temu.
— I wszystko to z dnia na dzień, bez niczego coby wzbudziło podejrzenia? I nikt cię nie ostrzegł, niczegoś się nie domyślał, niceś nie słyszał — dziwił się kapitan?
— Mało com słyszał — zawołał Almayer — miałem za wymysły to com słyszał. Wszyscy oni tu łgarze.
— Zawsze można odróżnić prawdę od blagi, to co możebne od tego co niemożebne — zauważył Luigard.
Almayer poruszył się na krześle.
— Łotr ten — mówił — zjawił się tu dnia pewnego, o południu... tak! o południu, a wyglądał jak gdyby go samo piekło wylało.
Luigard wyjął z ust cygaro; z pół rozwartemi wargami słuchał ciekawie.
— Tak — ciągnął Almayer nie odrywając oczu od własnych butów. Wyglądał jak piekieł wysłaniec i tak jak gdyby ze śmiertelnej powstał choroby. Musiał mieć gorączkę. Tamto lewe wybrzeże rzeki bagniste i niezdrowe; Europejczycy wytrzymać tam nie mogą. Samo powietrze nad tą przeklętą rzeką...
Zdawało się, że się zamyślił nad sanitarnemi warunkami lewego wybrzeża.
— I cóż dalej — naglił Luigard — przybył mówisz?
— ...Nie struło go jednak doszczętnie. Rogatą ma łotr ten duszę — ciągnął Almayer. Wrócił niby nic, ze zwykłą sobie arogancją, wyzywający: groził mi, wymyślał, lecz nie było w tem nic określonego. Usiłował omotać mię, nastraszyć. Wyobraź sobie ojcze mnie. Wątpię byś mógł pochwalić coś podobnego? Gdybym przypuszczał co zajdzie, większą bym na paplaninę łotra tego zwracał uwagę. Trzasnąłem za nim drzwiami, bo czym mógł przypuszczać, że się zwąchał z tą zgrają bydląt, albo że potrafił przeniknąć drogi, które sam ojcze uznawałeś za nieprzeniknione. Przeniknąć i za przewodnika służyć przeklętemu Arabowi, bo bez tego djabła Abdulli sam bym przecie wszystkiemu tu podołał. Ale Abdulla! wiesz ojcze! zbrojny ma okręt, dwanaście kartaczownic, ze trzydziestu uzbrojonych od stóp do głów ludzi: wszyscy z Sumatry, z Delf, z Aten, gotowi walczyć do upadłego dzień i noc.
— Ależ wiem to doskonale — przerwał potok słów Luigard.
— Zapewne, zapewne — prawił dalej Almayer — ...wszystko to płynęło tędy, pod moim, że tak rzec można nosem. Z galerji tej doskonale widzieć mogłem sternika, jegomość pana Willems‘a, a obok niego pół djabła: Abdullę. I ona tam była, wraz z nimi. Wyłowili ją słyszę poniżej, przepływając wzdłuż osady Lakamba, gdzie Willems miotał się słyszę, jak wściekły i wręcz oświadczył, że jeśli mu jej natychmiast nie wydadzą, nie ruszy krokiem dalej, w łeb sobie palnie, do wody skoczy i niech tam sobie robią co chcą. Nie było rady, wysłano łódź po nią, przybyła na pokład i tu dopiero odegrała się komedja jakiej w Sambirze nie widziano, odkąd lądy te — bagna raczej — wyłoniły się z Oceanu. Padła przed nim na kolana, czołgała się u nóg jego, płakała, bredziła jak w gorączce, przepraszała. Za co? A Bóg ich tam raczy wiedzieć. O niczem innem niema mowy w Sambirze. Opowiadał mi to Ali, Ali wysłany bywa zwykle na zwiady. Ludność miejscowa Willems‘a i tę wiedźmę uważają za coś w rodzaju czarnoksiężnika i czarownicy. I jej ojciec jest magiem, czy tam czemś podobnem. Mieszkają na skraju osady Lakamby, on, ona i stara jakaś kobieta. Czczą ich tam, a może tylko raczej boją się. On gwałtownik, ta znów, jego tylko zna, z nim mówi, nie opuszcza go ani na chwilę. Roje dziwów rozpowiadają o nich! Z tego com słyszał, wnioskuję, że i Lakamba i Abdulla mają go dość. Inni znów twierdzą, że ma odpłynąć na „Lord of the Isler“ — tak się zwie okręt Araba — w charakterze handlowego agenta. Bądź co bądź musi wpierw wyprowadzić stąd okręt, tak jak wwiódł. Arab nie poradzi z tem sam.
Luigard słuchający dotąd z uwagą rozwlekłego i bezładnego opowiadania Almayer‘a, zaczął się przechadzać mierzonym krokiem po galerji. Almayer wodził za nim wzrokiem. Twarz kapitana zdradzała frasunek.
— I mówisz, że był tu u ciebie, przedtem — spytał targając nieco nerwowo siwą swą brodę?
— Tak, był. Opowiadałem już o tem — odparł Almayer. Przychodził z żądaniem pieniędzy, towaru, wszystkiego. A jak się stawiał! Chciał, mówił, na własną rękę handel zaprowadzić, na co strąciłem mu tylko kapelusz z bezczelnego czoła i tak się to skończyło. Mogłemże przypuszczać, jaki obrót weźmie ta sprawa? Że naprowadzi tu tego pół djabła? Z krajowcami to bym sobie odrazu poradził, mając zapewnioną pomoc starego Patalolo.
— Patalolo! właśnie — mruknął Luigard — czyś się z nim porozumiewał?
— A jakże. Dwunastego, na cztery dni przed zjawieniem się okrętu Abdulli, upewniał mnie, że mi tu wszyscy sprzyjają, a wyglądał jak sowa. Radził nie nakłaniać ucha do obiegających Sambir plotek. Musiało to się odnosić do jednego z mieszkańców nadmorskich, który ostrzegł mię o zbliżaniu się nieznanego okrętu, z czem właśnie udałem się był do starego Patalolo. Żadnej do słów moich nie przywiązywał wagi: „Nie, nie, nie“, powtarzał jak papuga, z dziobem poczerniałym betelem. Myślałem, że chory jest, tak się trząsł i tak widocznie chciał się mię pozbyć. Aha! Nazajutrz, jak raz nazajutrz, ów jednooki zbój, co wisi przy polach Lakamba, a wisieć winien na szubienicy — ten... ten... Babalatchi, czy jak go tam! zjawił się u mnie, przypadkiem niby, niby to przechodząc tędy, wstąpił na dziedziniec faktorji, pogawędzić o tem, o owem, pytał jak prędko, ojcze, jesteś oczekiwany i wygadywał na „wściekłego“, jak go nazywał, „białego“ włóczącego się za córką ślepego Omara, a którego i pan jego Omar i on radziby się jak najprędzej pozbyć. Powiedziałem mu krótko i otwarcie, że jegomość ten bynajmniej nie jest moim przyjacielem, że nie odpowiadam zań wcale i jeśli im dokucza, wyrzucić go mogą. Odszedł kłaniając się głęboko, zapewniając o swoim i pana swego szacunku, wyglądał wcale przyzwoicie i anim się wówczas domyślał, że przyszedł tu na zwiady i tajne narady z obsługującymi faktorję krajowcami, pal ich...
— Dość — ciągnął Almayer — że aż ośmiu odrazu zabrakło przy wieczornym przeglądzie. Nie było co żartować; nie przelewki myślę sobie, ale jak to opuścić faktorję. Wiesz przecie ojcze, jaka moja żona? Dziecka nie mogłem brać z sobą, było za późno, więc wysłałem posłańca do starego osła Patalolo, wzywając go na naradę, gdyż obiegające wieści były istotnie zatrważające...
Luigard przystanął przed opowiadającym, a ten ciągnął z coraz większem ożywieniem:
— Wysłałem, jak zwykle, Alego, a Ali wróciwszy mówi: „Radży pozdrawia białego swego przyjaciela, lecz posłania nie rozumie“. Nie rozumie! i tyle! Ani słowa więcej Ali od niego wyciągnąć nie zdołał, ani słowa. Przyrządził hamak, przyniósł poduszki i dopiero wówczas mówi, że siedziba Patalolo zdała mu się opustoszałą, ognie pogaszono, a w ciemnościach słychać wyrzekania i płacz kobiet...
— Ładne rzeczy, myślę sobie, i aż mię całego mrowie przeszło. Ali odszedł, a mnie sen odbiegł. Leżę i słucham: tu strzały, tam strzały, a w kotły biją, jak gdyby dwadzieścia na raz odprawiało się weselisk. Było już po północy...
Almayer wydął wargi, powiedział wszystko co miał do powiedzenia; Luigard stał głęboko zamyślony. Dwa błękitne bąki wtargnęły na galerję brzęcząc głośno. Luigard odgonił ich kapeluszem. Almayer uchylił w bok głowę, bąki rozbrzęczały się głośniej, a brzęczenie to w ciszy poranku podobne było do dolatujących zdala dźwięków orkiestry. Wyleciały po chwili pozostawiając rozmawiających w spokoju.
— Niema ich wreszcie, odleciały — westchnął jak gdyby z piersi zbył ciężaru, Luigard.
— Pal ich! — oburzył się Almayer — uchronić się przed niemi niepodobna. Wybrzeże pełne much, bąków, komarów, a tną! Tydzień temu Nina została ukąszoną i chorowała całe trzy dni. Biedna moja, mała Nina! I po co to plugastwo istnieje?








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.