Banita (Conrad)/Część II/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Indeks stron
I.

Światło dnia upalnego zalało wyspę, a w gorących, oślepiających promieniach legła kraina cała. Żadne żyjące jestestwo nie odważało się narażać na śmiertelne, słoneczne groty. Słabły siły i wola, myśl wlokła się leniwie, pół senna w południowym znoju i same motyle nikłe na słonecznych zawieszone promieniach bujały nad kwiatami, pomiędzy olśniewającem niebem i spaloną upałem ziemią. Cisza w południe znojnego dnia byłaby zupełną, gdyby jej nie przerywał plusk wirów na zielone brzegi rzeki, szum wirów na podwodnych kamieniach, pląsy biegnącej ku morzom fali.
Almayer odprawił robotników na południowy odpoczynek, i niosąc na karku uśpione swe dziecię szukał schronienia w cieniu okalającej dom galerji. Dziecię położył na krześle, podparł wyciągniętemi z hamaku poduszkami i stał chwilę nad uśpionem, przypatrując mu się z czułością. Dziecko zmęczone i zgrzane, zbudziło się i spojrzało na ojca wpół sennem, zamglonem okiem. Podjął z ziemi odłamany liść palmy i zaczął nim powiewać nad główką dziecka. Dziewczynka uśmiechnęła się i zapadła w sen głęboki.
Almayer odszedł cicho, usiadł na bambusowym fotelu, oparł się o bambusową barjerę galerji i wzrok puścił po lśniącej się w słońcu wstędze rzeki. Stopniowo drzewa na przeciwległym brzegu oddalały się, malały mu w oczach, rozpływały. Przed znużonym jego wzrokiem rozciągały się same słońcem przepojone szafiry. Wkrótce i słońce znikło, pociemniało, wpadał w błogi stan pół omdlenia, spokoju. Parę razy jeszcze otworzył ciężkie powieki, zwarł je...
— Almayer!
Porwał się, wstrząsając cały.
— Co? gdzie? jak? — bełkotał, wychylając się za balaski; po chwili cofnął się nieco zdziwiony.
— Widmo, czy mara — szepnął obojętnie.
— Czy mogę wejść? — pytał przyciszony głos pod balkonem.
Almayer wychylił się znów, zniżonym lecz stanowczym mówiąc głosem:
— Ani się waż. Zbudziłbyś mi dziecko. Tylko co zasnęło. Zresztą nic ci nie mam do powiedzenia...
— Ale ja mam ci coś do powiedzenia — odparł głos za balkonem — i to coś niemałej wagi.
— Tak sądzisz?...
— Tak jest.
— Lubisz żartować — mówił po chwili milczenia obojętnie Almayer. — Zawsześ był, pamiętam! kpiarzem i niektórzy podziwiali twój dowcip. Nie jednego brałeś na kawał, ale nie mnie, nie mnie. Nigdy ci, panie Willems, nie wierzyłem na słowo.
— Nie przeczę, żeś przenikliwy, panie Almayer — odparł wzgardliwie, ze źle utajoną niecierpliwością Willems. — Wysłuchanie tego, co mam do powiedzenia przekona mię o tem jeszcze bardziej i możesz pożałować...
— Oj kpiarzu! kpiarzu! — zaśmiał się drzwi odsuwając Almayer. — Wejdź, bo dostaniesz porażenia słońcem na moim progu. Piekielnie gorąco! Wchodźże, lecz cicho, bo dziecko śpi.
Willems stał na progu galerji istne widmo tego, czem był niedawno jeszcze: spólnik najbogatszego na archipelagu malajskim kupca. Kurtę miał na sobie porwaną i zbrukaną, kapelusz zmięty, włosy nie strzyżone przylgnęły mu do oblanego potem czoła, spadały nierównemi kosmykami na oczy zapadłe lecz płonące gorączką, śród wychudłej twarzy, niby dogorywające węgle śród szarego popiołu. Broda obrosła zapadłe jego policzki. Wyciągnięta powitalnie ku gospodarzowi domu ręka drżała, a usta zaciskały się nad niewypowiedzianem jakimś cierpieniem. Bosy był i zdawał się chwiać na nogach ze zmęczenia.
Almayer obrzucił go niechętnem, krytycznem spojrzeniem. Nie wziął wyciągniętej do siebie ręki, która opadła wzdłuż wysokiej i barczystej, ale wychudzonej postaci przybysza.
— Przyszedłem — począł, czerpiąc ustami powietrze Willems.
— Widzę! — zauważył Almayer — i co prawda mógłbyś sobie zaoszczędzić trudu po całych pięciu tygodniach... tak jest pięciu, włóczęgi. Co prawda, nie czułem zgoła braku twego towarzystwa i nie tęskniłem za niem. Radziliśmy tu sobie niezgorzej...
— Słuchaj! powiem ci — przerwał mu przybyły.
— Ciszej! — syknął Almayer — obudzisz mi dziecko. Nie jesteś tu w lasach, śród dziczy, by się tak rozbijać. Powściągnij nabyte tam nawyknienia i pamiętaj, żeś w domu białego, cywilizowanego, obywatela.
Willems wzruszył ramiona.
— Przyszedłem — począł — gdyż idzie zarówno o ciebie, jak o mnie...
— By się odjeść — zaśmiał się Almayer. — Nie osobliwie snać cię karmiono śród nowych twych... jakżeby ich nazwać? nowych twych przyjaciół. Ślepy stary łotr, winien był przepadać za twem towarzystwem. Daruj, że go nazwałem właściwem mianem. Czy ci się zwierzał ze swych morskich sztuczek, rozbójnik stary? A ty sam, czyś tylko zabił, czyś i ograbił kogo w Makasarze?
— Kłamstwo! — oburzył się Willems. — Kłamstwo! pożyczałem, miałem oddać... łgarze są i łotry...
— Ciszej! — syknął znów Almayer, ruchem głowy wskazując uśpione dziecko. — Słyszałem, żeś się przekradł — ciągnął dalej złośliwie — i bałem się, by się to tu nie powtórzyło.
Willems po raz pierwszy spojrzał mu prosto w oczy.
— Och! — pośpieszył na spojrzenie to odpowiedzieć Almayer — nie mówię, nie twierdzę... owszem przyznaję, żem żadnych nie odkrył nadużyć...
— Ale — mówił po chwili żartobliwie — dziewkę tę to już skradłeś chyba, bo i czemże byś ją opłacił staremu łotrowi, ani też zwrócić mu ją możesz taką, jakąś wziął.
Śmiał się cynicznie.
— Milcz! — chłodno i wyniośle przerwał Willems, a było coś w jego tonie i spojrzeniu, co śmiech mroziło na wargach Almayera.
— Słuchaj mię — mówił Willems, przystępując krokiem bliżej. — Słuchaj, jeśli masz w piersi ludzką duszę! Słuchaj, bo cierpię strasznie i to dla ciebie...
— Dla mnie — rzekł, odzyskując zimną krew Almayer — śni ci się chyba.
— Nie wiesz — mówił spiesznie i istotnie jak w gorączce tamten. — Niema jej! uciekła przed dwoma dniami.
— Uciekła! doprawdy! — roześmiał się Almayer. — Prędko się tobą nasyciła, mój mądry, sprytny wspólniku!
Willems oparł się o kolumnę balkonu, wzrok puszczając po rzece. Zdawał się nie słyszeć ni słów, ni śmiechu zjadliwego.
— Życie moje z nią — mówił, jak we śnie, jak do samego siebie — niebem było i piekłem zarazem, lecz dopiero odkąd rzuciła mię, poznałem czem są piekielne katusze...
— Możesz wrócić do mego domu — uspokajał go Almayer. — Teść mój, Luigard, sprzyja ci snać, jeśli cię mojej powierzył opiece. Nikt cię z pod tego dachu nie wypędzał. Robiłeś, coś chciał, raczej podobało ci się nic nie robić. Wyniosłeś się dobrowolnie, bez meldunku, przepadałeś Bóg wie gdzie przez miesiące, tygodnie. Wracasz, jakeś wyszedł, nie proszony. Nie mam pretensji narzucać ci się z moją gościnnością, lecz wiem, com winien kapitanowi. Dom mój otworem ci stoi. Możesz wrócić.
— Wrócić i jej się wyrzec! — zawołał Willems. — Człowieku! czyś oszalał? Jej się wyrzec! Ona ma żyć, ruszać się, oddychać zdala odemnie! Ależ jam zazdrosny o wiatra powiew, o powietrze, którem oddycha, o źdźbła trawy, po których stąpa, o słońce, co ją oświeca... Pomyśl! dwa dni, całe dwa dni nie widziałem jej.
Może wybuch ten szczerości wzruszył Almayera, lecz wzruszenie pokrył pracowitem ziewaniem.
— Czemuś jej nie szukał — rzekł — zamiast mię zabawiać swą tragedią?
— Czemu?...
— Tak! czemu? Nie może być daleko, gdyż żadna łódź obca nie opuściła od dwóch tygodni przystani.
— Wiem to i wiem, gdzie się znajduje — wybuchnął Willems. — Znajduje się tuż, obok, w osadzie Lakamba.
— Phi! — uśmiechnął się Almayer. — Stary lis Patalolo nie doniósł mi — dodał po chwili namysłu — w tem coś tkwi. Wybór schroniska nie podoba ci się?
— Przeraża mię — odrzekł szczerze i śmiało Willems.
— Aha! rozumiem — mówił z ironicznem współczuciem Almayer. — Nie zgadza się z twem poczuciem honoru, byś ją aż tam ścigał. Szlachetny jesteś.
Chwilę trwało milczenie.
— Głupiś — syknął Willems — chciałbym cię zmiażdżyć.
— Nie boję się; nazbyt jesteś słaby. Wyglądasz, jak gdybyś umierał z głodu.
— Istotnie, w ustach nic nie miałem od dwóch dni, od więcej może, niepamiętam... Mniejsza z tem! Pali mię wewnątrz jak roztopione żelazo. Spójrz!
Odkręcił rękaw koszuli.
— Kąsałem siebie, by zgłuszyć ból, tamten — mówił, uderzając się pięścią w piersi.
— Po co te komedje — skrzywił się Almayer — nie wiem doprawdy, co teść mój dopatrzył w tobie. Tyleś wart, co...
— Milcz! — przerwał mu chłodno, przymykając zmęczone powieki Willems. — Tyś duszę za garść holenderskich dukatów zaprzedał.
— Nie tak tanio, jak ci się zdaje — odgryzł się zięć Luigarda — w każdym razie nie tak, jak ty, coś się dzikiej dziewce oddał za darmo, aż cię oszukała, aż krew ci wyssie, aż cię zabije i pożre. Znam je! miłość ich tyle warta, co nienawiść!
— Holenderskie dukaty — ciągnął po chwili zupełnie już spokojnie — rozumiesz przez to pieniądze mego teścia, kapitana Luigarda. Cobądź mu sprzedałem, targu sobie psuć nie dam. Nie dam się podejść nikomu, a tem mniej takiemu, kto nie wart końca butów kapitana Luigarda.
Unosił się, zachłysnął długo tłumioną zawiścią. Willems poczuł się silniejszym.
— Przybyłem tu pod opieką kapitana — rzekł — jako jego spólnik.
Almayer wzruszył ramiona.
— Tak — powtórzył Willems — żądam pracy, udziału w towarach i tego się domagam.
— Tyle tylko! — odparł Almayer i rozpinając surdut dorzucił:
— Mam się podzielić może domem, surdutem, butami. Co?
Ale Willems w innych pogrążony był myślach.
— Słusznem jest — mówił półgłosem, bezwiednie, myślom własnym odpowiadając — słusznie żądam udziału w korzyściach... Pozbyłbym się starego i tamtej...
Zamilkł, czoło mu się rozjaśniło jakiemś wewnętrznem błogiem widzeniem.
—... Moją byłaby, niepodzielnie moją. Wydarł bym ją jej krewnym, rasie, wszystkim! Uprowadził w niedostępne kraje, nagiął, złagodził, oświecił... Starczyłbym jej za świat cały...
Twarz mu się zmieniła, głosem kupca przystępującego do targu, ozwał się, zwracając się do Almayera.
— Nie o dar i nie o jałmużnę proszę. Żądam pożyczki, zwrócę do centa, z procentami zwrócę. W waszym handlu i interesach przeszkadzać wam nie będę. Wyzyskać mogę bogactwa miejscowe, których nie tknęliście jeszcze. Mam gotowe plany i pewien jestem przyzwolenia kapitana. O pożyczkę idzie, o prostą pożyczkę. Wszak się nie oddalę, gotów na każde stawić się wezwanie. Sam widzisz dobrze, że nic nie ryzykujesz...
— A! Kapitan przyzwoli! Kapitan potwierdzi i pochwali jeszcze może — wołał Almayer, pieniąc się na samą tę myśl.
— Widzisz — uspokajał go Willems — nie działam bez pewnej zasady, pewności. Słuszne są żądania moje.
— A niech cię dja...
— Almayer! słuchaj! pozycja twoja nie jest tu tak ugruntowaną, jak ci się zdaje. Zręczny współzawodnik zachwieje ją, ba! zniszczy, w przeciągu krótkich miesięcy. Grozi to zupełną ruiną. Zbyt długa nieobecność szefa, Luigarda, daje pochop niekorzystnych dlań przedsięwzięć. Słuchaj! nie zmarnowałem tak, jak ci się to zdaje, kilku ostatnich tygodni. Wyciągnąłem z nich więcej korzyści, niżbym wyciągnął gnuśniejąc obok ciebie. Wiele widziałem, coś nie coś słyszałem... Szczery będę. Czyniono mi propozycje... Przekonałem się, że jesteś tu strasznie osamotniony i że sam Patalolo...
— Czort z nim — splunął Almayer — jestem samowładnym panem miejsc tych...
— Czyż nie widzisz...
— Widzę, widzę! — wołał, zaperzając się rzekomy samowładca — masz mię za osła i tyle. Jaką wartość mogą mieć twoje tajemnicze ostrzeżenia? Czy ci się zdaje, że siedząc tu, jak na pokucie od lat tylu, nie wiem, co się gdzie święci? Łotrów tych, krajowców, djabłów nieprzymierzając, znam na wylot, stokroć lepiej, niż ich poznać mogłeś, chociażeś się z nimi bratał i swatał, przez tygodni kilka. Znane mi ich wykręty, podejścia, zdrady, lecz kpię z nich sobie. Myślisz może, żeś pierwszy odkrył tego tam, niech go piorun spali! araba, co tu podpływa rok rocznie, no... i nic nie wskórał. Handel jak był, tak i jest w mojem ręku.
— Co to, — mówił po chwili, — wyzwanie, co? Jeśli ma być wojna pomiędzy nami to twoim ptaszku kosztem. Innych nieprzyjaciół znam i sam się ich, bez niczyjej pomocy ustrzedz potrafię. Co do ciebie mógłbym cię rozdeptać jak padalca...
Almayer wpadał we wściekłość, podniesiony głos jego zbudził dziecko. Dziewczynka wzniosła głowę, przestraszyła się dziko wyglądającego nieznajomego, zakrzyczała. Almayer rzucił się do niej, wziął na ręce; idąc nastąpił na rzucony kapelusz Willems’a, strącił nogą na schody, wołając w zapamiętałym gniewie:
— Precz! precz! precz!
Willems usiłował przemówić.
— Precz! — wołał coraz zapamiętalej Almayer. Zbudziłeś mi, przestraszyłeś dziecko! Straszydle przeklęte! precz!
Willems cofał się machinalnie a Almayer kołysząc w ramionach swą córeczkę, uspakajał ją.
— Nie płacz! nie płacz dziecino! Odgonim stracha, wypędzim, zabronim wrócić. Nie wróci. Patrz już odchodzi! Przeląkł się tatusia! Odchodzi skąd przyszedł, do lasu, do dzikiego, do złych, podobnych sobie, do dzikich, czarnych ludzi.
I wznosząc w ramionach uspokojone dziecko po nad balustradą galerji ciągnął:
— O! O! odchodzi! nie wróci! Jeśli by wrócił, tatuś go zastrzeli, ot tak! pif! paf! Wypędź go, aniołku! wypędź: a kysz! a kysz!
Mała podniosła się, czepiając piąstką jasnej i gęstej czupryny ojca i rozbawiona, śmiejąc się po przez łzy, wygrażała drugą piąstką schodzącemu ze schodów Willems’owi, wołając piskliwym głosikiem:
— A kysz! a kysz! a kysz!








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.