Banita (Conrad)/Część II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Indeks stron
II.

Tchnienie jakieś przebiegło pod roziskrzonem niebem, drgnienie po drzemiących wodach, przeciąg powietrza przez otwarte gdzieś na północ wrota świata i zakołysały się drzew gałęzie, podniosły fale, zadrgały rozsypane w powietrzu, słoneczne iskry. W osadzie Lakamba, rozrzarzyły się przygasłe głownie, dymy wzbiły się ponad ognisko, wonie aromatycznych drzew wzmogły się, w cieniu opuszczonych ku ziemi gałęzi. Dzień się chylił ku wieczorowi, zaroiło się od ludzi; tu i ówdzie słyszeć się jeszcze dawało przeciągłe ziewanie; tu i ówdzie swawolne, młode wybuchały śmiechy, głośne nawoływania. Tu i tam formowały się grupy, zbliżały do rozżarzonych ogni. Starsi przykucnięci zawodzili długie, powolne, monotonne, z dnia na dzień powtarzające się gawędki, i rozwlekłe opowiadania, jakiemi zwykli sobie skracać przydługie wczasy ludy pierwotne i barbarzyńcy, którym rozmowy te i opowieści, starczyć muszą za wszystko; za widowiska, sztukę, naukę, historię, czyny, towarzyskie i rodzinne zebrania. Opowieści o odwadze i męstwie jednych, przebiegłości drugich; bywałych i niebywałych wypadkach; o tem co było, być mogło i będzie; o żywych i martwych; o walecznych; o pomście i o miłości.
Lakamba siedział przede drzwiami swego domu, w bambusowym fotelu, w cieniu gęstych liści, zaspany jeszcze i markotny. Przez wpół otwarte drzwi dochodził go z wnętrza domu, świegot kobiet zebranych dokoła warsztatów, na których się tkały i haftowały odświętne jego szaty. Po lewicy swej i prawicy miał siedzących na giętkich matach domowników, których urodzenie lub długoletnie zasługi dopuszczały do obcowania z nim. Jedni przecierali zaspane jeszcze oczy, drudzy grali w kości lub rozstawiali szachy, leżąc na brzuchach, podparci na lewym łokciu, z odwróconemi piętami. Nad nimi piętrzyły się pełne skupionej uwagi twarze widzów a brzeg platformy czy szerokiego i długiego ganku, ostawiony był rzędami sandałów, o barjerę zaś stały oparte piki i karabiny, których stal połyskiwała w słońcu.
Dwunastoletnie może pacholę, obsługujące magnata, siedziało skulone u stóp pana, trzymając otwarte srebrne pudełko. Lakamba wyjął z pudełka zielony liść, szczyptę kory specjalnej zwinął zręcznie i jakgdyby przypomniał coś sobie, zwrócił się leniwie pytając:
— Babalatchi?
— Babalatchi, — pobiegło przez szeregi obecnych, obiło się echem wewnątrz domu, rozbrzmiało rozśpiewane przez kobiet głosy, niby echo powtórzyło się kilkakrotnie w dali. Odpowiedź biegła powracającą falą, aż dobiegła do najbliżej wodza siedzącego staruszka. Babalatchi znajdował się u ślepego Omara.
Lakamba poruszył usty, staruszek zagłębił się w rozgrywającej się u stóp jego partji szachów i milczenie zaległo dziedziniec i ganek. Wódz zdawał się zamyślony, rozparty o poręcz krzesła, z rozstawionemi nogami, przymrużonemi, krwią nabiegłemi oczyma. Rzekłbyś, że go własnych myśli oślepia jasność.
Po południu Babalatchi wybrał się w odwiedziny do starego ślepca. Drażliwość byłego korsarza, zresztą może zręczne manipulacje Aïszy, zmuszały go do mnożenia i przedłużania wizyt u dawnego swego wodza, na co się aż uskarżała stara żona i zarazem niewolnica wspaniałomyślnie podarowana nowemu klientowi przez możnego patrona. Od dni trzech Babalatchi nie sypia nawet w domu, jak upewniała każdego, kto ją chciał słuchać. Ośmieliła się nawet napomknąć o tem, z wyrzutem, samemu wielkiemu Lakamba, który wiadomość tę przyjął jaknajobojętniej. Babalatchi istotnie z ciężkiem od dni kilku nosił się sercem, nie pewny powodzenia swych zabiegów. I tego popołudnia szedł wolnym krokiem, obojętny jak zwykle na to co go otacza, aż doścignął najdalszych granic osady, miejsc gdzie Lakamba przygotował dom z tarcic dla Omara i Aïszy, na wypadek jeśliby się udało namówić ich do opuszczenia dotychczasowego protektora. Jedyna stąd droga do rzeki wiodła przez główny dziedziniec rezydencji magnata, pełen zwykle straży i zbrojnych ludzi. Poza zagrodami ciągnął się tylko wązki pasek skib ryżowych, dalej cisnęły się drzewa lasu zbitym szeregiem, przez który kule nawet nie łatwo by się przebiły. Lecz Babalatchi znał w żywopłocie ukrytą furtkę. Popchnął ją i znalazł się na ubitej jak tok platformie. Na środku wznosiło się olbrzymie, umyślnie snać tu, przy wyrąbywaniu lasu pozostawione drzewo, żerdziami podparte, tworząc nad zagrodą parasol z gęstej tkaniny konarów i liści. Naprzeciw drzewa stało parę, do wymagań ślepego mieszkańca przystosowanych namiotów. Pomiędzy pniem a głównym namiotem garść węgli żarzyła się wśród popiołów. Nad ustawionym nad niemi trójnogiem pochylała się warząca strawy niewiasta, uboga, powinowata Lakamby, przydana do usług Aïszy.
Babalatchi obrzucił dziedziniec jednem swem okiem, rzucając jednocześnie krótkie pytanie kobiecie. Milcząc wskazała mu namiot, u którego uchylonej zasłony błąkały się promienie słońca.
— O; tuan Omar! Wodzu możny! — zawołał przybysz nie przekraczając progu.
Wewnątrz namiotu dał się słyszeć kaszel, szemranie do cichej skargi, do mrukliwego gniewu podobne. Ośmielony Babalatchi uchylił zasłony i po chwili wywiódł ostrożnie, z kobiecą niemal pieczołowitością, ślepego, obu dłońmi o ramiona jego wspierającego się starca. Posadził go na ławie pod drzewem. Starzec oparł się o pień olbrzymi. Rzadkie promienie słońca przedzierały się przez ciemne listowie sklepienia, skupiając się na białej szacie i białym turbanie wychudłego, siedzącego nieruchomie, z wygasłemi źrenicami Omara.
— Czy się już słońce skłania ku zachodowi, — pytał bezdźwięcznym głosem?
— Bliskie jest zachodu, — odrzekł Babalatchi stojący przed nim w pełnej uszanowania postawie.
— Gdzież jestem, — pytał z wyrzutem ślepiec, — czemu uprowadzono mię z miejsc, do których przywykłem? Przyzwyczajenie zastępuje wzrok tym, co go utracą, jest tem, czem wzrok dla widzących. Słońce mówisz chyli się do zachodu, a ja przez dzień cały, dzień długi, nie słyszałem szelestu jej kroków. Obcej, starej kobiety ręka podała mi strawę rano i w południe.
Czemu? Gdzie jest Aïsza?
— Blisko stąd, — rzekł cicho Babalatchi.
— A tamten, — spytał ożywiając się, lecz i głos jednocześnie zniżając Omar. — Gdzie jest? Nie tu? nie tu, — dodał obracając w lewo i w prawo głowę, jak gdyby wygasłym wzrokiem chciał przebić nieprzeniknione ciemności.
— Niema go tu teraz, — rzekł uspakajająco Babalatchi. — Wróci wkrótce.
— Wróci, mówisz? O! przebiegły! chytry! Czy tylko wróci? Przekląłem go trzykrotnie! Niech przeklęty będzie.
— Jest nim niewątpliwie! — uspakajał miotającego się starca Babalatchi, — a jednak, — dodał, — wróci i to zapewne niebawem.
— O! chytry! przebiegły! sam stokroć przeklęty! zdradzasz mię, ty, któregom wywyższył, coś prochem był pod możną stopą moją! Zdradzasz mię! kłamiesz!
— Wierniem walczył u twego wodzu boku, — spokojnie odrzekł Babalatchi.
— Pocóż ma tu wracać, — gniewał się Omar. — By zatruwać powietrze, którem oddycham, urągać mej niedoli, kraść mi serce i ciało mej dziewki? Wiesz przecie, że jest krwią krwi mojej i sercem serca mego! a tak niewzruszona i twarda jak podwodne skały, o które się najmocniejsze rozbijają okręty.
Nagle gniew jego opadł i ciągnął żałośliwie.
— Głodny byłem i nikt mię nie nakarmił; pragnąłem, nie było komu napoić mię; wołałem, nikt mi nie odpowiedział. Niedba o mnie, zaniedbuje mię! Synowie moi polegli, a jej serce pożarł pies niewierny. Czemuś mu pokazał drogę w mojej niedoli ciemne progi?
— Sam ją znalazł o! wodzu mężnych! — odrzekł ze smutkiem Babalatchi — w mojej dłoni jeno splątane nici zguby wrogów, naszej pomsty i wielkości pasmo i jeśli mię Wszechmocny nie oślepia, skończyły się dni naszej niedoli, głodu, upokorzeń; czeka nas sława, wolność, bogactwo.
— Czeka! czeka! — kiwał głową ślepiec, — przedemną rozwarta mogiła!
— Nikt nie policzył dni swoich i nikt przeznaczenia nie ubieży, — szepnął zamyślony doradca.
— Byle nie wracał, — poruszył się niespokojnie na ławie siedzący starzec, — byle nie wracał.
— Przeznaczenia swego nie ubieży, powtórzył z mocą Babalatchi. — Wróci, gdyż tak zapisano w Księdze Przeznaczeń, a wrogowie nasi na miazgę zgnieceni być muszą. O! wodzu! wodzu! ci dwaj „biali“ pożrą się tu wzajemnie!
— Zdaje ci się, że to ujrzysz, lecz ja... — jęknął Omar.
— Prawda, — spuścił głowę jednooki, — nad życiem twem o wodzu! zapanowały ciemności.
— Mylisz się! — uniósł się stary! — palą mię ognie, całego objęły płomienie. Pamiętasz onego ostatniego dnia płomienie? W oczach, na które nocy zasłona opadła, stoją mi po raz ostatni widziane rzeczy — trupy poległych towarzyszy broni, synów mych trupy blade! Jam przeżył to wszystko, wrogom na pośmiewisko, ślepe narzędzie w ręku chytrego sługi!...
— Wodzem i panem jesteś, jak i byłeś, — upewniał go z pokorą w głosie Babalatchi. — Tyś mądry i mądrość twoja natchnie cię, gdy będziesz mówił z Saïdem Abdulla, gdy się ten tu zjawi. Ja, sługa powolny o panie! doradca wierny, com lat tyle walczył u boku twego; czemże jestem? prochem marnym, lecz oko nie widzi, licho słyszy i dlatego ośmielam się słabemi zdolnościami memi wspierać twą mądrość. Saïd Abdulla przybyć może tej jeszcze nocy, a rzecz trzymaną być winna w najściślejszej tajemnicy, gdyż inaczej „biały“ pan miejsc tych dowie się i zamysły nasze zniszczy. Lakamba otrzymał glejt bezpieczeństwa dla swego gościa; Saïd Abdulla dziś tu będzie, okręt jego zarzucił kotwicę u ujścia rzeki.
Mówił ze spuszczonem w dół okiem i nie dostrzegł zbliżającej się cicho Aïszy, tak cicho, że i ślepy Omar szelestu lekkich jej kroków nie słyszał. Stanąwszy przed rozmawiającemi wpatrzyła się w nich wystraszonym wzrokiem, z wpół rozwartemi wargami, gotowa słowa swe dorzucić do narady, lecz ją powstrzymał wymowny i energiczny ruch ręki jednookiego dworaka.
— Aj! wa! — mówił gniewnie Omar — mam być echem słów twoich, chytry Babalatchi! doradzać im, swoim, by zawierzyli „białemu“? Stary jestem, ślepy! słaby! i mądrość moja zgasła...
— Zimno mi, — wstrząsł się po chwili i szeptem już niemal ciągnął:
— Słaby jestem, ślepy, a tamci, czarownic i szatana dzieci, przeklęte przeklętych siemię...
— Powiedzże mi przynajmniej, ty! wszystkowiedzący, — zwrócił się niecierpliwym ruchem do Babalatchi, ilu ich tu jest... „białych?“
— Dwóch, odrzekł szybko doradca, — i ci się wzajemnie zjedzą.
— A ilu ich jeszcze zostanie, zmartwychwstanie ilu, — pytał z gorzką ironją starzec?
Ale Babalatchi wpadał w ton proroczy, odpowiadając ogólnikami:
— Upadek wroga jest pociechą nieszczęsnego. I któż wrogów swoich zliczy?... Liczba ich w ręku Wszechmocnego, zapisana w Przeznaczeń Księdze! Nie dośćże ci, o wodzu! porażki i cierpień niektórych z nich zostać świadkiem?...
— Powiedzże mi przynajmniej, że obaj, obaj zginą, — wołał unosząc się wódz pokonany.
Aïsza wzniosła nagłym ruchem głowę, wstrzymał ją znów ruch ręki Babalatchi’ego.
— Zginą, obaj zginać muszą, — rzekł spokojnie nie spuszczając oka z twarzy Aïszy, — śmierć w przeznaczeniu każdego leży.
— O! chcę śmierci natychmiastowej, chcę dotknąć stygnących twarzy konających, zanim je wola Allaha ostatniem tchnieniem zmrozi! — wołał starzec w uniesieniu.
— Jeśli zapisano tak w twoich wodzu i ich Przeznaczeń Księdze. Allah jest wielki i wielki prorok Jego!
Porwał starca paroksyzm kaszlu, trząsł nim i targał, a gdy minął, Omar oparł się wycieńczony o pień drzewa.
— Sam jestem, sam, opuszczony, — skarżył się rzewnie, urywanym głosem, chwytając rękoma drżącemi powietrze, którego brakło piersiom. Sam jestem. Nie widzę. Boję się obcych, nieznanych mi miejsc...
— Stoję u boku twego, — mówił Babalatchi z lekka dotykając jego ramienia. Stoję wierny od zarania dni, gdyśmy obaj młodzi byli i walczyli ramię o ramię, w jednym, wiernym szeregu.
— Byłyż dni takie, — zawołał z rozpaczą Omar. Wolałbym je zapomnieć! Sam pozostałem na świecie bez dziedzica sławy mej i miecza — z dziewką, co rodzica opuszcza dla psa niewiernego. Straszyła mię dłoń Najmiłościwszego! Biada mi! biada! hańba!
Kiwał się tam i nazad biadając nad swą dolą, poczem nagle i stosunkowo spokojnie spytał:
— Czy słońce już zaszło?
— Złoci wierzchołki najwyższych drzew, jakie dostrzedz mogę, — odrzekł Babalatchi.
— Godzina modlitwy, — rzekł starzec — powstając z miejsca i prostując się.
Babalatchi podparł go ramieniem i obaj odeszli ku namiotowi, z którego Babalatchi wyniósł dywan z wzorami z Koranu i rozciągnął w stronę miasta świętego, Mekki. Polał lustralną wodą, wyciągnięte przed się, drżące ręce starca, pomógł mu uklęknąć na cennym kobiercu, a gdy starzec wymawiał pierwsze zwrotki modlitwy wieczornej, zwracając oczodoły i wyciągnięte, drżące ręce ku idealnemu punktowi ziemskiego globu, gdzie wznosi się Mekka z proroka grobowcem, cofnął się ku Aïszy, stojącej jak wryta opodal.
Gdy się zmierzyli wzrokiem, nie dziewczyna a żołnierz na polu bitwy i w podstępach nieustraszony, opuścił jedyną swą powiekę. Aïsza szybkim i cichszym od wieczornego powiewu ruchem, położyła dłoń na jego ramieniu, drugą wskazując na tańczące pod gałęziami drzewa, skośne promienie zachodzącego słońca.
— Trzeci raz zachodzi, — mówiła ledwie dosłyszalnym szeptem, — i niema go? Oszukałeś mię nędzniku!
— Dotrzymałem słowa, — odrzekł równie cicho, skłaniając się przed nią z największem uszanowaniem Babalatchi. Dziś rano jeszcze Bulangi wypłynął po niego na najbliższej łodzi Lakamba. Obcy on nam jest i cudzy, lecz sprzymierzeniec i czuwać nad nim musimy. O trzeciej wysłałem drugą łódź. Wierz mi, o córko wielkiego Wodza, że ten, którego oczekujesz przybyć może skoro sam zechce. Byle zechciał.
— Niema go! — odparła zagryzając wargi, — czekałam go wczoraj, dziś czekam... jutro sama doń pójdę.
— Jeśli żyć będziesz, — mruknął sam do siebie Babalatchi, a głośniej dodał.
— Czyś o władzy swej i potędze swych wdzięków zwątpiła o hurysko samego proroka! Niewolnikiem jest twoim.
— Niewolnicy — odparła brwi zsuwając, — uciekają czasem i rzeczą pana i właściciela dogonić, ujarzmić.
— Chciałabyśże żyć dalej i umierać o żebraczym chlebie?
— Co mi tam! — załamała dłonie a z rozszerzonych jej czarnych źrenic, skry się posypały, zwiastunki burzy, błyskawice.
— Pst! upomniał ją jednooki, wskazując ruchem głowy modlącego się przed namiotem starca. Pomyśl dziewczyno! czy on sam żyć zdoła o żebraczym chlebie?
— Wielki jest i mężny — zawołała, — dlatego gardzi wami. Mąż to! mąż prawy. Jemu być wodzem!
— Wiesz co mówisz! — mówił Babalatchi powstrzymując wijący mu się na ustach uśmiech. Pamiętaj jednak dziewczyno o mężnem sercu, że chcąc go przytrzymać masz mu być jako morze u warg konającego z pragnienia. Ja ci to mówię, pamiętaj!
Powiedział to z siłą przekonania i zamilkł. Oboje milcząc, powieki trzymali spuszczone a w ciszy słychać było powtarzane przez modlącego się zwrotki Koranu. Ślepy Omar, wódz pokonany, chwalił Boga ojców swoich, mężnych i walecznych Boga! W dali, niby rój pszczół, brzęczały głosy wypełniające osadę. Gama ich podnosiła się to cichła przecięta tu i tam ostrą, od innych oddzielającą się nutą. Coś, gdzieś skrzypnęło, a że właśnie Aïsza odejść miała, Babalatchi przytrzymał ją.
— Poczekaj! — szepnął.
Przez otwartą w żywopłocie furtkę wchodził sam Lakamba, z obnażonym mieczem, skrzywionym na głowie turbanem, w rozpiętej kurcie, widocznie wzburzony. Odsapnął się zanim wykrztusił w gniewie:
— Przybył w łodzi Bulangi i napadł na mnie ze zwykłą tym białym psom wściekłością. Byłem w niebezpieczeństwie Babalatchi! Czyś słyszał kiedy coś podobnego! Plugawy zjadacz świńskiego mięsa, podniósł na mnie dłoń, wbiegł jak szalony do mego domu! Zaledwie go sześciu moich ludzi obezwładnić zdołało...
Wzrastająca wrzawa i zbliżające się krzyki: „Trzymać go! trzymać!... mierzyć w samo czoło“ — przerwały mowę magnata. Nagle wszystko ucichło i słychać tylko było głos Willems’a klnący po niemiecku, angielsku, malajsku.
— Słyszysz! — mówił drżącemi usty Lakamba, — słyszysz! Bluźni, a głos jego podobny głosowi szczekającego psa. Jak psa wściekłego zastrzelić go każę.
— Oszalałeś panie! — zawołał sprytny doradca, a zwracając się do Aïszy, sztywnej, jak zahypnotyzowanej, z rozwartemi szeroko źrenicami i usty, z rozdętemi nozdrzami, gotowej skoczyć po swą zdobycz, lub ściganego własną zasłonić piersią, posłusznej pomimo to dotknięciu dłoni wiernego sługi, rzekł jej z cicha:
— Trzy dni nie upłynęły... widzisz! wierny jestem danemu słowu, ale ostrzegam cię nieustraszona dziewczyno, ostrzegam: pamiętaj! Bądź jako morze cofające się od warg pragnieniem spalonych... jako morze!
Podobna wypuszczonej z napiętego łuku strzale, Aïsza rzuciła się ku furtce i znikła za nią. Lakamba i Babalatchi powiedli za nią wzrokiem. Za furtką wrzało, lecz wrzawę zgłuszył rozkazujący głos kobiecy:
— Puśćcie go! puśćcie!
Przycichło. Po chwili imię Aïszy, pokonanego lecz walecznego wodza, nieustraszonej córki, biegło z ust do ust. U podjętej zasłony namiotu jęczał, leżąc na ziemi Omar. Lakamba zwrócił się wzgardliwie tam skąd go dochodziły jęki i skargi, lecz Babalatchi ujął go pod ramię i wywiódł z zagrody pokonanego wodza.
Staruszka pochylona nad warzącą się przy ognisku wieczerzą, cofnęła się, chroniąc za pień olbrzymiego, parasol swych konarów nad zagrodą rozpinającego drzewa. Wrota główne dziedzińca rozwarły się ukazał się w nich Willems tulący do piersi Aïszę, z wyciągniętym przed siebie pistoletem. Wpadł i leciał jak wicher, minął ognisko, namioty, znikł w mroku z tarcic skleconego, wielkiego i pustego domu.
Teraz cisza grobowa padła na zagrodę, na ryżu ważkie skiby, na nieprzeniknionych lasów piętrzące się wały. Przed namiotem, na dywanie, z wzorami zapożyczonemi z Koranu, ślepiec leżał i ze zwróconem w niebo niewidzącem okiem, jęczał:
— Co to? Ratujcie! wstać mi pomóżcie... Kto w Allaha i w Proroka wierzy, ratujcie! — wołał.
Nawet stara, warząca u ogniska wieczerzę kobieta, wystraszonym wzrokiem wpatrzona w zawarte z trzaskiem, za Aïszą i nieznajomym, drzwi domu, nie zwracała uwagi na wołanie ślepego starca. Leżał jęcząc, wołając, nasłuchując czy nie nadchodzi kto z pomocą, a przekonawszy się, że niema nikogo, opuścił ramiona i cicho legł na kobiercu.
Gałązki drzewa poruszały się w wieczornym powiewie wiatru. Opadł liść suchy i leżał chwilę nieruchomy, wzmagającym się blaskiem rozżarzonych głowni oświecony, aż go porwał wzmagającego się wiatru powiew, porwał i uniósł w dal i w mrok.








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.