Awantura (Kraszewski, 1885)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Awantura
Podtytuł Powieść osnuta na plotce
Pochodzenie „Świt“, 1885, nr 44-66
Wydawca Salomon Lewental
Data wyd. 1885
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Upłynął lat dziesiątek z górą.
Hrabia Strzelecki w zapusty dawał wieczór, o którym zawczasu mówiono, że zaćmi wszystkie świetności karnawału, nadzwyczaj ożywionego.
Warszawa pod względem przepychu, elegancyi, blasku swych uczt i zabaw, nie ustępuje bynajmniéj, a przynajmniéj nie radaby być gorszą od wykwintnego Paryża.
Nie jest tu żadną osobliwością sprowadzanie kuchmistrzów i potraw z nad Sekwany, całych pakunków kwiatów z grodu kwiecistego Nicy, sukni od najsławniejszego konfekcyonisty, błyskotek z najpiérwszych magazynów, w których szczególniéj drogo je opłacać potrzeba.
Nie dać się zaćmić, okazać swą możność i nieopatrzną rozrzutność, należało długo — bodaj nie do dziś dnia — do tradycyi miejscowych.
Hrabia Strzelecki, niegdyś bardzo bogaty, od czasu swego drugiego ożenienia — jak mówiono — był już prawie zrujnowanym. Podróże i pobyty długie za granicą, niezmierna marnotrawność słynnéj z piękności hrabiny, dobroduszność rozkochanego w niéj męża, rozmaite gospodarskie i spekulatorskie niepowodzenia, miały, wedle głosu powszechnego, tak nadwerężyć hrabiego fortunę, iż najsmutniejszych następstw się spodziewano.
O tém jednak szeptano po cichu, a tryb życia obojga państwa zdawał się naumyślnie tak urządzonym, aby pogłoskom kłam zadawał...
Nikogo to z dobrze poinformowanych nie uwodziło, ale hrabia i hrabina łudzili się może, iż tym sposobem katastrofie, jeśli nie zapobiegną, to ją przynajmniéj odroczą.
Dobra hrabiego Strzeleckiego leżały w części małéj w Królestwie, znaczniejszy ich kompleks na Wołyniu i w Galicyi.
Niegdyś był to majątek magnata, ale, jak wiele innych, obciążony został w końcu XVIII w. i odtąd nietylko ciężarów pozbyć się nie mógł, ale ciągle mu ich przybywało. Rozmaite finansowe operacye, obmyślone dla ratunku, skutkowały, jak te lekarstwa rozpaczliwie chorych, które sił resztki chwilowo podnoszą, kosztem przyszłości.
Hrabia Adam, ostatni rodziny spadkobierca, był człowiekiem, o którym powszechnie mówiono: choć do rany przyłożyć, z kośćmi poczciwy, złoty człowiek, kochany Adaś.
Nie miał wcale nieprzyjaciół, a w towarzystwie szacowano go wielce.
Nigdzie może ludzi jemu podobnych niéma więcéj, jak u nas. Są oni stworzeni, aby padli ofiarą miękości, braku energii i charakteru, ale obejście się z nimi budzi sympatyę i serdeczne politowanie.
Nie zbywało hrabiemu ani na inteligencyi, ani na rozumie, gdy drugim radzić potrzebował. Dla siebie zaś, zawsze obecną chwilę tylko starając się uczynić jak najznośniejszą, hrabia był katem; nie rozumiał przezorności i jutra, ulegał pokusom. Ludzi nie umiał ocenić, zalecając się równie złym jak dobrym, byle chwilowy pokój okupić.
Można mu było z łatwością wmówić, co kto chciał, wydrzéć, co się komu podobało, popchnąć do czynności przeciw przekonaniu, jedynie przez grzeczność. Powolność jego przechodziła niemal w zalotność jakąś, a pragnienie przypodobania się wszystkim wtrącało go nieustannie w najfałszywsze położenie. Był to, ostatecznie biorąc, sybaryta i egoista, ale tak ocukrowany, że się wydawał najlepszym z ludzi. Sobie zabezpieczyć spokój, ocalić obecną godzinę od cierpienia, było zawsze jedynym celem hrabiego.
Postępowanie takie ciągnęło za sobą z konieczności najsmutniejsze następstwa. Popełnione błędy przez słabość i obawę potrzeba było potém opłacać bardzo drogo.
Tak naprzykład ostateczną swą ruinę winien był hrabia Adam uległości śmiesznéj przyjacielowi domu, potomkowi pięknéj, staréj rodziny, zeszłemu na eleganckiego pasożyta, który dla dogodzenia własnéj fantazyi wmówił w Strzeleckiego rozmiłowanie się w koniach, w wyścigach, w spekulacyach nieszczęsnych na torfie.
Hrabia Adam nie miał ani znajomości sportu, ani pociągu ku niemu, ale zwolna, ze zwykłą sobie powolnością przejął fantazyę hrabiego Witolda, i tak ją wziął do serca, iż jéj nad miarę wszelką poświęcał. Rachować nigdy nie umiał.
Żonaty po raz drugi z kobietą nadzwyczaj piękną, przebiegłą, zalotną, zręczną, dwuznacznego pochodzenia, ale świetnie wychowaną, bezdzietny, rozkochany w téj żonie, Strzelecki był pod jéj i hrabiego Witolda komendą. Nikomu nie było tajném, że Witold ów, nawskroś zepsuty, dowcipny, zdolny, ale zły człowiek, grał od lat kilku rolę przyjaciela domu... szczególniéj przy pani.
Stał się jednak, zręcznie postępując, tak nieodzownie potrzebnym samemu hrabiemu, że ten bez niego stąpić nie mógł. Daliśmy już kilku słowami poznać czytelnikom hrabiego Witolda, zasługuje on wszakże na bliższe rozpatrzenie się, gdyż jemu podobni, są typem charakterystycznym wieku i kraju.
Imię, jedyny spadek, jaki teraz pozostał już lat czterdzieści liczącemu potomkowi słynnéj niegdyś rodziny, dopomogło mu do zawiązania stosunków na wielkim świecie i utrzymania się przy nich, chociaż płatał nieraz takie figle, iż dawno się go on wyrzec był powinien.
Lecz broni się i ocala od plamy wielkie imię; gardzono hrabią Witoldem, lecz musiano go osłaniać. Imię to drogie łączyło posiadacza z najznakomitszemi rodzinami.
Oprócz tego hrabia Witold, zepsuty, przegniły, sceptyk, szyderca, bez czci i wiary, miał powierzchowność tak ujmującą, w salonie był tak niezrównanym, miłym, zręcznym, do wszystkiego, iż czasem zapominano nawet o jego wykroczeniach i upajano się wzrokiem, jaki rzucał na ludzi.
Nikt w początku oprzéć się nie umiał, ale po niejakim czasie nikt szacunku dla niego zachować nie mógł. Z szacunku zaś, byle go nie karmiono publicznie wzgardą, hrabia Witold drwił sobie.
Z czego, jak, czém żył na dosyć eleganckiéj stopie ten awanturnik salonowy, nie mając ani dóbr, ani kapitałów, ani pensyi, nikt powiedziéć nie umiał. Domyślano się, że przynajmniéj w części alimentów dostarczała gra w karty... i niektóre panie, już niemłode, u których był w łaskach.
Oprócz innych domów, miał pod panowaniem swém i hrabiów Strzeleckich. Z powolności przyjaciela Adasia śmiał się, szydził z niego i nielitościwie z niéj korzystał, gotując się już do rejterady w chwili katastrofy, która nadciągała.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.