Ania z Zielonego Wzgórza/Część II/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Zielonego Wzgórza
Część II-ga
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1921
Druk Drukarnia »Dziennika Polskiego«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsztajnowa
Tytuł orygin. Anne of Green Gables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II-ga
Pobierz jako: Pobierz Cała część II-ga jako ePub Pobierz Cała część II-ga jako PDF Pobierz Cała część II-ga jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.

Mateusz rzecznikiem bufiastych rękawów.

Wszedłszy do kuchni, o zmroku chłodnego, szarego wieczoru grudniowego, Mateusz zasiadł w kącie obok skrzyni z drzewem, aby ściągnąć z nóg ciężkie swe buty. Nie miał pojęcia o tem, że Ania z kilku koleżankami powtarzały w bawialce dialog z „Królowej Elfów“. Właśnie przebiegły gromadką przez przedpokój i weszły do kuchni, śmiejąc się i gawędząc wesoło.
Nie zauważyły Mateusza, który nieśmiało usunął się w cień poza skrzynię z butem w jednej dłoni, a pachołkiem do butów w drugiej, i ukradkiem przyglądał się dziewczynkom, które, kładąc na siebie płaszczyki i mufki, rozprawiały o dialogu i o koncercie. Ania stała pośród nich, zapalona, z roziskrzonym wzrokiem, jak one wszystkie.
Lecz Mateusz zauważył nagle, że było w niej coś różniącego ją bardzo od towarzyszek, i, jak mu się wydawało, coś takiego, co nie powinno było istnieć. Wszakże Ania posiadała jaśniejszą cerę, większe, bardziej błyszczące oczy i delikatniejsze rysy od tamtych. Nawet nieśmiały, niezbyt spostrzegawczy Mateusz zauważył te szczegóły.
Jednak różnica, która go uderzyła, miała inne źródło. Na czemże ona polegała?
Pytanie to prześladowało Mateusza jeszcze długo potem, kiedy dziewczęta parami odeszły, a Ania, samotna, zasiadła do książki. Nie chciał mówić o tem z Marylą, która, był pewnym, uśmiechnie się pogardliwie i zauważy, iż jedyna różnica, jaką widzi pomiędzy Anią i jej koleżankami, jest ta, że one nieraz milczą, gdy Ania bezustannie miele językiem. Takiego wyjaśnienia Mateusz nie pożądał.
Ażeby swobodnie zastanowić się nad tą sprawą, uciekł się Mateusz tego wieczoru do swej fajki, jak zwykle ku wielkiemu niezadowoleniu Maryli. Po dwugodzinnem paleniu i namyśle Mateusz wreszcie rozwiązał to pytanie. Oto Ania nie była ubrana jak inne dziewczęta!
I im dłużej rozmyślał, tem pewniej dochodził do wniosku, że Ania nigdy dotąd nie bywała tak ubierana, jak inne dziewczęta, nigdy, od chwili przybycia na Zielone Wzgórze. Maryla sprawiała jej sukienki z gładkich, ciemnych materjałów, wszystkie skrojone wedle jednego, bardzo prostego fasonu. Mateusz nie miał pojęcia o tem, co jest modne lub niemodne, lecz oto zwrócił uwagę, że rękawy u sukni Ani nie były wcale podobne do rękawów innych dziewcząt. Przypomniał sobie gromadkę koleżanek, w otoczeniu których widział Anię dzisiejszego wieczoru — wszystkie w jasnych bluzeczkach, różowych, białych, czerwonych i niebieskich — i nie mógł zrozumieć, dlaczego Maryla ubierała Anię stale ciemno i gładko.
Zapewne musiało to być słuszne, Maryla wiedziała najlepiej, co czyni, ona wychowywała Anię. Prawdopodobnie rządziła się jakiemiś rozumnemi, nieprzeniknionemi powodami. Lecz cóż byłoby zdrożnego, gdyby dziecko miało jedną ładną sukienkę... coś bodaj w tym rodzaju, jak codzienne ubranie Djany Barry. I oto Mateusz postanowił taki strój kupić dla Ani. Nie może to przecież być uważane za wtrącanie się do nieswoich rzeczy. Za dwa tygodnie nadejdzie Boże Narodzenie. Ładna nowa sukienka będzie bardzo odpowiednim podarkiem na Gwiazdkę. Mateusz z westchnieniem ulgi odłożył swą fajkę i poszedł spać.
Następnego popołudnia sam udał się do Carmody dla kupienia owej sukienki. Pragnął czemprędzej zbyć tę sprawę z głowy. Czuł, że nie przyjdzie mu to łatwo. Istniały przedmioty, które Mateusz potrafił kupić i ocenić nie gorzej od niejednego kupca, lecz w tym wypadku wiedział doskonale, że gdy będzie chodziło o kupno sukienki dla dziewczęcia, znajdzie się na łasce sprzedającego.
Po długich rozmyślaniach Mateusz postanowił pójść do sklepu Samuela Lawsona zamiast do Wilhelma Blaira. Co prawda, Cutbertowie zawsze załatwiali wszelkie zakupy u Wilhelma Blaira. Było to równie naturalne, jak należenie do kościoła prezbiterjańskiego lub głosowanie za kandydatem konserwatywnym. Lecz w sklepie Blaira zdarzało się nieraz, że dwie córki właściciela usługiwały kupującym, a Mateusz lękał się pań sklepowych, jak ognia. Ostatecznie spróbowałby pomówić z niemi, gdyby dokładnie wiedział, czego chce i mógł to określić, ale w danym przypadku, wymagającym porady i objaśnienia, Mateusz wolał mieć do czynienia z mężczyzną. Pójdzie więc do Lawsona, gdzie sam właściciel lub syn jego obsługują klientów.
Niestety! Mateusz nie wiedział wcale o tem, że wobec ostatnio wzmożonego ruchu w sklepie, Lawson przyjął sklepową. Była to siostrzenica jego żony, panna ubrana bardzo szykownie, o wysokiem uczesaniu à la Pompadour, dużych, żywych oczach i bardzo głośnym, onieśmielającym śmiechu. Ubrana zręcznie, na rękach miała wiele bransoletek z wisiorkami, które brzęczały, błyszczały i dzwoniły przy każdym jej ruchu.
Gdy Mateusz wszedł do sklepu, zmieszał się niezmiernie, zastawszy tę damę tutaj, a brzęk bransoletek oszołomił go do reszty.
— Czem mogę dziś panu służyć, panie Cutbert? — spytała panna Lucylla Harris, nagle, bez ceremonji, oparta obu rękami na ladzie sklepowej.
— Czy pani ma... ma... czy są grabie ogrodowe? — wyjąkał Mateusz.
Panna Harris spojrzała na niego trochę zdziwiona, niezupełnie pewna, czy dobrze zrozumiała, że ktoś w połowie grudnia zapytuje o grabie ogrodowe.
— Zdaje mi się, że zostały nam jedna czy dwie sztuki — rzekła — lecz znajdują się na strychu w składzie. Pójdę się przekonać.
Podczas jej nieobecności Mateusz postarał się skupić swoją rozproszoną uwagę.
Kiedy panna Harris powróciła z grabiami i uprzejmie spytała:
— Ozem mogę jeszcze służyć, panie Cutbert?
Mateusz zebrał całą odwagę, jaką posiadał, i rzekł:
— A więc, ponieważ mi pani przypomniała, chciałbym dostać... to jest... rozumie się... chciałbym kupić... trochę nasion traw...
Panna Harris słyszała, iż Mateusza nazywali oryginałem; obecnie przyszła do wniosku, że to skończony warjat.
— Nasiona sprowadzamy tylko na wiosnę — zauważyła wyniośle. — Obecnie nie posiadamy żadnych na składzie.
— Bez wątpienia, bez wątpienia... słusznie pani mówi — wyjąkał nieszczęśliwy Mateusz, chwytając grabie i zwracając się ku drzwiom. Lecz na progu sklepu przypomniał sobie, że nie zapłacił i powrócił. Podczas gdy panna Harris obliczała resztę, zebrał siły do ostatniej rozpaczliwej próby.
— Tak... jeśli nie zrobię tem wiele kłopotu... muszę... to jest... chciałbym prosić... o cukier.
— Jaki? biały? czy ciemny?
— O... zapewne... ciemny — odrzekł Mateusz słabym głosem.
— Oto jest jeszcze pozostała beczułka — wskazała panna Harris, pobrzękując bransoletkami. — Jest to jedyny gatunek, jaki posiadamy, białego narazie nie mamy.
— Poproszę... poproszę o dwadzieścia funtów tego gatunku — rzekł Mateusz, któremu wielkie krople potu wystąpiły na czoło.
Biedny Mateusz przebył już połowę powrotnej drogi do domu, zanim odzyskał panowanie nad sobą. Było to okropne przejście, lecz uważał, iż zasłużył na nie za niegodny czyn, jakiego się dopuścił, poszedłszy do obcego sklepu po zakupy. Za powrotem do domu umieścił grabie w wozowni, zaś cukier zaniósł Maryli.
— Ciemny cukier! — wykrzyknęła Maryla. — Pocóżeś tyle kupił? — Wiesz dobrze, że używam go tylko dla pastucha i do serów owocowych. Jerzy już dawno odszedł, a sery także leżą od kilku tygodni gotowe. To nie jest dobry gatunek cukru, ordynarny, a taki ciemny! William Blair zwykł mieć lepsze gatunki.
— Tak... sądziłem, że się przyda — rzekł Mateusz, pragnąc zatrzeć nieudaną wycieczkę.
Rozmyślając dłużej nad tą sprawą, Mateusz przyszedł do wniosku, że jedynie kobieta potrafi ją załatwić. O powierzeniu jej Maryli mowy być nie mogło. Mateusz był pewien, że ona projekt jego natychmiast odrzuci. Pozostawała pani Linde. Mateusz bowiem nie ośmieliłby się nigdy zapytać o radę jakąkolwiek inną kobietę w Avonlei. Udał się tedy do pani Małgorzaty, a ta poczciwina odrazu zdjęła ciężar z plec skłopotanego biedaka.
— Wybrać sukienkę dla Ani na Gwiazdkę? Zapewne, że chętnie to uczynię. W każdym razie jadę jutro do Carmody, więc zajmę się tem kupnem. Czy ma pan jakieś specjalne życzenie w kwestji materjału? Nie? A więc dobrze, wybiorę wedle własnego gustu. Sądzę, że w pięknym bronzowym kolorze będzie Ani do twarzy. Wiem, że William Blair otrzymał wybór bardzo ładnych rzeczy w bronzowym odcieniu. A nie życzyłby pan sobie, abym ja uszyła tę sukienkę? Jeśli Maryla się tem zajmie, Ania dowie się o podarku zbyt wcześnie, i niespodzianka będzie chybiona. Owszem, ja ją chętnie uszyję. Ależ nie sprawi mi to bynajmniej kłopotu. Lubię szyć. A zrobię ją wedle miary mojej siostrzenicy, Jenny Gillis, gdyż Ania i ona są prawie tego samego wzrostu.
— Dobrze, dziękuję bardzo — rzekł Mateusz — ale... ale... nie wiem... zdaje mi się... że teraz robią inne rękawy u sukien niż dawniej. Jeśliby to nie było zbyt śmiałe żądanie... pragnąłbym, aby one były uszyte wedle nowej mody.
— Bufiaste? Ależ naturalnie! Nie troszczcie się o to ani chwili. Uszyję ją wedle najświeższej mody — zapewniała pani Linde.
Kiedy Mateusz odszedł, rzekła do siebie:
— Przynajmniej raz biedne dziecko będzie ubrane, jak należy. Maryla wistocie ubiera ją wprost śmiesznie, i ja sama co najmniej dziesięć razy chciałam zrobić jej tę uwagę. Powstrzymałam się jednak, bo widzę, że Maryla uwag nie lubi, przekonana, że chociaż jest starą panną, zna się lepiej na wychowaniu dzieci, niż ja. Zawsze tak bywa. Tacy, co się zajmowali dziećmi, wiedzą dobrze, że niema stałych niewzruszonych metod, któreby się dały zastosować do wszystkich wychowańców. Ci zaś, co nie mieli potomstwa, sądzą, że wszystko jest równie proste i łatwe jak reguła trzech. Układasz trzy wiadome, a będziesz miał czwartą gotową.
— Jednakże ciało i krew nie dadzą się podciągnąć pod zasady arytmetyki i na tym właśnie punkcie Maryla popełnia błąd. Przypuszczam, iż ubierając Anię w sposób, w jaki to czyni, hartuje w niej ducha pokory, ale kto wie, czy natomiast nie rozwija w niej ducha zawiści i niezadowolenia. Jestem pewna, że biedne dziecko musi widzieć różnicę pomiędzy swoim strojem a ubraniem innych dziewcząt. Ale że też Mateusz zwrócił na to uwagę! Ten człowiek zbudził się po sześćdziesięciu latach snu!
Podczas następnych dwóch tygodni Maryla domyślała się, że Mateusz ma głowę zaprzątniętą czemś niezwykłem, lecz nie potrafiła odgadnąć, coby to być mogło. Zagadka wyjaśniła się nareszcie w wilję Bożego Narodzenia, gdy pani Linde przyniosła nową sukienkę. Maryla niczem nie zdradziła swego niezadowolenia, jakkolwiek zdawało się, że prawdopodobnie nie dowierzała dyplomatycznemu objaśnieniu przyjaciółki, jakoby podjęła się uszycia sukienki dlatego jedynie, iż Mateusz lękał się, aby Ania nie dowiedziała się zbyt wcześnie o niespodziance.
— Ach, tak, więc to z tego powodu Mateusz miał taką tajemniczą minę, szeptał i uśmiechał się pod wąsem w czasie ostatnich dwóch tygodni? — rzekła Maryla nieco oschle, lecz w tonie pobłażliwym. — Domyślałam się, że Mateusz ma zamiar popełnić jakieś głupstwo, bo muszę przyznać, że nie uważam, aby Ani potrzebny był nowy strój. Uszyłam jej na jesieni trzy praktyczne, ciepłe i ładne sukienki, a wszystko ponadto jest niepotrzebnym zbytkiem. Te rękawy wymagają tyle materjału, ile starczyłoby na całą bluzkę. Rozbudzasz w Ani próżność, Mateuszu, a toć ona i bez tego jest próżna jak paw. Wyobrażam sobie, jak teraz będzie zachwycona, bo wiem dobrze, że marzyła o tych rękawach już od czasu, gdy tu przybyła, chociaż ostatnio powstrzymywała się od wspominania o tem. Obecnie bufy są modne jeszcze większe i obszerniejsze, niż dawniej, tak wielkie jak nadęte balony. W przyszłym roku modnisie będą prawdopodobnie zmuszone bokiem przechodzić przez drzwi.
Poranek wigilijny zastał świat w białej, cudnej szacie. Grudzień był bardzo łagodny i oczekiwano Gwiazdki zielonej. Tymczasem w nocy spadł śnieg, który wystarczył dla nagłego przeobrażenia Avonlei. Ania zachwyconym wzrokiem rozglądała się wokoło przez zamarznięte okno swego pokoiku. Sosny w Lesie Duchów stały cudne niby opierzone, brzozy i dzikie wiśnie osypane perłami, pola jednostajnie pokryły się śniegiem. Powietrze czyste a chłodne dawało rozkosz ożywczego napoju. Ania zbiegła ze schodów, śpiewając wesoło, aż głos jej rozlegał się po Zielonem Wzgórzu.
— Wesołych świąt, Marylo! Wesołych świąt, Mateuszu! Czyż to nie cudne Boże Narodzenie? Cieszę się tak bardzo, że śnieg spadł! Nie lubię zielonej Gwiazdki! Bo wszakże zwykle niema zielonej... tylko brudna, szara i brunatna. Jakże mogli ludzie nazwać ją zieloną? Ależ... ależ... Mateuszu, czy to dla mnie? O, Mateuszu!
Mateusz niezręcznie rozwijał z papieru sukienkę, błagającym wzrokiem spoglądając na Marylę, która, niby to zajęta nalewaniem wody do imbryka, kącikami oczu z ukosa śledziła za Anią.
Ania wzięła sukienkę i przypatrywała jej się w uroczystem milczeniu. Ach, jakaż śliczna! Najmilszy bronzowy kolor, miękki materjał o jedwabnym połysku! Spódniczka o delikatnych zakładkach i falbankach, staniczek pracowicie wymarszczony z koronkowym kołnierzykiem u szyi. A rękawy! Te były koroną dzieła! Długie obcisłe mankiety, ponad niemi zaś dwie wspaniałe bufy, rozdzielone po środku wąziutkiemi zakładeczkami i kokardami z bronzowej jedwabnej wstążki.
— To gwiazdka dla ciebie, Aniu — rzekł Mateusz nieśmiało. — Ależ, Aniu... czy ci się nie podoba?... Cóż to!... cóż to!...
Bo oczy Ani nagle napełniły się łzami.
— Czy mi się podoba? O, Mateuszu!
Ania złożyła sukienkę na krześle i splotła ręce.
— Mateuszu, wszakże jest zachwycająca! O, nigdy nie potrafię dostatecznie wam podziękować? Patrzcie tylko na te rękawy! — Ach, wydaje mi się, że to sen uroczy!
— Dobrze, dobrze, ale teraz zabierzmy się do śniadania — przerwała Maryla. — Muszę dodać, Aniu, iż nie uważam wcale, aby ta sukienka była istotnie potrzebna. Lecz wobec tego, że Mateusz ci ją podarował, szanujże ją. Tutaj oto jest wstążka, którą pani Linde ofiarowuje ci do warkoczy. Jest bronzowego koloru, odpowiednia do sukienki. A teraz chodź i siadaj do stołu.
— Nie wiem, czy będę mogła jeść śniadanie — rzekła uszczęśliwiona Ania. — W tak niezwykłej chwili śniadanie wydaje się rzeczą zbyt prozaiczną. Wolę nasycić wzrok mój tą sukienką. Cieszę się tak bardzo, że bufiaste rękawy są jeszcze modne. Czułam, że nie potrafiłabym przeżyć tego, gdyby wyszły z mody, zanim doczekałabym się sukni z takiemi rękawami. Nie umiałabym zupełnie być zadowolona. Pani Linde postąpiła bardzo ładnie, ofiarowując mi tę wstążkę. Jestem pewna, że stanę się wkońcu dobrem dziewczęciem! Bywają chwile, że z przykrością myślę o tem, iż nie jestem wzorowa, ale ciągle postanawiam zostać nią w przyszłości. Jakto nieraz trudno jest dotrzymać postanowień, bo zdarza się, że nawiedzają nas nieprzezwyciężone pokusy. Postaram się, bezwarunkowo postaram zmienić się na lepszą!
W chwili gdy prozaiczne śniadanie dobiegało końca, na kładce, poniżej ośnieżonego pagórka, ukazała się drobna figurka Djany w czerwonym płaszczyku. Ania wybiegła naprzeciw niej.
— Wesołej gwiazdki, Djano! Ach, jakież cudne Boże Narodzenie! Pokażę ci coś wspaniałego! Mateusz ofiarował mi prześliczną sukienkę z takiemi rękawami! Nie umiałabym nawet wyobrazić sobie piękniejszej!
— I ja ci coś przynoszę — zawołała Djana bez tchu. — Oto masz... to pudełko. Ciotka Józefina przysłała nam skrzynkę z wielu drobiazgami... a to dla ciebie. Powinnam była przynieść ci je wczoraj, ale przesyłka nadeszła o zmierzchu, a nie lubię przechodzić Lasem Duchów, kiedy już noc zapadła.
Ania otworzyła pudełko i zajrzała. Na wierzchu spoczywała karta z napisem: „Dla Ani — Wesołej Gwiazdki“ a dalej para prześlicznych czarnych skórkowych pantofelków z atłasowemi kokardkami i błyszczącemi klamerkami.
— Ach, Djano! To zbyt wiele! Ja chyba śnię!
— A ja nazywam to zrządzeniem losu! — rzekła Djana. — Nie będziesz zmuszona pożyczać pantofli od Ruby; doskonale się składa, bo i tak byłyby za duże dla ciebie o całe dwa numery. Ładnieby to wyglądało: elf, człapiący w zbyt obszernych pantoflach! Józia Pay trjumfowałaby z pewnością!
Cała młodzież szkolna Avonlei była w gorączkowem podnieceniu tego dnia, gdy należało ostatecznie udekorować wielką salę i urządzić ostatnią jeneralną próbę.
Wieczorem odbył się koncert. Powodzenie było niewątpliwe. Sala przepełniona, a wszyscy występujący spisali się znakomicie. Jednakże gwiazdą wieczoru okazała się Ania, czemu nawet zazdrość w postaci Józi Pay nie odważyła się zaprzeczyć.
— Ach, jakiż to był rozkoszny wieczór! — westchnęła Ania, gdy po skończonem przedstawieniu powracała z Djaną do domu, zapatrzona w ciemne, gwiazdami usiane niebo.
— Zdaje się, że wyniki są jak najlepsze — rzekła praktycznie usposobiona Djana. — Jestem pewna, żeśmy osiągnęły więcej, niż dziesięć dolarów. Wyobraź sobie, że pan Allan uczyni o tem wzmiankę w dzienniku w Charlottetown.
— Ach, Djano, czy wistocie nazwiska nasze będą wydrukowane? Dreszcz mnie przejmuje, gdy pomyślę o tem. Twoje solo, Djano, było prześliczne. Kiedy bisowano, czułam się dumniejszą od ciebie. Pomyślałam sobie: „to moją serdeczną przyjaciółkę tak oklaskują!“
— A twoja deklamacja, Aniu! Zdawało się, że burza oklasków zerwie dach z domu. Ów smutny wiersz był wprost boski!
— Ach, ja byłam tak rozgorączkowana, Djano. Kiedy pan Allan wywołał moje nazwisko, nie pojmowałam, jak potrafię wejść na estradę. Czułam miljon oczu na sobie, i przez jedną chwilę, straszną chwilę, zdawało mi się, że głos zamarł mi w krtani. Lecz prędko oprzytomniałam i... nabrałam odwagi. Zaczęłam mówić i z początku doznawałam wrażenia, że głos mój przybywa zdala. Szczęście, że tak sumiennie uczyłam się tego wiersza i powtarzałam go tyle razy, inaczej byłabym przepadła. Czy rozpaczałam właściwie?
— Owszem, rozpaczałaś wspaniale — zapewniała Djana.
— Skończywszy, zauważyłam, że stara pani Slone ocierała łzy. Jakże miłą była mi świadomość, że wzruszyłam czyjeś serce. Czyż to nie romantyczne przyjmować udział w koncercie? O, będzie to dla mnie pamiętna chwila!
— A czy dialogi chłopców nie były świetne? — spytała Djana. — Gilbert Blythe był wprost niezrównany. Wiesz, Aniu, uważam, że ty zbyt surowo postępujesz z Gilbertem. Czekajże aż skończę. Kiedyś opuszczała estradę po dialogu elfów, jedna z róż, wplecionych w twoje włosy, wypadła. Widziałam, jak Gilbert podniósł ją i schował do kieszonki na piersiach. Oto widzisz! Przy twojem romantycznem usposobieniu taki fakt powinien ci się niezmiernie podobać.
— Obojętne są mi czyny tej osoby — odpowiedziała Ania wyniośle. — Myśli moje ani chwili nie są nią zajęte.
Tegoż wieczoru Mateusz i Maryla, którzy od lat dwudziestu nie byli na żadnym koncercie, zasiedli przed kominkiem, rozmawiając o doznanych wrażeniach. Ania udała się już na spoczynek.
— Wydaje mi się, że Ania wywiązała się ze swej roli znakomicie — rzekł Mateusz z dumą.
— Tak jest wistocie — przyznała Maryla. — Jest to utalentowana dziewczyna, Mateuszu. I ślicznie wyglądała, rzeczywiście! Byłam przeciwna całemu temu projektowi koncertu, lecz obecnie przyznaję, że nie było w tem nic nieodpowiedniego. Naprawdę byłam dziś wieczór dumna z Ani, chociaż nie powiedziałam jej tego.
— Ja również byłem dumny z Ani, lecz powiedziałem jej to, zanim poszła do swego pokoiku — rzekł Mateusz. — Będziemy musieli pomyśleć, co z nią dalej począć, Marylo. Przypuszczam, że szkoła Avonlei niezadługo przestanie jej wystarczać.
— Dość mamy czasu do pomyślenia o tem — odpowiedziała Maryla. — W marcu kończy ona dopiero lat trzynaście, chociaż dzisiejszego wieczoru zdawało mi się, że wyrosła na dużą dziewczynę. Pani Linde uszyła jej sukienkę cokolwiek za długą i dlatego Ania wydaje się wyższą. W naukach wykazuje dużo zdolności, i sądzę, że postąpimy najlepiej, kierując ją w przyszłości do seminarjum. Lecz nie należy jej o tem wspominać wcześniej, niż za rok lub za dwa.
— Jak zechcesz, ale nie uważam, by zastanawianie się nad tą sprawą mogło jej zaszkodzić — rzekł Mateusz. — Tego rodzaju plany dojrzewają lepiej, gdy się nad niemi więcej przemyśliwa.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: anonimowy.