500 milionów Begumy/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł 500 milionów Begumy
Data wydania 1909
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz nieznany
Tytuł orygin. Les Cinq cents millions de la Bégum
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIII.

Marceli Bruckmann do profesora Schultze’a w Stahlstadzie.

Miasto-Francya, 14 września.

Mniemam, że wypada mi zawiadomić Stalowego króla, że przedwczoraj wieczór bardzo szczęśliwie przebyłem granicę jego posiadłości, przekładając własny ratunek nad ocalenie modelu armaty Schultze’a.
»Takim sposobem, żegnając pana, nie dopełniłbym obowiązku mego, gdybym ja także nie wykrył przed nim tajemnicy mojej; ale bądź pan spokojny, poznania jej nie opłacisz pan życiem swojem.
Nie nazywam się Schwartz i nie jestem Szwajcarem. Jestem Alzatczykiem. Nazwisko moje jest Marceli Bruckmann. Jestem inżynierem niezłym, jeżeli mam panu wierzyć, ale przedewszystkiem jestem Francuzem. Jesteś nieubłaganym nieprzyjacielem mego kraju, moich przyjaciół, mojej rodziny. Powziąłeś haniebne zamiary przeciw tym wszystkim, których kocham. Odważyłem się na wszystko, wszystko zrobiłem, by je poznać! Zrobię wszystko, by je zniweczyć.
»Spieszę donieść panu, że pierwszy cios jego chybił, że cel twój, dzięki Bogu, został niedopięty i że nie mogło być nawet inaczej! Pomimo to wszakże — wyznać muszę — że armata pańska jest arcycudowną, ale pociski, które pod takim ładunkiem prochu wyrzuca i które mogłaby wyrzucać, nikomu nie zrobią nic złego! Nigdy nie spadną nigdzie. Przeczuwałem to, a dzisiaj jest już faktem spełnionym na wielką sławę pańską, że doktor Schultze wynalazł straszne działo zupełnie nieszkodliwe.
»Z przyjemnością zatem dowiesz się pan, że widzieliśmy granat nadto wydoskonalony, jak o godzinie jedenastej, czterdzieści pięć minut i cztery sekundy, przeleciał po nad miastem naszem. Dążył ku zachodowi, krążąc w próżni, i tak wirować będzie aż do końca wieków. Pocisk, mający szybkość pierwotną dwadzieścia razy wyższą od szybkości rzeczywistej, to jest, przebiegający dziesięć metrów na sekundę, nie może już spaść! Ruch jego własny, połączywszy się z przyciąganiem ziemi, zamienia go na ciało, którego przeznaczeniem jest wiecznie wirować koło naszej ziemi.
»Powinienbyś pan wiedzieć o tem.
»Nadto mam nadzieję, że po tej pierwszej próbie armata Wieży Byka zupełnie jest zniszczoną; w każdym razie jednak dwieście tysięcy dolarów, to nie jest nadto drogo zapłacone za przyjemność, jakąś pan sobie zrobił, obdarzając świat planetarny nową gwiazdą, a ziemię drugim satelitą.

Marceli Bruckmann«.

Umyślny posłaniec wyruszył niezwłocznie z Miasta-Francyi do Slahlstadt’u. Można wybaczyć Marcelemu, że nie mógł odmówić sobie złośliwej tej przyjemności i list swój wysłał zaraz do Herr Schultze’a.
Marceli miał w istocie słuszność, kiedy utrzymywał, że znakomity granat, obdarzony taką chyżością i wirujący poza obrębem atmosferycznej warstwy, nie spadnie więcej na powierzchnię ziemi — miał także słuszność, kiedy spodziewał się, że po tym ogromnym ładunku bawełny strzelniczej, działo Wieży Byka musi być zepsute zupełnie.
List ten zadał cios straszny Herr Schultze’mu i jego miłości własnej. Czytając go, posiniał cały, głowa opadła mu na piersi, jak gdyby pod uderzeniem maczugi. Z tego stanu bezprzytomności wyszedł dopiero po kwadransie, ale w jaki wpadł gniew! Tylko Arminius i Sigimer mogliby powiedzieć, jakie były wybuchy gniewu tego!
Ale Herr Schultze nie był to człowiek, któryby chciał uznać się zwyciężonym. Między nim a Marcelim miała rozpocząć się walka zawzięta. Czyż nie pozostały mu jeszcze jego granaty, naładowane płynnym dwutlenkiem węgla, które działa mniej potężne ale więcej praktyczne z małej odległości ciskać będą mogły?
Nagłem wysileniem uspokoiwszy się, król Stalowy wszedł do gabinetu swego i zajął się znowu pracą.

Oczywiście, że Miasto-Francya więcej niż kiedy zagrożone, powinno było zaopatrzyć się we wszelkie możliwe środki obrony.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.