Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom IV/Część pierwsza/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
MORDERCY.

Kamieniarz, a za nim jago banda, biegnąc do Gabrjela, który jeszcze postąpił naprzeciw nim kilka kroków od kraty, zawołał z zaiskrzonemu złością oczami:
— Gdzie jast trucicieli?... Potrzebny nam jest...
— A któż to powiedział wam, moi bracia, że on jest trucicielem? — rzekł Gabrjel przenikliwym, dźwięcznym głosem — Truciciel!... a gdzież są dowody?... świadkowie?... ofiary?....
— Dosyć tego!... — odpowiedział grubjańsko kamieniarz, przyskakując z groźną miną. — Oddaj nam go musimy go mieć... bo, jak nie, zapłacisz za niego ty...
— A więc macie mię! jestem! — rzekł Gabrjel, podnosząc głowę i postępując naprzód ze spokojem, pełnym poświęcenia i wzniosłości. — Ja lub on — dodał — wszystko to dla was jedno: pragniecie krwi! weźcie moją, a ja wam przebaczę, moi bracia, nieszczęsny szał, który opanował wasz rozum.
W tej chwili tłum spostrzegł leżącego księdza d‘Aigrigny.
— Mamy go! Śmierć trucicielowi — zawołano.
Misjonarz stracił już nadzieję ocalenia jezuity od strasznej śmierci... Z tem wszystkiem zawołał:
— Stójcie!... nieszczęśni, obłąkani...
I rzucił się naprzeciwko tłumu, ręce do niego wyciągnąwszy.
Odpowiedziano mu wrzaskiem.
— Śmierć! śmierć!
— Chcecie jego śmierci? — rzekł Gabrjel, blednąc jeszcze.
— Tak!... tak!...
— A więc niech umrze!... — zawołał misjonarz, nową myślą nagle natchniony — tak, niech umiera zaraz, w tej chili.
Przez kilka sekund ci ludzie zamilkli, osłupieli, z zadziwieniem patrzyli na Gabrjela.
— Człowiek ten, mówicie, jest winny!... — rzekł młody misjonarz drżącym głosem — osądziliście go bez dowodów, bez świadków, bo na co to wszystko?... umrze... Zarzucacie mu, że jest trucicielem... a gdzież są jego ofiary? gdzie one są? Nie wiecie... Na co to wszystko? on już osądzony... Gdzież jego obrona? to święte prawo każdego obwinionego?... nie chcecie go słuchać... na co?... jego wyrok już ogłoszony... Niech i tak będzie!... wy sami jesteście oskarżycielami, sami sędziami i sami katami.
— Nie... nie!... — krzyknęło zapamiętale kilka głosów.
— Nie... — mówił Gabrjel z coraz większym zapałem — nie! chcecie rozlać krewą rozlejecie ją nawet w świątyni pańskiej... Bo, mówicie, to jest wasze prawo... Dopełniacie czynu okropnej sprawiedliwości... Lecz pocóż wtedy tyle silnych rąk dla dobicia tego i tak już konającego człowieka? Poco te krzyki? ta zapalczywość? te gwałty? Azaliż to tak wykonywają się sądy ludu sprawiedliwego, potężnego?
— Tak — odpowiedział kamieniarz — to jest nasze prawo; chcemy zabić truciciela...
To mówiąc, nędznik ten, z zakrwawionym wzrokiem, zapalonemi licami, posunął się na czele gromady, gotowe i na wszystko; postępując, najprzód zrobił rękami znak, jakgdyby chciał odepchnąć z drogi Gabrjela, ciągle stojącego przed kratą
Lecz, zamiast opierać się bandycie, misjonarz pośpieszył naprzeciw niemu parę kroków, wziął go za rękę i rzekł doń śmiało:
— Chodź...
I, ciągnąc, iż tak powiem, za sobą kamieniarza zdumionego, że jego towarzysze przerażeni tym postępkiem Gabrjela, nie śmiali od razu pójść za nim... Gabrjel przebiegł szybko przestrzeń, która go oddzieliła od chóru, otworzył kratę i, zaprowadziwszy kamieniarza, nie przestając trzymać go za rękę, aż do ciała księdza d‘Aigrigny leżącego na posadzce, zawołał:
— Otóż jest ofiara... już jest na śmierć skazana, uderz ją!...
— Ja! — zawołał kamieniarz, wahając się — ja... sam jeden...
— Och — rzekł Gabrjel z boleścią — niema żadnego niebezpieczeństwa, łatwo z nim skończysz... patrz... jak znękany cierpieniami, ledwie oddycha... wcale ci się nie będzie opierał... Nie lękaj się niczego!
Kamieniarz stał jak wryty, kiedy tymczasem tłum, mocno zdumiony tem zdarzeniem, zbliżał się powoli do kraty, nie śmiejąc wejść za nią.
— Uderz! — rzekł Gabrjel do kamieniarza i pokazując mu tłum uroczystym giestem — oto sędziowie... a ty jesteś katem...
— Nie! — zawołał kamieniarz odskoczywszy — ja nie jestem katem... nie!
Tłum zamilkł... Przez kilka chwil ani jedno słowo, ani jeden okrzyk nie zmącił głębokiej ciszy wspaniałej katedry.
Potem kilku ludzi z bandy kamieniarza zaszemrało głośno, wyrzucając mu jego lękliwość.
— Nie śmie dobić zatruwacza — rzekł jeden.
— Tchórz!
— Boi się.
— Cofa się.
Słysząc to szemranie, kamieniarz pobiegł do kraty, otworzył ją i, wskazując na ciało księdza d‘Aigrigny, zawołał:
— Jeżeli jest ktoś śmielszy ode mnie, niech idzie dobić go... niech się podejmie być katem... zobaczymy..
Na to wezwanie ucichły szemrania.
Nikt pojedynczo nie śmiał posunąć się i podnieść ręki ma umierającego człowieka. Nagle ksiądz d‘Aigrigny głęboko, chrapliwie westchnął, głowa i jedna ręka nieco się podniosła, konwulsyjnie drgnąwszy, potem opadł na posadzkę, jakgdyby już skonał...
Gabrjel krzyknął żałośnie i upadł na kolana przy księdzu d‘Aigrigny, mówiąc:
— Ach! mój Boże! już umarł...
Sprawiło to mocne wrażenie na tłumie, który bywa zwykle równie skory do złego, jak do dobrego.
Na przeraźliwy krzyk Gabrjela, ludzie, co niedawno tak zapamiętale, z krzykiem domagali się śmierci tego człowieka, teraz prawie rozczulali się nad nim.
— Księże proboszczu — rzekł kamieniarz, nachyliwszy się do Gabrjela.. — czy doprawdy niema już nadziei?...
Niespokojnie i w najgłębszem milczeniu oczekiwano odpowiedzi Gabrjela...
— Bogu dzięki! — zawołał nagle Gabrjel — jego serce bije...
— Jest nadzieja, będziemy mogli uratować go...
— Będziemy mogli uratować go — powtórzył machinalnie kamieniarz.
— Będzie można uratować go... — powtarzał tłum pocichu.
— Prędko, prędko! — rzeki Gabrjel, obróciwszy się do kamieniarza — dopomóż mi, mój bracie; przeniesiemy go do pobliskiego domu... tam mu udzielą potrzebnej naprędce pomocy...
Na widok strasznego kamieniarza, pomagającego młodemu księdzu ratować człowieka, którego niedawno chciał zamordować, tłum nagle zmienił postawę, inne ogarnęły go uczucia. Wszyscy jeden przed drugim ubiegali się z ofiarowaniem swych usług.
— Mości księże proboszczu, lepiej może byłoby zanieść chorego w lektyce — rzekła Cebula.
— A gdybym też pobiegł sprowadzić powóz — odezwał się szkaradny ulicznik, zdejmując swoją furażerkę.
— Dobrze mówisz — rzekł kamieniarz — biegnij co żywo.
— Taki... tak!... biegnij prędko, moje dziecko — rzekł Gabrjel do ulicznika tonem rozkazującym.
Kiedy ten przeciskał się przez tłum, odezwał się głos:
— Mam ja przy sobie małą flaszeczkę z wódką, może się ona przyda?
Oczekując na przybycie powozu, Gabrjel usiadł na chwilę na krzesełku; tymczasem kilku ludzi usłużnie ofiarowało się przytrzymywać głowę księdza d‘Aigrigny; Gabrjel dawał mu powoli wąchać spirytus we flaszce. Po niejakim czasie spirytus wywarł skutek: jezuita cokolwiek się ocknął; kilka razy poruszył się i podniosła się pierś jego od głębokiego westchnienia.
— Nic mu nie będzie... będzie żył! — zawołał Gabrjel ucieszony — będzie żył... moi bracia...
— Ach, tem lepiej!... — zawołało kilka głosów.
— O! tem lepiej, tem lepiej! moi bracia — rzekł Gabrjel. — Podziękujmy Bogu, że wasz ślepy szał dzikość: zamienił w uczucie politowania! Moi bracia, kochajmy się, upadnijmy na twarz przed Zbawicielem, który cierpiał za nas!
To mówiąc, Gabrjel padł na kolana. Wszyscy z uszanowaniem poszli za jego przykładem, tak silne, przekonywujące były jego słowa.
W kilka minut potem, Gabrjel, niemal w triumfie niesiony na ręku, siadał do powozu, w którym leżał ksiądz d‘Aigrigny; jezuita powoli zupełnie odzyskał zmysły. Powóz ten, stosownie do rozkazów jezuity, zatrzymał się przed bramą domu przy ulicy Vaugirard; tyle on już miał odwagi i siły, iż sam, bez pomocy, wysiadł z powozu i wszedł do tego domu, gdzie nie był wprowadzony Gabrjel, a dokąd my poprowadzimy czytelnika.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.