Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część pierwsza/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
TESTAMENT.

Gdy Gabrjel, Rodin i ksiądz d‘Aigrigny weszli do czerwonego salonu, zdawało się, że każdy z nich znajdował się pod wpływem innego wrażenia.
Gabrjel, blady i smutny, był bardzo nieszczęśliwy; radby jak najprędzej wyjść z tego domu, i zdawało mu się, że zrzucił z siebie jakieś ciężkie brzemię, od chwili, gdy uroczystym aktem, przed notarjuszem zdziałanym, z wszelkiemi prawnemi formalnościami, zrzekł się wszelkich swych praw do spadku na rzecz księdza d‘Aigrigny.
Był to niewątpliwie misjonarz, obdarzony z natury nadzwyczajną mocą charakteru, skoro ten kwiat skrupulatnej uczciwości nie zwiądł pod zaraźliwym wpływem jego wychowania; lecz szczęściem dla niego, że jak zimno zachowuje niekiedy ciała od zepsucia, tak lodowata atmosfera, w której upłynęła część jego dziecinnego wieku i jego młodości, wprawiła go tylko w odrętwienie, ale nie zepsuła szlachetnych przymiotów, które niebawem odświeżyło i przywróciło do życia wolne powietrze.
Samuel był wielce strapiony... nikt inny jako dziedzic, prócz Gabrjela, nie pokazał się...
Niema wątpliwości, że starzec powziął wielką sympatję dla tego młodzieńca; ale ten młodzieniec był księdzem; z nim więc zgasłaby imię rodziny Rennepont‘ów; a wówczas ogromny, tak pracowicie nagromadzony majątek, pewno nie byłby użyty tak, jak tego pragnął testator.
Różni aktorowie tej sceny stali wokoło wielkiego, okrągłego stołu.
W chwili, kiedy na wezwanie notarjusza mieli usiąść, Samuel, pokazując na zawierającą rejestr czarną teczkę, rzekł:
— Ten rejestr, panie, polecono mi tu złożyć; jest on zamknięty.
— W rzeczy samej, tak postąpić nakazuje dodatek do testamentu, który tu mamy — rzekł pan Dumesneil — a który został złożony w noku 1682 u Tomasza Le Semelier, radcy królewskiego, notarjusza przy trybunale paryskim, zamieszkałego wtedy na placu Królewskim Nr. 13.
To mówiąc, pan Dumesneil wyjął z czerwonej safjanowej teki wielką pergaminową kopertę, pożółkłą z czasem, do której przyczepiona była jedwabną nicią także pergaminowa kartka.
— Raczcie zająć miejsca, panowie — rzekł notarjusz — przeczytam wam załączoną tu notę, która przepisuje, aby dopełnić przed otworzeniem testamentu formalności.
Notarjusz, Rodin, ksiądz d‘Aigrigny i Gabrjel zasiedli około stołu.
Ten ostatni, usiadłszy tyłem do kominka, nie mógł widzieć dwóch około niego zawieszonych portretów. Pan Dumesneil począł czytać następujące rozporządzenie:
„Dnia 13 lutego 1832 raku mój testament zaniesiony będzie na ulicę Świętego Franciszka Nr. 3.
„Punkt o godzinie dziesiątej znana, drzwi do czerwonego salonu, leżącego na parterze, będą otworzone dla mych spadkobierców.
„Skoro się zbiorą, przeczytany zostanie mój testament, a gdy wybije dwunasta, testament zostanie zamknięty na korzyść tych, którzy, według mego zlecenia, jak się spodziewam, dochowanego w mej familji przez podanie, poczynając od dnia dzisiejszego, w ciągu stu pięćdziesięciu lat, stawią się osobiście dnia 13 lutego, przy ulicy Świętego Franciszka“.
Notarjusz zatrzymał się przez chwilę, a następnie rzeki uroczyście:
— Ponieważ ksiądz Gabrjel-Franciszek Marja de Rennepont legalnie udowodnił swoje pochodzenie i pokrewieństwo z testatorem, i aż do tej chwili sam jeden z rodziny Rennepont‘ów stawił się w tem miejscu osobiście, przeto otwieram testament w jego obecności.
To mówiąc, notarjusz wydobył z koperty testament.
Ksiądz d‘Aigrigny nachylił się i oparł rękę o stół, z niepokoju zaledwie mogąc oddychać.
Gabrjel gotów był słuchać raczej przez ciekawość, aniżeli powodując się osobistym interesem.
Rodin usiadł w pewnej odległości od stołu. Cała uwaga socjusza dzieliła się między najmniejszym szelestem, jaki usłyszał zewnątrz domu, a powolnem posuwaniem się wskazówek zegara, którego bieg małe jego oczko zdawało się pragnąć przyśpieszać, niecierpliwie bowiem oczekiwał godziny dwunastej.
Notarjusz, rozłożywszy kartę pergaminową, wpośród ogólnej ciekawości, czytał co następuje:

Wieś Villetaneuse, dnia 13 lutego 1682 r.

„Śmierć dobrowolna ocalić mnie ma od hańby galerów, na które skazali mnie nieprzyjaciele mojej rodziny, jako odszczepieńca.
A wreszcie... nieznośnem jest życie od czasu, jak syn mój padł ofiarą tajemnej zbrodni.
Umarł, mając łat dziewiętnaście... biedny Henryk... nieznani są jego zabójcy... nie... niezupełnie nieznani... jeżeli uwierzyć mam memu przeczuciu...
Chcąc zachować dla tego dziecka majątek, udałem, że się wyrzekam protestantyzmu... Dopóki żyło to kochane dziecko, dopełniłam ściśle napozór katolickich obrządków... Oburzało mnie wprawdzie to oszukaństwo, ale chodziło o syna...
Przymus ten stał się dla mnie nieznośnym... od czasu, jak mi zgładzono ze świata syna... śledzono wszystkie me kroki; zostałem oskarżony i osądzony, jako odszczepieniec... mój majątek skonfiskowano, a ja skazany zostałem na galery.
O! w jakże okrutnych żyjemy czasach!
Nędza i niewola! krwawy despotyzm i religijna nietolerancja... Ach! miło mi jest rozstać się z takiem życiem...
Tak, trzeba pomyśleć o krewnych, którzy żyją, albo raczej o tych, którzy żyć będą... w lepszych może czasach...
Suma pięćdziesiąt tysięcy talarów wynosząca — depozyt powierzony przyjacielowi — pozostała mi z tylu dóbr moich...
Nie mam już syna... ale mam wielu krewnych, wygnanych, rozproszonych po Europie.
Suma ta, pięćdziesiąt tysięcy talarów, podzielona między wszystkich krewnych, bardzo małym byłaby dla nich zasiłkiem. Inaczej więc nią rozporządziłem.
A w tem trzymałem się rady bardzo mądrego człowieka... którego szanuję głęboko.
Dwa razy w mem życiu widziałem tego człowieka, i to w nader okropnych okolicznościach... dwa razy winien mu byłem moje ocalenie.. raz ocalenie ciała, drugi ocalenie mej duszy.
Rzecz niepojęta!... kiedy się dobrze przekonał o mojem postanowieniu odebrania sobie życia, mimowolnie wyrwało się z ust jego słowo, które uwierzyć mi kazało, że zazdrościł mi mego losu... mej śmierci...
Czyliż on więc skazany jest, aby żył wiecznie?...
Tak... pewno się sam na to skazał, aby mógł być użytecznym, pomocnym dla ludzkości... a przecież cięży mu życie; słyszałem bowiem, jak pewnego dnia w rozpaczy mówił, czego nigdy nie zapomniałem... „Ach! życie... życie... któż mnie od niego uwolni!“
Oddalił się; ostatnie jego słowa to we mnie sprawiły, że spokojnie sobie śmierć wyobrażam...
Jemu to winienem, że śmierć moja nie będzie bezowocna.
Jemu to należy się wdzięczność, że niniejsze słowa, napisane przez człowieka, który za kilka godzin żyć przestanie, wydadzą może coś wielkiego za półtora wieku; oh! tak, coś wielkiego, coś szlachetnego!... jeżeli ściśle wypełnią moją wolę moi potomkowie.
Żeby zrozumieli i ocenili moje ostatnie życzenia, potrzeba, żeby poznali prześladowców mej rodziny, iżby mogli pomścić swych przodków, ale pomścić szlachetnym sposobem.
Mój dziad był katolikiem; idąc nietyle za religijną gorliwością jak za przewrotnymi radami, połączył się, chociaż świecki, z towarzystwem, którego potęga była zawsze równie straszną jak tajemniczą: z towarzystwem Jezuitów“.
Przy tych słowach testamentu, ksiądz d‘Aigrigny, Rodin i Gabrjel, spojrzeli się na siebie mimowolnie.
Nie zauważywszy tego poruszenia, notarjusz czytał dalej:
„Po kilku latach, w których nie przestawał dawać dowodów najzupełniejszego poświęcenia dla tego towarzystwa, okropne odkrycia nagle oświeciły go o ukrytym celu, jaki miało toż towarzystwo, i o środkach, jakiemi do niego dążyło.
Było to roku 1610, na miesiąc przed zabiciem Henryka IV-go.
Mój dziad, przerażany tajemnicą, jakiej powiernikiem stał się mimowolnie, porzucił wyznanie rzymskie i został protestantem.
Niezaprzeczone dowody, świadczące o wspólnictwie dwóch członków tego towarzystwa z Ravaillac‘em, wspólnictwie równie dawiedzionem w czasie zbrodni Jana Chatel, królobójcy, znajdowały się wówczas w ręku mego dziada.
Taka to była pierwsza przyczyna zajadłej nienawiści Jezuitów przeciwko naszej rodzinie.
Mój ojciec także wystawiony był na skryte prześladowania; jego upadek, a może i śmierć, byłyby ich skutkami, gdyby nie pośrednictwo anielskiej kobiety, dla której on zachował miłość niemal religijną.
Portret tej kobiety, którą znowu widziałem przed kilku laty, równie jak portret mężczyzny, dla którego mam cześć najwyższą, odmalowane zostały przeze mnie na pamiątkę, i umieszczone są w czerwonym salonie przy ulicy Świętego Franciszka“.
Od niejakiego czasu, Gaibrjel był coraz uważniejszy na czytanie tego testamentu; myślał on, że dziwnym zbiegiem rzeczy, jeden z jego przodków, przed dwoma wiekami, zerwał stosunki z Jezuitami, tak, jak on to przed dwiema godzinami uczynił... i że od tego rozbratu, sięgającego dwóch wieków... zaczynał się także pewien rodzaj nienawiści, a jaką towarzystwo Jezuitów ścigało zawsze jego rodzinę.
Również dziwną wydało mu się rzeczą, że to dziedzictwo, przekazane mu przed stu pięćdziesięciu laty przez jednego z jego przodków, który padł ofiarą Jezuitów, wracało znowu do tego towarzystwa, skutkiem dobrowolnego zrzeczenia się jego.
Gdy notarjusz przeczytał wzmiankę testamentu o dwóch portretach, Gabrjel, który równie jak ksiądz d‘Aigrigny siedzieli obróceni tyłem do obrazów, obrócili się, chcąc im się przypatrzeć...
Zaledwie misjonarz ujrzał portret kobiety, krzyknął nagle z zadziwieniem i niemal przerażeniem.
Notarjusz przerwał czytanie testamentu i spojrzał zmieszany na Gabrjela.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.