Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część pierwsza/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
CZERWONA SALA.

Mularze, ukończywszy swoją robotę i chcąc być obecnymi przy otwarciu drzwi, oczekiwali wraz z dozorującym ich dependentem notarjusza na przybycie Samuela, który nadchodził od strony ogrodu z pękiem kluczy w ręku.
— Teraz, moi przyjaciele — rzeki starzec, zbliżywszy się przed schody ganku — kiedyście ukończyli waszą robotę, udacie się do pana notarjusza po zapłatę, a następnie ja was wypuszczę za bramę.
— A zmiłujże się, szanowny panie — odezwał się dependent — zważ przecie, że ja i ci ludzie znajdujemy się w najciekawszej chwili i radzibyśmy niezmiernie widzieć wnętrze tego osobliwego domu, a ty miałbyś serce odprawić nas z kwitkiem?... to niepodobna...
— Przykro mi bardzo, ale tak być musi, gdyż ja powinienem najsamprzód, i to sam jeden, wejść do tego domu, zanim wprowadzę doń spadkobierców dla przeczytania testamentu.
Widząc nieugiętość stróża, mularze z żalem zdecydowali się zejść ze schodów; dependent nie chciał tak łatwo dać za wygraną.
Zamiarowi temu jednakże przeszkodził notarjusz, który z dziedzińca odezwał się donośnym i naglącym głosem:
— Panie Piston... Zbiegnij prędko do najbliższego handlu i przynieś trzy lub cztery arkusze stemplowego papieru, dla spisania aktu... Bież co żywo, bo akt musi być spisany natychmiast, jeszcze przed otwarciem testamentu; czas bardzo nagli!
Tymczasem Samuel, idąc po schodach, dostał się do drzwi, które tylko co odmurowano.
Starzec z głębokiem wzruszeniem, po odszukaniu w pęku potrzebnego klucza, włożył go w zamek, zakręcił, a otworzywszy, popchnął drzwi, które zaskrzypiały na odwiecznych zawiasach.
Natychmiast uderzyło go w twarz wilgotne, zimne powietrze, jak z piwnicy, która bardzo dawno nie była roztwieraną.
Odgłos ciężkich stąpań żyda rozlegał się pod wysoką kopułą sieni; wnuk Izaaka Samuela melancholijnie zadumał się, pomyślawszy, że pewno kroki jego dziada były ostatniemi, które rozległy w tym domu, gdy go zamykał przed stu pięćdziesięciu laty, wierny bowiem przyjaciel Rennepont‘a, który mu pozornie sprzedał swój dom i który następnie zdał go dziadowi Samuela, umożliwił tym sposobem przechowanie tej nieruchomości dla dzisiejszych jego spadkobierców.
Do tych myśli, zajmujących Samuela, dołączyło się jeszcze wspomnienie światła, widzianego dziś zrana w otworach ścian, okrywających taras; pomimo więc mocy charakteru, starzec zadrżał, biorąc zkolei drugi klucz z napisem: do czerwonej sali, i otwierając nim podwoje, prowadzące do tej sali.
Jedno w całym tym domu otworzone okno oświecało ten obszerny pokój, wybity ciemno-purpurawym adamaszkiem, którego kolor nie uległ zmianie; gruby kobierzec turecki pokrywał posadzkę: krzesła z drzewa, pozłacane, w surowym stylu z czasów Ludwika XIV, rozstawione były systematycznie wzdłuż ścian; drugie drzwi, prowadzące do następnego pokoju, znajdowały się wprost drzwi wchodowych, ich boazerje, jak i gzymsy, sufit okalające, były białe ze złoconemi listwami.
Bogate kandelabry i ścienny zegar, tego stylu co i meble, przeglądały się w wielkiem weneckiem zwierciadle.
Na środku tego salonu stał wielki stół, nakryty aksamitnym, karmazynowym kobiercem.
Zbliżywszy się do tego stołu, Samuel zobaczył leżący na nim arkusz białego pergaminu z następującym napisem:
„W tej sali ma być otworzony mój testament; inne pokoje pozostaną zamknięte aż do przeczytania mej ostatniej woli“.

„M. de Re.“

Głęboka cisza panowała w tym salonie w chwili, kiedy Samuel położył rejestr na stole. Nagle rzecz, napozór najnaturalniejsza, a przecież niesłychana, najdziwniejsza, jaką tylko sobie wystawić można, wyrwała Samuela z jego zadumy.
Usłyszał czysty, srebrny dźwięk głosu zegara, bijącego dziesiątą godzinę w przyległym pokoju.
I w rzeczy samej było to właśnie o dziesiątej zrana.
Samuel był zanadto rozsądnym i praktycznym człowiekiem, aby miał uwierzyć w perpetuummobile, to jest w zegar, idący od półtora wieku. Dlatego zastanowił się, równie zdziwiony jak przerażony, jakim sposobem ten zegar nie stanął od tylu lat, a najbardziej zadziwiło go to, że z taką dokładnością wskazał właściwą godzinę.
Długo zastanawiając się nad tem nadzwyczajnem zjawiskiem i łącząc je z równie nadzwyczajnem ukazaniem się światła w otworach nakrycia tarasu, Samuel wnioskował, że musi być jakiś tajemny związek między temi dwoma zjawiskami.
Lubo starzec nie mógł dociec prawdziwej przyczyny tych zjawisk, usiłował przynajmniej tłómaczyć je sobie wedle swego pojmowania rzeczy, to jest domysłami o podziemnych komunikacjach, które, jak niosło podanie, miały się rozciągać od tego domu do różnych miejsc odległych; tym sposobem, podług jego domysłu, niewiadome, tajemne osoby mogły dostawiać się tą drogą po kilka razy w ciągu każdego wieku.
Żywy promień słonecznego światła, przedarłszy się przez chmury, oświecał dwa wielkie portrety, zawieszone po obu stronach kominka, których żyd dotąd nie spostrzegł, a które, odmalowane w całej naturalnej od stóp do głów postawie, wyobrażały jeden kobietę, a drugi mężczyznę.
Po skromnym, ale zarazem silnym kolorycie tych malowideł, po śmiałym, i dzielnym pędzlu łatwo było poznać, że to są mistrzowskie dzieła.
Niewiasta zdawała się być w wieku od dwudziestu pięciu do trzydziestu lat; okazały czarny włos wieńczył białe, szlachetne, wysokie czoło; ubiór jej głowy, zamiast przypominać modę, której wzór podała pani de Sevigne dla wieku Ludwika XIV, przeciwnie przywodzi na pamięć owe słynne ubiory głów na portretach Veroinesa; pewnego rodzaju tunika czyli suknia z czarnej, połyskliwej materji, kroju nazywanego a la vierge, zachodziła aż na ramiona, i po zgrabnej, wyniosłej kibici, spadała aż na stopy, całkiem przykryte fałdami tej nieco powłóczystej odzieży.
W postawie tej niewiasty widać było szlachetność, połączoną z prostotą.
Rozkład obrazu, tudzież ciepły, i żywy koloryt pierwszych płaszczyzn, które bez żadnego pośredniego przejścia nagle odbijały od odległego tła, wszystko to dozwalało odgadnąć, że ta niewiasta znajdowała się na wzgórzu, z którego widzieć mogła cały wkoło siebie horyzont.
W wyrazie twarzy tej kobiety przebijało głębokie zamyślenie i zmartwienie. Szczególnie w jej wzroku, nawpół wzniesionym ku niebu, czytać można było błagalną boleść.
Po lewej stronie kominka wisiał drugi, równie dzielnego pędzla obraz.
Przedstawiał on mężczyznę wzrostu wysokiego, w wieku trzydziestu do trzydziestu pięciu lat. Pod obszernym, ciemnego koloru, kształtnie zarzuconym płaszczem, widać było kaftan, zapięty pod szyję, na który wywinięty był biały kołnierz. Piękna charakterystyczna głowa przedstawiała w swych zarysach ród dzielny, a pomimo, że te zarysy były surowe, jednakże przebijały się przez nie cierpienia, rezygnacja i nadewszystko niewymowna dobroć; czarne brwi dziwnem zrządzeniem natury rozciągały się od jednej do drugiej skroni jednym nieprzerwanym łukiem.
Tło obrazu przedstawiało także zachmurzone niebo; lecz za niewielu skałami widać było morze, którego widnokrąg jakby się łączył z ciemnemi chmurami.
— Jakież to szlachetne i piękne twarze! — rzekł do siebie staruszek, zbliżając się dla lepszego przypatrzenia się obrazom. — Lecz cóż to są za portrety?... do rodziny Rennepontów nie należą, gdyż, jak mi mówił ojciec, tamte mają być zgromadzone w sali żałobnej...
Po chwili zadumany rzekł:
— Trzeba pomyśleć o przygotowaniu wszystkiego do tego uroczystego zebrania... bo dziesiąta godzina już wybiła...
To mówiąc, Samuel poustawiał złocone krzesła wkoło okrągłego stołu, a następnie wyrzekł z zamyśloną miną:
— Godzina zbliża się, a jednak niema jeszcze dotąd żadnego z potomków dobroczyńcy mego dziada, prócz tego młodego księdza... Czyżby więc on jeden miał być przedstawicielem rodziny Rennepant‘ów... A ponieważ on jest księdzem... czyżby przeto rodzina ta na nim miała wygasnąć?...
Obrócił klucz dwa razy w zamku i otworzył podwoje.
Z wielkim smutkiem starzec ujrzał na ganku tylko Gabrjela, mającego obok siebie, z lewej strony Rodin‘a, a po prawej księdza d‘Aigrigny.
Notarjusz i Jezabel, która ich aż tu przywiodła, stali za trzema pierwszymi.
Samuel, głęboko westchnąwszy, rzekł do przybyłych:
— Panowie... wszystko przygotowane... możecie wejść...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.