Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część pierwsza/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
WDZIĘCZNOŚĆ.

Głęboko się najprzód namyślił ksiądz d‘Aigrigny, nim przemówił do Gabrjela: jego fizjognomja zwolna się wypogodziła. Zdawał się rozważać, obliczać skutki wymowy, którą rozwinąć miał z wybornego i efektownego tematu, który Rodin, widząc grożące niebezpieczeństwo, wyznaczył mu naprędce w kilku wierszach ołówkiem nakreślonych.
Rodin wrócił na swoje stanowisko obserwacyjne przy kominku.
Trupia twarz jego przybrała zwykły spokój; wielkie powieki, podniesione na chwilę w gniewie i niecierpliwości, opadły znowu i zakryły do połowy małe, mętne oczy.
Ksiądz d‘Aigrigny, pomimo wytwornych i płynnych słówek, pomimo ułudy układnego obejścia, mimo sympatycznej twarzy i całej powierzchowności.skończonego i wyrafinowanego światowca, gasł i niknął częstokroć w porównaniu z niezachwianą stałością, chytrością i szatańską przebiegłością Rodina, który przecież rzadko kiedy wychodził za obręb swej skromnej roli sekretarza i niemego słuchacza.
Jego wielebność, zręcznie pewno ułożywszy plan ataku, przerwał nareszcie milczenie, westchnął głęboko, umiał swej fizjognomji, przed chwilą surowej i zagniewanej, nadać wyraz ujmującej dobroci i rzekł uprzejmie do Gabrjela:
— Przebacz mi, kochany synu, żem tak długo milczał... bo też twoje nagłe postanowienie tak mnie zmieszało, tyle obudziło we mnie przykrych myśli... iż musiałem się zastanowić przez chwilę, aby dociec przyczyny twego postępku... i zdaje mi się, żem ją znalazł... Czy więc, mój synu, dobrze się namyśliłeś... dobrze rozważyłeś?
— Tak, mój ojcze.
— A jakież są dalsze twoje zamiary, synu mój?
— O! mój Boże! zdaje mi się, że przy pomocy Twojej mógłbym w wiejskiej parafji wyświadczyć przysługę ludzkości. A więc, przykroby mi było, mój ojcze, gdybym widział, że mi odmawiasz tego, co...
— O! bądź spokojny, mój synu — przerwał ksiądz d‘Aigrigny — nie mam bynajmniej zamiaru opierać się dłużej twemu życzeniu odłączenia się od nas...
— A więc, mój ojcze... uwalniasz mnie od mych ślubów?
— Do tego nie mam władzy, kochany synu; napiszę jednak bezzwłocznie do Rzymu, do naszego generała, płosząc o upoważnienie.
— Dziękuję ci, wielebny ojcze...
— Wkrótce więc, kochany synu, uwolniony będziesz od związków, które ci są za ciężkie, a ludzie, których się wyrzekasz z taką goryczą, nie przestaną modlić się za ciebie... aby cię Bóg zachował od wszelkiego obłąkania... Sądzisz, mój synu, że się od nas odłączysz, a my nie sądzimy, abyśmy mogli odłączyć się od ciebie... nie tak łatwo zrywa się u nas ojcowskie przywiązanie. Przez wiele lat dawaliśmy ci, jako swemu ukochanemu dziecku, chleb duszy i ciała; dziś podobało ci się wyrzec się nas, porzucić nas... nietylko na to zezwalam... ale gdym doszedł prawdziwego powodu twego rozbratu z nami, szuję się w obowiązku uwolnić cię od twej przysięgi.
— O jakim powodzie myślisz, wielebny ojcze?
— Niestety! kochany synu, pojmuję twoją obawę... Wiesz, że dziś grożą nam niebezpieczeństwa...
— Niebezpieczeństwa, mój ojcze?
— Niepodobna, żebyś nie wiedział, kochany synu, że od niejakiego czasu prześladują nas, gnębią... Dlatego to, kochany isyniu, pojmuję i oceniam, jak należy, pobudki, które przywodzą cię do odłączania się od nas.
— Mój ojcze! — zawołał Gabrjel z gniewem i żalem — tak o mnie nie myślisz... i myśleć tak nie możesz.
Ksiądz d‘Aigrigny, bez względu na protest młodego misjonarza, kreślił dalej obraz urojonych niebezpieczeństw grożących zakonowi, których nietylko że nie było, lecz przeciwnie, tenże zakon odzyskiwał powoli, skrycie, dawny swój wpływ.
— Och! gdyby nasze zgromadzenie, tak jak dawniej — prawił wielebny ojciec — doznawało jeszcze poszanowania i względów, jakie mu winni dobrzy katolicy, pomimo tylu bezecnych potwarzy, nas ścigających! Lecz dziś, kiedy jesteśmy słabi, uciskani, zagrożeni, ze wszystkich stron, obowiązkiem jest naszym nie zmuszać cię do dzielenia z nami niebezpieczeństw...
Gabrjel został rozbrojony; nie było na świecie szlachetniejszego, uczciwszego serca nad niego.
— Wielebny ojcze — rzekł głosem wzruszonym i ze łzami w oczach — twoje słowa są okrutne... i niesprawiedliwe... bo wiesz, że ja nie jestem podłym.
— Nie... — wtrącił Rodin krótko, ucinkowo; a zwracając się do księdza d‘Aigrigny i wskazując na Gabrjela wzrokiem pogardliwym, dodał: — syn waszej wielebności jest... roztropny.
Na te słowa Gabrjel wzdrygnął się: lekki rumieniec wystąpił na jego blade lica; jego wielkie, błękitne oczy zaiskrzyły się szlachetnym gniewem; potem, wierny zasadom rezygnacji i chrześcijańskiej pokory, poskromił to chwilowe uniesienie, schylił głowę i, zbyt będąc wzruszonym, aby mógł odpowiedzieć, milczał, otarłszy tylko łzę nieznacznie.
— Inna jeszcze pobudka zmusza nas, abyśmy się nie wahali uwolnić cię od twych ślubów, mój synu... — jest to kwestja dość drażliwa... Dowiedziałeś się zapewne wczoraj od swej przybranej matki, że powołany będziesz do odziedziczenia spadku... którego wartość jeszcze niewiadoma.
Gabrjel żywo podniósł głowę i odparł:
— Nie rozumiem cię, mój ojcze.
— A przecież to rzecz bardzo prosta...
— Łamiesz swoją przysięgę dlatego, że my jesteśmy prześladowani i że chcesz odzyskać swój dar — dodał Rodin piskliwym głosem, jakgdyby chcąc krótko i po grubjańsku przedstawić stosunek Gabrjela do zakonu.
Na to haniebne oskarżenie Gabrjel podniósł i ręce do nieba, wołając żałosnym głosem:
— O! mój Boże!... mój Boże!
Ksiądz d‘Aigrigny, zamieniwszy z Rodinem spojrzenie, rzekł do niego surowym głosem, niby karcąc go za jego obraźliwą otwartość:
— Sądzę, że za daleko się posuwasz...
— Wielebny ojcze — odezwał się nareszcie Gabrjel blady, wzruszony, drżący i hamując swe słuszne oburzenie — dziękuję ci, żeś przynajmniej zawiesił swój sąd... Nie, nie jestem podły, gdyż Bóg mi świadkiem, że nie wiedziałem, aby zagrażało waszemu zgromadzeniu jakie niebezpieczeństwo; nie jestem ani podstępnym, ani chciwym, gdyż Bogiem się świadczę, że dopiero w tej chwili, od was się dowiaduję, iż, być może, powołany zostanę do odziedziczenia spadku i że...
— Jedno słowo tylko, kochany synu — przerwał ksiądz d‘Aigriginy — o tej okoliczności dowiedziałem się niedawno, prawdziwym przypadkiem... A to z powodu papierów, które twa przybrana matka oddała swemu spowiednikowi i które nam złożone zostały przy twem wejściu do naszej szkoły. Jeszcze wczoraj wieczorem uważaliśmy cię wszyscy za swego; ustawa nasza wymaga, aby żaden z mas nie posiadał nic na swą wyłączną własność... A więc już nie ty, lecz zgromadzenie, w mojej osobie, wystąpiło jako spadkobierca, za ciebie i w twojem imieniu, opatrzone twymi dowodami, które ja tu mam w porządku. Lecz teraz, mój synu, ponieważ opuszczasz nas... do ciebie należy stanąć; my przybyliśmy tu jedynie jako pełnomocnicy ubogich, którym ty dawniej rozdawałeś pobożnie mienie, kiedykolwiek na cię przypaść mogące. Teraz przeciwnie, nadzieja pozyskania majątku zmienia twoje myśli; odbierz więc swoją darowiznę.
Gabrjel słuchał z niecierpliwością swego przełożonego, nareszcie zawołał:
— I ty to, wielebny ojcze, ty sądzisz, że jestem zdolny cofnąć donację, dobrowolnie zgromadzeniu zapisaną w dowód wdzięczności za udzielone mi szlachetnie przez ciebie wychowanie?...
— Spodziewałem się tego, mój synu.
Potem skinął na Rodina, aby się wmieszał.
— Pozwól pan — rzekł zimno Rodin — prawo nie uznaje naszego istnienia, nie zna także darów uczynionych zgromadzeniu... Mógłbyś więc odebrać jutro to, cobyś dał dzisiaj.
— A moja przysięga, panie! — zawołał misjonarz.
— Pańska przysięga? wszakże przysiągłeś wieczne posłuszeństwo zgromadzeniu i że go nigdy nie opuścisz; a dziś, jakąż ma u pana wagę ta przysięga? Gabrjel zakłopotał się na chwilę, lecz nic nie odpowiedziawszy, z godnością zbliżył się do stołu, siadł i napisał:
„W obliczu Boga, który mnie słyszy; przed tobą, Wielebny ojcze i przed panem Rodinem, świadkami mej przysięgi, ponawiam teraz dobrowolnie, bez przymusu, donację całą i zupełną, którą uczyniłem dla towarzystwa Jezuitów, w osobie księdza d‘Aigrigny, wszelkich dóbr, jakieby kiedykolwiek do mnie należały, i bez względu na ich wartość. Przysięgam, pod karą hańby, że obietnicy tej dotrzymam święcie, jako uiszczenia się z długu wdzięczności i pobożnej powinności.
„Ponieważ całem tej donacji jest wynagrodzenie otrzymanych dobrodziejstw, tudzież przyjście z pomocą ubogim, przeto rozporządzenie to w żadnym wypadku zmienionem być nie może. Wiedząc, iż prawnie mógłbym kiedyś żądać unieważnienia aktu, który teraz czynię z własnej, dobrej woli, oświadczam, że, gdybym myślał kiedy, z jakich bądź powodów, o unieważnieniu go, zasłużyłbym na wzgardę u wszystkich uczciwych ludzi.
„Dla lepszej wiary napisałem to i podpisałem 13 lutego 1832 roku w Paryżu, w chwili otwarcia testamentu jednego z mych przodków ojczystych.

Gabrjel de Rennepont“.

Młody ksiądz oddał następnie ten akt Rodinowi, nie rzekłszy ani słowa.
Socjusz uważnie przeczytał dokument, poczem, zwracając się do Gabrjela, odezwał się ze zwykłą sobie oziębłością:
— To tylko przysięga napisana... nic więcej.
Gabrjel osłupiał na bezczelność Rodina.
— Panie! — przerwał, zaledwie powstrzymując uniesienie.
— A więc dobrze — odrzekł zimno Rodin — ponieważ masz pan niezmienne postanowienie uczynić tę donację zupełnie ważną... to jakie mógłbyś pan mieć zarzuty, aby otrzymała rękojmię prawną?
— Ależ, panie, żadnego nie mam zarzutu — odparł z goryczą Gabrjel — lecz gdy moje słowo napisane i zaprzysiężone nie jest dla pana dostateczne...
— Mój kochany synu — przerwał uprzejmie wielebny ojciec — wierz mi, że gdyby tu szło o donację na moją korzyść, ja, przyjmując ją, znajdowałbym w twem słowie zupełną rękojmię... Lecz tu zachodzą inne okoliczności... Bóg może cię powołać do siebie... dziś lub jutro... A któż ręczy, że twoi spadkobiercy zechcą wypełnić twoją obietnicę?
— Słusznie mówisz, Wielebny ojcze.
W tej chwili Samuel otworzył drzwi i rzekł:
— Panowie, przybył notarjusz: czy mogę go tu wprowadzić?
— Notarjusz przybywa w porę — odezwał się Rodin do Gabrjela. — Jeżeli więc pan trwasz w swych zamiarach, możesz swą donację zeznać przed tym urzędnikiem publicznym.
— Panie, cokolwiekby zaszło, uważać się będę niezmiennie za związanego tą przysięgą pisaną, którą proszę cię zachować, mój ojcze — rzekł Gabrjel, oddając księdzu d‘Aigrigny swą deklarację — zupełnie tak samo, jak aktem notarjalnym, który mam podpisać — dodał, zwróciwszy się do Rodina.
— To wystarcza, kochany synu... otóż i pan notarjusz — odezwał się ksiądz d‘Aigrigny.
Podczas rozmowy tego urzędnika publicznego z Rodinem, Gabrjelem i księdzem d‘Aigrigny, poprowadzimy czytelnika do środka zamurowanego domu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.