Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część czwarta/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.
SPOTKANIE.

Na widok Dagoberta i Ągrykoli, zdumiała się Garbuska i stanęła, zaledwie kilka kroków odszedłszy od bramy klasztornej.
Żołnierz jeszcze nie dostrzegł Garbuski; biegł on śpieszcie za Ponurym, który, jakkolwiek miał wychudłe, zapadłe boki, szerść najeżoną i błotem był zwalany, wydawał się nie posiadać z radości, i co moment zwracał zmyślny łeb ku swojemu panu, do którego też przybiegł, połasiwszy się Garbusce.
— Tak, tak, rozumiem cię, mój biedny staruchu — ty jesteś wierniejszy ode mnie... tak, ty ich nie odstąpiłeś ani na chwilę, poszedłeś za kochanemi dziećmi... ty czekałeś dzień i noc, nic nie jedząc... przy drzwiach domu, do którego je wprowadzono; i nareszcie, nie mogąc się doczekać... przybiegłeś po mnie do domu... O! kiedy ja nie wiedziałem, co począć w rozpaczy, jak obłąkany... ty robiłeś tymczasem to, co ja powinienem był robić... ty wyszukałeś miejsce ich pobytu... I czegóż to dowodzi? że zwierzęta lepsze są od ludzi to już wiadomo... Nareszcie., muszę je widzieć... kiedy pomyślę, że to jutro 13 i że gdyby nie ty, mój stary Ponury... wszystko byłoby stracone... aż mrowie po mnie przechodzi... Ach! czy tylko prędko dojdziemy?.... Jakaż to bezludna okolica! a noc tuż.
Dagobert, tak mówiąc do Ponurego, szedł żywo, nie spuszczając z oka wiernego psiska, które sunęło przed nim. Widząc nagle, jak poczciwe zwierzę opuściło go z radosnym podskokiem, podniósł oczy i spostrzegł o kilka kroków, jak Ponury witał Garbuskę i Agrikolę, którzy tylko co zeszli się nieopodal od klasztornej bramy.
— Garbuska! — zawołali ojciec i syn.
— Bądź dobrej myśli! panie Dagobercie — rzekła z niepodobną do opisania radością — znalazłam Różę i Blankę. Dobra nowina, Agrykolo... panna de Cardoville nie ma obłąkania... widziałam się z nią.
— Nie ma obłąkania!... Jakież to szczęście! — zawołał kowal.
— Dzieci!! — wykrzyknął Dagobert, chwytając w swoje drżące z radości dłonie ręce Garbuski. — Widziałaś?
— Tak, dopiero co widziałam... bardzo smutne... bardzo zmartwione... ale nie mogłam mówić z niemi.
— Ach! — rzekł Dagobert, ledwie tchu złapać mogąc przy usłyszeniu tej nowiny, i przykładając ręce do piersi — nigdy nie myślałem, ażeby moje stare serce tak jeszcze bić mogło! A przecież... dzięki mojemu Ponuremu, pewny prawie byłem, że tak się stanie, jak się oto rzeczywiście stało...
— Dobry ojcze... widzisz, dzień mamy pomyślny — mówił Agrykola, z wdzięcznością spoglądając na szwaczkę
— Chodź-że, niech cię ucałuję, moja droga córko — dodał Dagobert, ściskając Garbuskę. — Chodźmy po dzieci jak najprędzej!
— Ach! moja droga Garbusko — rzekł kowal wzruszony — powracasz spokój, a może i życie memu ojcu... a panna de Cardoville... jakże się dowiedziałaś o niej?
— Ponury stanął i szczeka — rzekł Dagobert niecierpliwiąc się.
W rzeczy samej pies, równie niecierpliwy jak jego pan, pobiegł przed bramę klasztorną i zaczął szczekać.
Żołnierz zrozumiał zamiar psa i rzekł do Garbuski, dając jej znaczące skinienie:
— Widać, że dzieci tam są?
— Tak, panie Dagobercie.
— Pewny tego byłem... Oj! tak, zwierzęta lepsze są od ludzi; wyjąwszy ciebie, moja kochana Garbusko, gdyż lepszą jesteś od ludzi i zwierząt... Przecież nareszcie.. biedne dzieciska!... nie zginęły, przecież je zobaczę i.. odzyskam je.
To mówiąc, Dagobert zaczął biec w stronę psa.
— Agrykolo — zawołała Garbuska — wstrzymaj ojca, żeby nie pukał do bramy... wszystkoby popsuł.
Kowal, podskoczywszy kilka kroków, dopędził ojca; żołnierz wyciągnął już rękę, chcąc zapukać do bramy.
— Ojcze... nie pukaj — zawołał kowal.
— Cóż ty mi znowu mówisz?
— Garbuska powiedziała, że, gdybyś zapukał... wszystko stracone.
— Jakto?
— Ona ci wytłómaczy.
W rzeczy samej Garbuska, mniej zwinna niż Agrykola, zbliżywszy się, jak mogła najprędzej, rzekła do żołnierza:
— Nie stójmy tu przed tą bramą; mogliby otworzyć i zobaczyć nas; to obudziłoby podejrzenie.
— Podejrzenie!.. — rzekł weteran zdziwiony.
— Zaklinam cię, panie, na wszystko... nie stój tu! — prosiła Garbuska. Kowal dodał:
— Kochany ojcze... ponieważ Garbuska tak mówi, musi mieć powód; słuchajmy jej...
— Niech mnie kaci porwą, jeśli ja rozumiem choć słowo, co wy mówicie! Dzieci są w tym domu, wezmę je i wyprowadzę, to się skończy w dziesięć minut.
— O! nie wierz temu... panie Dagobercie — odparła Garbuska. — To sprawa nie tak łatwa, jak sobie wystawiasz. Ale chodźmy stąd... czy słyszycie?... na podwórzu rozmawiają.
— Chodź... chodź.. mój ojcze... nalegał Agrykola, prawie przemocą odciągając Dagoberta.
Była wtedy godzina piąta wieczorem, mocny wiatr dął; gęste, sine chmury przesuwały się, po niebie. Jużeśmy mówili, że bulwar Szpitalny, ciągnący się w tem miejscu wzdłuż ogrodu klasztornego, był prawie bezludny. Tam więc trójka nasza bez przeszkody mogła się naradzić.
Żołnierz nie ukrywał niecierpliwości, ledwie też skręciwszy za róg ulicy, rzekł do szwaczki:
— Słucham cię, jakbym był w ukropie.
— Panie Dagobercie, dom, w którym zamknięto córki marszałka Simon, jest klasztorem.
— Klasztor! — wykrzyknął żołnierz — tegom się powinien był spodziewać — potem dodał: — No!... cóż dalej?.. pójdę po nie do klasztoru.
— Ależ, panie Dagobercie, zamknięto je tam pomimo ich i pomimo twojej woli; więc ci ich nie wydadzą.
— Jakto! nie wydadzą mi ich? zobaczymy...
I postąpił krok ku ulicy.
— Mój ojcze — rzekł Agrykola, wstrzymując go.
— Niczego słuchać nie chcę... Jakto! biedne dzieci są tu zamknięte... o parę kroków ode mnie... wiem o tem... i miałbym nie wydostać ich natychmiast.... Na Boga żywego. Puśćcie mnie.
— Panie Dagobercie, błagam cię, posłuchaj mnie — prosiła Garbuska, ująwszy żołnierza za rękę — jest inny sposób wydobycia tych biednych dziewcząt.
— Ha! jeśli jest inny sposób... tem lepiej...
— Oto pierścień, który panna de Cardoville...
— Któż to jest ta panna de Cardoville?
— Kochany ojcze, jest to ta sama młoda, zacna panna, która chciała złożyć za mnie kaucję...
— Dobrze, dobrze — przerwał Dagobert. — No, i cóż dalej z tym pierścieniem, moja Garbusko?
— Weźmiesz go, panie Dagobercie i pójdziesz natychmiast do hrabiego Montbron, na placu Vendomme, numer siódmy. On jest przyjacielem panny de Caidoville, a ten pierścień posłuży ci za dowód, że od niej przybywasz; powiesz mu, że ją zamknęli jako obłąkaną w domu zdrowia, przytykającym do tego klasztoru i że w tym klasztorze zamknięto córki marszałka Simon.
— Dobrze... a potem... potem?..
— Wtedy hrabia Montbron postara się, aby wypuszczono na wolność pannę de Cardoville i córki marszałka Simon, i to może... jutro lub pojutrze...
— Jutro lub pojutrze! — wykrzyknął Dagobert; — ależ one muszą być wolne dziś, natychmiast!... Pojutrze... byłoby już po niewczasie... Dziękuję ci, moja Garbusko, zatrzymaj sobie ten pierścień... Ja wolę sam zająć się moją sprawą...
— Ależ! ojcze... co chcesz robić — perswadował Agrykola, wstrzymując żołnierza — to klasztor... zastanów-że się!
Trzeba pamiętać, że Dagobert był starym żołnierzem napoleońskim; całe życie przepędził na wyprawach wojennych.
— Rekrut jestem, czy co?... ja znam na palcach żeńskie klasztory. Powiem ci, co będzie i jak będzie... pukam, otwiera furtjanka i pyta mnie, czego chcę; ja nie odpowiadam; ona chce mnie zatrzymać, ja idę; skoro wejdę do klasztoru, krzyczę z całych sił o moje dzieci...
— Ależ, panie Dagobercie, zakonnice... — usiłuje zreflektować go Garbuska, za rękę powstrzymując.
— Zakonnice gonią za mną i krzyczą, jak sroki z gniazd spłoszone; znam ja to wszystko. Raz w Sevilli poszedłem po Andaluzjankę, którą Beginki gwałtem trzymały w klasztorze zamkniętą... Ale co tam o tem... ja nie będę zważał na ich krzyki, będę więc biegał po korytarzach, wołając Róży i Blanki... One usłyszą mnie i odezwą się, jeśli są zamknięte, chwytam, co mi się nadarzy i wybijam drzwi.
— Ależ, panie Dagobercie, zakonnice, zakonnice!...
— Zakonnice swymi krzykami nie przeszkodzą mi wybić drzwi, zabrać dzieci i odejść; jeśli zamknięto zewnętrzną bramę i tę wybijam... Otóż — dodał żołnierz, wyrywając się z rąk Garbuski — zaczekajcie tu na mnie, za dziesięć minut powrócę... Tymczasem ty, mój synu, poszukasz dorożki.
Agrykola, spokojniejszy niż ojciec, a nadewszystko lepiej obeznany z kodeksem karnym, przeląkł się skutków, jakieby mogły wyniknąć z nierozsądnego postępku weterana. Dlatego, zastąpiwszy mu drogę, zawołał:
— Ojcze, błagam cię, jedno jeszcze słowo, posłuchaj...
— Przez Boga żywego! cóż takiego, mów prędko.
— Jeśli zechcesz się dostać do klasztoru przemocą, wszystko zgubisz!
— Jakto?
— Najprzód, panie Dagobercie — objaśniała Garbuska — w klasztorze są mężczyźni.. kiedym dopiero co wychodziła, widziałam, jak odźwierny fuzję nabijał, ogrodnik mówił coś o kosie i o patrolu, który w nocy odbywają...
— Ja się śmieję z fuzji odźwiernego i z kosy ogrodnika.
— Może to być, mój ojcze, ale ja cię błagam na wszystko, posłuchaj nas chwilę jeszcze... Ty pukasz, nieprawdaż?... brama się otwiera, odźwierny pyta czego chcesz...
— Ja mówię, że mam interes do przełożonej... i ruszam do klasztoru...
— Ależ!... na Boga, panie Dagobercie — wmieszała się do rozmowy Garbuska — kiedy przejdziesz podwórze, znajdziesz drugie drzwi, zamknięte na zasuwę; tam zakonnica wychodzi i patrzy, kto dzwoni i zapyta, poco przychodzisz?
— Powiem jej, że chcę widzieć się z przełożoną...
— A wtedy, mój ojcze, ponieważ nie znają cię w klasztorze, pójdą zawiadomić przełożoną.
— Dobrze... co potem?
— Ona wyjdzie...
— Potem?
— Pytać będzie, czego chcesz? panie Dagobercie.
— Czego ja chcę?.. dziwniście... moich dzieci...
— Jeszcze chwilę cierpliwości, kochany ojcze... Niema wątpliwości, że po tylu przedsięwziętych ostrożnościach, kiedy dziewczęta trzymają tam przemocą, pewno także nie wydadzą ci ich, choćbyś się nie wiem jak o to upominał.
— Nie wątpię... pewny tego jestem...
— A więc, mój ojcze, przełożona odpowie ci, że nie rozumie, czego chcesz, i że panien Simon niema w klasztorze.
— A ja jej powiem, że są: świadkiem Garbuska, świadkiem Ponury.
— Przełożona odpowie, że cię nie zna, że nie ma potrzeby ci się tłómaczyć i zamknie drrzwi.
— Wtedy ja drzwi wyłamuję... Widzisz więc, że zawsze wyłamać trzeba... puść mnie... mówię ci, puść mnie.
— A cóż wtedy się stanie z twemi biednemi dziećmi, panie Dagobercie? — dodała Garbuska.
Stary żołnierz dość miał rozsądku, aby ocenić trafność przełożeń Garbuski i Ągrykoli; ale wiedział także, że należy użyć wszelkich środków dla uwolnienia dziewcząt przed jutrem. Okropne to było dla niego zadanie; tak okropne, iż przyłożywszy ręce do gorącego czoła, rzucił się na kamienną ławkę.
Agrykola i Garbuska, do żywego wzruszeni tą jego niemą rozpaczą, smutnie na siebie spojrzeli.
— Ale mój ojcze... wspomnij, co ci powiedziała Garbuska: gdy pójdziesz z pierścieniem panny de Cardoville do tego hrabiego, który, jak słyszałeś, ma wielkie wpływy córki marszałka Simon mogą być jutro wolne, przypuśćmy nawet, że dopiero pojutrze wydane ci zostaną....
— Czy chcecie, żebym zwarjował — krzyknął Dagobert, podskakując z ławki i spoglądając na syna i na Garbuskę tak dzikim wzrokiem, z taką rozpaczą, iż Agrykola i szwaczka odskoczyli zdziwieni i niespokojni.
Poczem, przychodząc do siebie po długiem milczeniu, żołnierz dodał:
— Niesłusznie unoszę się, nie możemy się zrozumieć... Słuszne to jest, co wy mówicie... ale i ja mówię słusznie... Posłuchajcie mnie... ty Agrykolo, dobrym jesteś chłopcem, z ciebie, Garbusko, wyborna dziewczyna... Mogę więc z wami mówić otwarcie... Przyprowadziłem tu dzieci z głębi Azji, wiecie poco? Aby jutro znajdowały się przy ulicy św. Franciszka... Jeżeli tam nie staną, ja będę zdrajcą przysięgi, jaką uczyniłem ich umierającej matce...
— Przy ulicy św. Franciszka nr. 3 — zawołał Agrykola, przerywając mowę ojcu.
— Tak... Skądże ty wiesz o tym numerze? — zapytał zdziwiony Dagobert.
— Alboż ta data i numer nie znajdują się na bronzowym medalu?
— Tak... — przyznawał Dagobert coraz więcej zdziwiony — któż ci o tem powiedział?
— Chwilkę... mój ojcze... — odrzekł Agrykola. — Pozwól mi tylko zastanowić się... zdaje mi się... że odgadnę... tak.... i ty, moja Garbusko, powiedziałaś mi, że panna de Cardoville nie jest obłąkaną....
— Nie... zatrzymują ją, pomimo jej woli... w tym domu, i nie pozwalają z nikim komunikować się... powiedziała mi nadto, iż sądzi, że podobnie jak córki marszałka Simon, jest ofiarą obmierzłej intrygi.
— Niema wątpliwości — twierdził kowal — teraz wszystko rozumiem... Pannie de Cardoville, tak samo jak córkom marszałka Simon, wiele na tem zależy, aby się jutro znajdowała przy ulicy Świętego Franciszka... a ona może nawet nie wie o tem.
— Jakto?
— Słuchaj-no jeszcze, kochana Garbusko. Czy ci to powiedziała panna de Cardoville, że jej bardzo wiele zależy na tem, aby jutro była wolną?
— Nie.. gdyż, dając mi pierścień do hrabiego Montbron, powiedziała: z jego łaski ja i córki marszałka Simon będziemy wolne jutro lub pojutrze.
— Ależ tłomacz-że się przecie! — odezwał się, niecierpliwiąc się, żołnierz do syna.
— Zaraz — odparł kowal — gdy przyszedłeś po mnie do więzienia, mój ojcze, powiedziałem ci, że muszę dopełnić świętego obowiązku i że przyjdę do ciebie do domu.
— Tak.. a ja z mej strony poszedłem próbować nowych środków, o których zaraz ci powiem.
— Pobiegłem więc natychmiast do pawilonu przy ulicy Babilońskiej, nic nie wiedząc o tem, że panna de Cardoville dostała pomieszania zmysłów, przynajmniej tak o niej twierdzono... służący, otworzywszy mi, powiedział, że jego pani nagle dostała obłąkania. Możecie sobie wystawić jak mnie to zmartwiło.. Pytam, gdzie jest, odpowiadają mi, że nic o tem nie wiedzą; pytam więc dalej, czy mogę mówić z kimkolwiek z jej krewnych?... Ponieważ miałem na sobie bluzę, odpowiadają mi, że tu niema nikogo z jej krewnych, co mnie jeszcze bardziej zmartwiło; wszelako przytem przyszła mi myśl... pomyślałem sobie tak: ponieważ dostała pomieszania, jej doktór powinien wiedzieć, gdzie ją oddano; Pytam więc owego służącego, jak się nazywa doktór, który zwykle leczył pannę de Cardoville? Daje mi adres: doktór Baleinier, przy ulicy Taranne nr 12. Biegnę do niego, nie zastaję, mówią, że koło piątej będzie w swoim domu zdrowia; dom ten sąsiaduje z klasztorem, więc tym sposobem zeszliśmy się.
— Ale cóż wiesz o medalu? — pytał niecierpliwie Dagobert.
— Słuchajcie, ojcze: udałem się do niej z prośbą o kaucję; policja udała się tam za mną; panna de Cardoville, dla przeszkodzenia aresztowaniu, kazała zaprowadzić mnie do kryjówki w swym pawilonie, jest to pokoik, do którego światło dochodzi kanałem w rodzaju komina; rozglądałem się gdzie jestem; mury pokryte boazerjami; wejście do kryjówki zamykają drzwiczki, obracające się na dwóch czopach, przyglądałem się temu wszystkiemu ciekawie, badając kółka i sprężynki; zrozumiałem cały mechanizm, z wyjątkiem jednego mosiężnego kółeczka, nadaremno pociągałem je ku sobie, nic to na sprężyny nie działało, wtedy przyszło mi do głowy, że zamiast przyciągania należy je nacisnąć; ledwie to uczyniłem, usłyszałem lekkie szczęknienie i zobaczyłem spadającą klapę, klapa ta miała kształt szufladki; za otwarciem od silnego wstrząśnienia wypadł z niej mały medal bronzowy z łańcuszkiem.
— Na którym zobaczyłeś adres.. ulicy Ś-go Franciszka — zawołał Dagobert.
— Tak, a razem z medalem wypadła duża zapieczętowana koperta. Podniósłszy ją, przeczytałem:
Panna de Cardoville. Ma te papiery rozpoznać w chwili, gdy je do rąk dostanie. Pod temi słowami mieściły się litery B i C, a pod kreską data w Paryżu 12 listopada 1830 roku, na pieczątce też litery, a nad niemi hrabiowska korona. Pieczęć była nienaruszona. Niema więc wątpliwości, że panna de Cardoville nie wie o tych papierach, koperta leży nienaruszona już blisko dwa lata.
— To jasne — zakonkludował Dagobeit — a cóżeś z tem wszystkiem zrobił?
— Włożyłem wszystko napowrót do skrytki i zamknąłem ją; tymczasem w kilka chwil później, szukając mnie, odkryto kryjówkę, potem panny de Cardoville już nie widziałem; zdążyłem tylko jednej z jej pokojówek szepnąć parę niedość jasnych słów o mem odkryciu...
— Ale ten medal — mówił Dagobert — podobny do medalu córek marszałka Simon, jakim to sposobem?
— Nic naturalniejszego, mój ojcze, panna de Cardoville wspomniała mi, że jest ich krewną.
— A więc, teraz — rzekł Dagobert, spoglądając niespokojnie na syna — pojmujesz, dlaczego chcę mieć dzieci dziś jeszcze? Jak mi objaśniła umierająca matka, jeden dzień zwłoki wszystko zgubić może! Nie mogę poprzestać na owem może jutro... Przychodzę z temi dziećmi z głębi Azji, aby je jutro zaprowadzić na ulicę Ś-go Franciszka... Ja te dzieci dziś mieć muszę, choćby mi przyszło spalić klasztor!
— Ale powtarzam ci jeszcze raz, gwałt...
— A hrabia Montbron, do którego panna de Cardoville udać się zaleciła — dodała Garbuska — przyśpieszy kroki sprawiedliwości i dzieci dziś jeszcze będą ci wydane.
— Mój ojcze... Idź do hrabiego, ja biegnę do komisarza, powiedzieć mu, że teraz już wiadomo, gdzie przytrzymują dziewczęta.
Dagobert zamyślił się, a potem rzekł nagle do Agrykoli:
— Niech i tak będzie. Usłucham waszej rady... Ty, mój synu, śpiesz do komisarza; ty, kochana Garbusko, wracaj do domu i czekaj na nas; ja idę do hrabiego... Daj mi pierścień... A adres?
— Na placu Vendôme nr. 7. Idź doń... Prawo zawsze broni poczciwych ludzi...
— Tem lepiej — odrzekł żołnierz — bo inaczej poczciwi ludzie byliby zmuszeni bronić się sami... tak więc, moje dzieci, wkrótce zejdziemy się przy ulicy Brise-Miche.
Gdy się rozchodziła nasza trójka, było już zupełnie ciemno.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.