| [148]
Z dni smutku.
I.
O! dajcie usta wszystkim krzywdom ziemi
I wszystkim nędzom i tęsknotom ducha,
I niech się niebo drzwiami błękitnemi
Otworzy i Bóg niech słucha!
Czy Tobie, Boże, imię: „grom i burza,”
- Że świat Twój w ogniach się nurza?
Czy Tobie, Boże, imię: „błyskawica,”
- Że mu miecz nagi przyświeca?
Czy Tobie imię: „Śmierć i wytępienie,”
- Że się krwi leją strumienie?
Czy ziemia w chwili gniewu nawałnicy
- Iskrą Ci prysła z źrenicy?
Czy, jeśli bóstwo boleść uczuć może,
- Łzą z oczu padła Ci, Boże?
[149]
Czy, gdyś ją cisnął w wir światów bez końca,
- Smutkiem ściemniała twarz słońca?
Czy padł cień zgrozy w nieskończoność jasną,
- Gdyś wydziedziczył myśl własną?
Czemu, o Boże, prawdzie nie dasz krzyku
- Głośnego w każdym języku?
Czemu, gdy forma zna niezmienne prawo,
- Duch wiedzę zdobywa krwawo?
Czemu wpatrzone w ideał daleki,
- Orłem nie lecą doń wieki?
Czemu to pełne boleści wahanie
- Na drodze dobra, o Panie!?
Dlaczego ludzkość ustaje, powraca,
- Zdobyte plony zatraca,
A całość prawdy rozbiwszy w okruchy,
- Lamie pojęcia i duchy?
Czemu jej, Boże, nie powiesz: „mdlejąca
- Z pragnienia, pij światło słońca!”
Czemu pozwalasz, by w zmierzchy dziejowe
- Szła, krwawiąc piersi i głowę?
Jeśli jest myślą Twą i Ciebie sięga,
- Gdzie jej świętość i potęga?
[150]
Jeśli ci obcą, czemu tak stęskniona?
- Królową, — gdzie jej korona?
Branką, przykutą do wozu Twej chwały, —
- Czemu w niej duch taki śmiały?
Wysłaną w nocy po prawdę pątnicą, —
- Gdzie gwiazdy, które jej świécą?
Dech tracąc, ludzkość, jak nurek, zapada
- W otchłań, gdzie perła lśni blada,
I tysiąc śmierci widzi w tej głębinie...
- Ach! czy ze skarbem wypłynie?
Ludzkość się zrywa, jak ptak zponad ziemi
- Skrzydłami skrępowanemi...
Przed nią dzień jasny i słońc nowych zorze;
- Lecz czy doleci, o Boże!...
[151]
II.
Czemu ta przepaść, która braci dzieli
Na pokrzywdzonych i na krzywdzicieli,
Tak jest bezbrzeżną, jako oceany,
A taką straszną, jak rozwarte rany?...
Czemu jej zrównać, zapełnić nie mogą
Wybuchy pomsty ogniów swych pożogą?
Czemu jest zawsze, jak rozpacz, bezdenna,
A jak nienawiść, okropna, płomienna?
Krwią swoją ludzkość zalewa ją co dnia
W głębie jej leci i cnota, i zbrodnia,
I łza, i klątwa, i miłość, i zdrada;
A przecież wszystko marnie gdzieś przepada...
Olbrzymie serca i umysłu siły,
Ruchy milionów, milionów mogiły,
Czas rzuca na dno, przez lata, przez wieki,
A brzeg od brzega zawsze tak daleki!
[152]
W przepaść tę szermierz rzuca hasło boju,
Cichy myśliciel — ustawę pokoju,
Mędrzec — pęk światła słonecznego z nieba,
Nędzarz — pot krwawy i czarny kęs chleba,
Bohater — sławę, gieniusz — swoje trudy,
Życie — swe prawa i swoje zjawiska,
Duch — swą tęsknotę, dzieje — całe ludy;
Bóg nawet wstaje i grom swój w nią ciska...
A przecież, dotąd pragnieniem ziejąca,
Plamą jest ziemi i przeczeniem słońca.
Jestże kto, pytam, co zapładnia ziarna,
Które ta zgroza pochłonęła czarna?
I czyż z nich kiedy złoty plon wystrzeli
I bratnim chlebem ludzkość się obdzieli?
O! śpiesz się słońce, co wschodzisz powoli
Nad przepaściami głębokich niedoli!
O! śpiesz się słońce, niech dzień nowy wstanie!...
Wszak tylko światło zwycięża otchłanie.
|