Przejdź do zawartości

Złoto z Porto Bello/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Arthur Howden Smith
Tytuł Złoto z Porto Bello
Rozdział VII. Plan Murraya
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1926
Druk Drukarnia S. A. „Ostoja”
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. Porto Bello Gold
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.
Plan Murraya.

Murray zaprowadził nas do drzwi na tyle okrętu; za naszem przybyciem otworzył je rosły murzyn o czerwonej liberji, który przeprowadził nas przez korytarz, otoczony szeregiem bocznych pokojów, aż do obszernej kajuty zajmującej całą szerokość rufy. Ściany były futrowane mahoniem; w pewnych odstępach umocowane były srebrne świeczniki, a z powały zwieszał się przecudny pająk, który już sam przez się nazbyt był kosztowny dla zwykłego okrętu; po bokach wisiało nieco malowideł szkoły francuskiej, oraz rynsztunki osobliwych zbroje i orężów. Na podłodze leżały wschodnie kobierce, grubo usłane i delikatne w deseniach. Sprzęty były mahoniowe, a zastawa z grubego srebra zalegała stół, ustawiony pod rzędem okien, stanowiących tylną ścianę pokoju. Dziadek z pobłażliwą dumą przyjrzał się tej wspaniałości. Było widać, że lubiał się nią popisywać.
— Djomedesie, — ozwał się do murzyna, — gdzie jest Ben Gunn?
Cienki, piskliwy głos odezwał się z korytarza:
— Idę, czcigodny panie. Ben Gunn już idzie. Właśnie zatrzymałem się koło kuchni, by przynieść panu czekoladę, bo powiadam sobie: pan kapitan muszą być tęgo zmachani tak wczesną robotą od samego rana.
W ślad za tym głosem wszedł do izby jakiś człowiek, niosąc srebrny imbryk dymiącej czekolady, będącej ulubionym napojem Murraya, oraz przekąski. Był to smukły młodzian o twarzy prostodusznej i szczerej, ubrany w czarną odzież, jaką naszali wyżsi służebnicy. Ujrzawszy nas stanął jak wryty.
— Postaw tacę na stole, Gunn, — polecił dziadek. — Oto mój cioteczny wnuk, pan Ormerod, a to jego przyjaciel, pan Corlaer. Będą naszymi towarzyszami podróży.
Gunn potarł czuprynę i ukłonił się nisko.
— Uniżony sługa waszmościów — odezwał się. — Benn Gunn rad jest waćpanów powitać i wyrazić wam swe uszanowanie. Proszę powiedzieć, jakich trunków panowie sobie życzą, a przyniosę je zaraz z winiarni.
— Pamiętaj o jedzeniu, Gunn — rzekł Murray. — Kapitan Flint też przybędzie na okręt.
Benn Gunn przechylił głowę w bok.
— No, to trzeba rumu! — napomknął. — I to dużo rumu. Zdaj to waszmość na Benna, panie kapitanie.
Znów w się skłonił, poskrobał się w czuprynę i wskoczył na korytarz, szczebiocząc coś do siebie jak głupiuśkie dzieciątko.
— To mój podstoli — objaśnił dziadek. — Będzie on na wasze usługi, gdyby było czego potrzeba tobie, Robercie, lub tobie, przyjacielu Piotrze. Możecie też wyręczać się murzynami, kiedy chcecie.
— Ten człowiek jest chyba niespełna zmysłów? — zapytałem.
— A jakże! — odpowiedział Murray, próbując czekolady.
— Zdaje mi się, że niebezpiecznie to trzymać takiego prostaczka tak blisko siebie.
Dziadek uśmiechnął się.
— Bardzo się mylisz, mój chłopcze. Właśnie dlatego wziąłem sobie go za sługę, że wcale nie potrafi szpiegować. Do mych celów bardziej mi się on przydaje, aniżeli najmędrsi z naszej załogi.
Tu przerwał.
— Ta czekolada nie jest tak pysznie przyrządzona, jak ta, którą przyrządzał Silver. To-ci człek niezwykły, łepak co się zowie... takiemu człowiekowi, Robercie, nie pozwalam nigdy na bliższe przestawanie ze mną. Doprawdy, jeżeli masz cierpliwość i ochotę badać charakter mych oficerów i załogi, z którą wejdziesz w styczność, jestem przekonany, że pomiędzy nimi nie znajdziesz ani jednego człowieka do rzeczy. No, a jeżeli na pokładzie Królewicza Jakóba znajdziesz choć jednego rozumnego człowieka — wyłączywszy, oczywiście, ciebie i przyjaciela Piotra, — to będę ci wdzięczny za jego wskazanie i natychmiast podaruję tego człowieka Flintowi, bo ten powinien pomiędzy załogą Konia morskiego mieć z pół tuzina takich mędrków, którzy sądzą, iż są porówno z nim zdolni dowodzić okrętem.
— Ale przecież Jakób potrafił przez kilka dni płynąć bez kierownictwa waszmości — zauważyłem.
— No! bystre to spostrzeżenie! prawda! Musze ci się przyznać, mój kochany Robercie, że świeżo odbyta wyprawę uważałem za ryzykowne przedsięwzięcie. W świetle rozwagi przedstawiała mi się ona tak samo jak owe, o których już ci napomykałem, określając je jako zagadnienie w ludzkich równaniach. Wszystko za tem przemawiało, ze mogę polegać na swoich ludziach, ale nie zdziwiłbym się zbytnio, gdyby mnie opuścili. Moi zwolennicy — smutna to konieczność! — nie darzą mnie serdecznym szacunkiem. Jednak koniec-końców zdaje mi się, że postrachem i grozą zdziałałem więcej, niżbym zdziałał serdecznością. Strach jest żywiołem właściwym doli korsarza. Gdzież on w swem życiu znajdzie miejsce na uczucia? Ale odbiegamy zanadto od rzeczy, Robercie, wkraczając w dziedzinę flłozofji, która nie ma nic wspólnego z naszemi zagadnieniami bieżącej chwili. Sza! Czy mi się zdaje, ze coś tam słyszę?
Istotnie słychać było wrzawę, przekleństwa i wymyślania na pokładzie.
— Może załoga postanowiła wzniecić bunt po przybyciu waszmości, a nie pod jego niebytność? — zagadywałem.
Potrząsnął głową z uśmiechem.
— Nie, nie! To tylko kapitan Flint wszedł na mój okręt. Usiądźcie, proszę. Obiecuję wam, że się ubawicie.
Drzwi, wychodzące na pokład, rozwarły się z trzaskiem na oścież a w korytarzu rozległ się głos szorstki i rozkazujący.
— A żeby — — —, Marcinie! cóż ty sobie myślisz, że jesteś — —? Do — — —, ty parszywy, ...awy durniu, przez ciebie — —
— A przestaniesz już, ty — — —, tłumaczyć się z — — —, — przerwał Marcin łagodnym głosem z pokładu. — Doprawdy, pierwszy z brzega — — — miałby więcej rozumu od ciebie!
— Taki — — —! Ja jestem pan na własnych śmieciach! Ja — —

— Możesz sobie nim być na pokładzie Konia morskiego, ale tu jesteś tylko zwykłym — —, który nie potrafi nic lepszego, jak tylko — — —
— Dość już tego, — — sługusie, ty kanciata gębo, gnijące ścierwo morskiej foki! Chcę pomówić z twoim panem!
Drzwi z hukiem się zawarły, a z korytarza dolatywał jeszcze pomruk przekleństw. Niebawem ukazał się człek wysoki, o sinych policzkach, odziany w płomiennie czerwony surdut, na którym połyskiwały złote wyszywki. Zatrzymał się u wnijścia kajuty, trzymając ręce na biodrach i szeroko rozstawiwszy nogi, a zezujące zielonkawe oczy skrzyły się złowrogo po obu stronach długiego nosa, który zdawał się wysterkać wprost z gęstwy czarnych, nieochajnych włosów.
— Już z powrotem, Murrayu? hę? — warknął. — Za swoje trudy wzbogaciłeś się o dwóch ludzi. Bodajem skisł, nie opłaciła się skórka za wyprawę!
— Za pozwoleniem, — żachnął się Murray, — ale dzięki mej wyprawie zyskałem coś więcej ponad „wzbogacenie się o dwóch ludzi“... choć nie chcę bynajmniej podawać w wątpliwość doniosłości zdarzenia, jakiem jest pozyskanie mego wnuka oraz pana Corlaera. Pozwól, kapitanie Flincie, że przedstawię ci mego wnuka, pana Ormeroda i Piotra Corlaera.
Flint rozwalił się w krześle za stołem, naprzeciwko mego dziadka, i spojrzał na nas z ukosa.
— Młodzik i grubas! — wybuchnął głośno. — I do tego niechętni, jak mówił mi Bones.
— Pan Bones prawdę mówił waćpanu, — przystał wesoło dziadek; — ale, zdaje się, zapomniał nadmienić, że ten „grubas wytrącił mu nóż z ręki i byłby go niechybnie powiesił, gdybym się nie wdał w tę sprawę.
W oczach Flinta zaświeciło coś jakby uznanie i szacunek.
— Nie jest to jeno faska masła, jeżeli pokonał Billa — zgodził się kapitan Konia morskiego. — Atoli niech mnie djabli wezmą, jeżeli potrafię odgadnąć, czemu waszmość wziąłeś sobie na okręt takiego szczeniaka.
— Hola, hola, kapitanie, — obruszył się Murray — Szczeniaka! Opamiętaj się asan! Chłopiec jest moim spadkobiercą!
— Weźmie-ć on w spadku chyba powróz, na którym was powieszą — odparł Flint. — Ale przyznam się, żem pobłądził, winiąc aspana, iż z całej tej wyprawy zdobył sobie tylko dwóch ludzi. Zapomniałem o tym rudowłosym skrzacie, którego Jan Silver zabrał z sobą na pokład. Jest pierwsza zapowiedź szczęścia, jakie nas czeka! Nigdybym nie wypuścił z rąk owego stateczku filadelfijskiego, gdyby ten chłopak znajdował się podówczas na moim okręcie!
— Zdaje mi się, że podsłuchałem urywek aścinej rozmowy z Marcinem na ten temat, — zauważył mój dziadek ozięble. — On wypełniał mój rozkaz, hamując waćpana, natomiast waćpan złamałeś naszą umowę, zamierzając puszczać się w pościg.
— A czemużbym nie miał ścigać? — huknął Flint. — Była to — — głupia umowa, jeżeli waszmość znów z nią na plac wyjeżdżasz! Było to — — — —, istna — — głupota! Nazwijcie mnie skończonym durniem, jeżeli było rzeczą rozsądną wypuścić z rąk tak tłusty kąsek. Tak też powiedziałem Marcinowi. Niechno on tylko wstąpi na mój okręt, a obwieszę go jak psa!
Dziadek z wielką wytwornością zażył tabaki i uderzył w srebrny dzwonek, stojący przed nim.
— Gunn coś marudzi z napitkiem. Proszę mi wybaczyć, kapitanie, że byłeś zmuszony gwarzyć ze mną na sucho. Ale wracając do Marcina i zdobyczy okrętowej waćpan krzywdzisz tego poczciwego człeka; jak już powiedziałem, on nie uczynił nic innego, tylko spełniał moje rozkazy, i aczkolwiek waszeci trudno zrozumieć powody, dla których poleciłem, by pod moją niebytność nie łupiono napotkanych okrętów, to jednak tuszę, iż niedługa rozmowa rozwieje aścine wątpliwości.
W ciągu tego przemówienia wszedł do kajuty Benn Gunn i postawił przed nami całą tacę gąsiorków, butelek i dzbanów. Kapitan Flint, nie czekając zaproszenia, chwycił glinianą flaszczynę z napisem „Rum Jamajka“, odkorkował ją końcem noża, przytknął do ust i pociągnął łyk potężny. Potem postawił ją koło siebie, obtarł usta rękawem i odchrząknął.
— Hm, — mruknął. — Słucham.
Dziadek wyglądał jakby czemś zmartwiony.
Gunn — rzecze — ileż to razy ci mówiłem, żebyś podawał kapitanowi Flintowi kielich, kubek lub inne naczynie do picia?
Podczaszy zaśmiał się durnowato i poskrobał się w czuprynę.
— Często i bardzo często waszmość mi o tem mowiłeś, panie kapitanie, ale to na nic się nie przyda — przynajmniej nie odrazu. Kapitan Flint powiada, że radby każdą nową butelkę napoczynać od szyjki.
— Tak też robię — potwierdził Flint. — Rum traci na smaku, gdy go wlejesz do kubka. Kawę lub herbatę pije się w filiżance — ale rum! bodajbym — —, jeżeli widziałem gdzie tyle skweresu o jedzenie i picie, co u was! Dzięki Bogu, że nie codzień jadam z wami!
Gunn wydobył z kredensu wielki puhar srebrny a Flint natychmiast napełnił go po brzegi. Podsunąłem mu karafkę z rzniętego szkła, napełnioną wodą, przypuszczając że pragnie nieco rozcieńczyć napój, lecz on roześmiał się zgrzytliwie.
— Wiele-ć jeszcze trzeba się uczyć, mój chłopcze — zaszydził. — My tam, na pokładzie Konia morskiego nie psujemy porządnego rumu wodą. Przed chwilą właśnie odszpuntowano beczkę, wiara na wyprzódki napełnia sobie czarki i pije, ile wlezie, a rudy Darby siedzi okrakiem na beczce — żeby się szczęściło!
— Znaczy to, że przez parę godzin me będziecie mogli wyruszyć w drogę, — utyskiwał dziadek, kiwając głową. — Niemądrze to z twej strony, Flincie. To zalewanie pały rumem może jeszcze wyjść na zgubę tobie i całej twej załodze. Jak wiesz, nie jestem bynajmniej obrońcą urojonych cnót, ale niepomierna pobłażliwość musi wkońcu doprowadzić do klęski.
— Troszcz się aspan o swój okręt, a ja będę się troszczył o swój! — sarknął Flint, wychyliwszy duszkiem zawartość puharu.
Dziadek spojrzał mu w oczy bystrym wzrokiem, pełnym niezachwianej, szczerej ufności w moc własną, która mimowoli przejęła mnie podziwem.
— Komu zawdzięczasz swe dzisiejsze stanowisko? — rzekł chłodno.
Flint czynił wyraźny wysiłek, by przemóc jego spojrzenie, lecz poniechał tego usiłowania i zwrócił oczy w inną stronę.
— Jeden mógłby powiedzieć to, a drugi tamto! — mruknął.
— Komu zawdzięczasz swe obecne stanowisko, Flincie? — powtórzył Murray.
— Ależ aspanu, chyba że tak, — przystał Flint. — Bodajby cię!
— Czy wtrąciłem kiedy w jakie kłopoty? — ciągnął mój dziadek.
— No, nie tak...
— Czy wtrąciłem cię kiedy w kłopoty?
— Nie.
— Czy opuściłem cię w jakiejkolwiek potrzebie, odkąd rozpoczął się nasz sojusz?
— Nigdy.
— Doskonale. Teraz cię zapytam: Czy, jeżeli obiecuję coś spełnić, można na mnie wtedy polegać?
— Masz waszmość głowę na karku — przyznał Flint.
— A ty jej nie masz, — dociął Murray. — Nie, nie powiem nic nadto. Jesteś, Flincie doskonały na dowódcę okrętu, a odwagą nie przejdzie cię żaden z naszych opryszków; atoli nie masz ani za grosz przezorności — gdy trzeba coś obmyśleć na parę tygodni naprzód, wtedy nie okazujesz się wiele pojętniejszy nad Ben Gunna.
— Od ciebie wiele przyjąć mogę, Murrayu — warknął Flint, zrywając się, — ale nie myśl sobie, że uniżę się przed — — —
— Usiądź — rozkazał Murray. — Przyjmiesz to, na coś zasłużył, mianowicie w tym wypadku szczere zapewnienie, że postąpiłeś jak ostatni dureń, ścigając pocztowy statek filadelfijski. Wątpię, czybyś go dogonił, bo dno twego okrętu jest zmurszałe; ale gdybyś tego dokazał, zniknięcie tego statku niechybnie wywołałoby rozgłos, a ponieważ w Nowym Jorku już się przekonano, że znajdujemy się na tych morzach, przeto wszystkie fregaty w przystaniach Ameryki Północnej i Zachodnich Indyj urządziłyby na nas obławę. I cóż wtedy?
— Schowalibyśmy się bezpiecznie na Rendeyvoo.
— Na Wyspie Lunety? I owszem — chociaż pewnego pięknego dnia natkną się na nią ludzie, a może i odkryją. Ale proszę sobie przypomnieć, że w czasie wykonywania forteli nie plondrujemy okrętów. To gra niebezpieczna.
— Dobrze, więc cóż waćpan zamierzasz? — jął nalegać Flint tonem niedowierzania, na który Murray nie zwracał uwagi.
— Dokonać największego dzieła, na jakie zdobyliśmy się kiedykolwiek.
Flint roześmiał się nieprzyjemnie.
— Tak samo waćpan powiadałeś, wybierając się do Nowego Jorku, aliści nie przywiozłeś stamtąd żadnych skarbów.
Dziadek spojrzał nań wzrokiem; w którym, w innych okolicznościach, wyczytałbym szlachetne oburzenie.
— Szaleńcze! — ozwał się głosem złowrogim, iż nie dziw, że Flint uchylił się na bok w krześle, jakgdyby chciał uniknąć ciosu. — Zali mniemasz, że na to udałem się do tej lichej mieściny, zasobnej jeno w futra i towary kolonjalne, — by przywozić stamtąd bogactwa?
— W jakimże więc celu? — zapytał Flint, śliniąc wargi.
Dziadek przechylił się przez stół i zacisnął silnie usta. Z ócz sypały mu się skry.
— Rzecz znana, durniu! możnaby wreszcie zrozumieć! to, co mądrzy ludzie przez całe życie starają się sobie zabezpieczyć, a głupcy porzucają w rynsztoku.
— Może to dla waszmości jest rzecz zrozumiała, — obruszył się Flint tonem nadąsanego chłopaka, — lecz jakże ja mam to zrozumieć, skorom nigdy o tem nie słyszał?
Murray wstał od stołu i zaczął przechadzać się wzdłuż kajuty, założywszy ręce pod poły surduta; tak chodząc, prowadził rozmowę. Flint z pewną ociężałością śledził każdy ruch jego, od czasu do czasu pociągając łyk rumu. Piotr i ja przyglądaliśmy się im obu, mocno przejęci tem starciem dwu wybitnych indywidualności, które miały wywierać doniosły wpływ na losy nasze — ba, na losy setek innych.
— Widzę, że winienem mówić prostemi słowy, Flincie — zaczął mój dziadek. Głos jego utracił poprzednią namiętność i cedził zwolna zdanie za zdaniem, jakgdyby w roztargnieniu.
— A ponieważ muszę wyrażać się poprostu i omówić ważną sprawę, przeto musisz mi aść wybaczyć nieco przydługie przemówienie.
Flint widząc, że trzeba coś odpowiedzieć, kiwnął głową.
— Częstośmy roztrząsali możliwość zabrania jednego z hiszpańskich okrętów, wiozących skarby, — ciągnął dalej Murray. — Jednakowoż nigdy nie próbowaliśmy wykonać i tego zamysłu, ponieważ nie umieliśmy dociec dat żeglugi, ani też nie wiedzieliśmy, w jakim porcie ładowano skarby. Obyczajem Hiszpanów w ciągu lat ostatnich — mówiąc dokładniej, od czasu rabunków Morgana i jego bractwa, — było wybierać dowolnie z roku na rok port ładunkowy, jako też zmieniać datę żeglugi. Jednego roku portem tym była Kartagena, następnie Chagres, trzeciego Porto Bello, a kiedyindziej nawet Vera Cruz. Wiadomo było, że ładowali całoroczny dorobek z kopalń koło Cape Horn. Ponadto o ile dawniej okręty ze skarbami jeździły stale końcem roku, o tyle teraz wyjeżdżają wtedy, gdy Naczelnej Radzie przyjdzie zachcianka zaznaczyć datę odjazdu.
Tu przerwał, a Flint sarknął:
— Toć tyle wiemy i my wszyscy.
— Aż dotąd zgoda, — odparł Murray uprzejmie. — Ale co dalej następuje, tego aść nie wiesz. Gdyśmy wracali z Madagaskaru...
— Było to wbrew mej radzie — mruknął Flint. — Waszmość zawiele bawisz się w politykę!
— W politykę! A jakże! — przystał dziadek. — No tak, może się nią bawię. Prawda, że dotychczas z, tej zabawy ciągnąłem niewielkie zyski, wyłączywszy jeden ważny nabytek, mianowicie okręt, na którym się znajdujemy, oraz wiadomość, która daje mi w tym roku możność zawładnięcia okrętem ze skarbami.
Flint wyprostował się w krześle. We mnie dech zamarł Również i Piotr okazywał iskierkę podniecenia w małych oczkach, które błyskały z poza mięsistych policzków, tających istotny wyraz jego uroczystej twarzy.
— Bodajby mnie..., Murrayu! — zaklął Flint. — Czy mówisz to przytomnie i poważnie?
— Tak jest. Czy pamiętasz, że na wiosnę i pod koniec łońskiego roku krążyliśmy koło wybrzeży hiszpańskich, a w dwa miesiące później wysłałem zaufanego do Hawany? W czasie naszych wypraw hiszpańskich nawiązałem stosunki ze znajomymi Jakobitami i wyłuszczyłem im w głównych zarysach plan, o którego przyjęciu donieśli w tajnych listach, jakie ów człek zaufany przywiózł na Wyspę Lunety. W listach tych donoszono mi, że tego a tego dnia mam się spotkać w Nowym Jorku z głównym mym sojusznikiem. Otóż i spotkałem się z nim. Niezbędne zarządzenia już poczyniono, tak iż pozostaje nam jedynie urzeczywistnić nasze zamysły.
Flint obłapił kielich rumu i wychylił go duszkiem, przyczem ręka mu drżała.
— Ile... ile tego? — zapytał głosem roztrzęsionym.
— Miljon pięćset tysięcy funtów.
Nastała chwila ciszy. Przez okna wślednie[1] napływała jasna, złocista światłość słoneczna, wzorkując mieniącemi się centkami i smugami gładką powierzchnię stołu. Flint przechyli głowę na piersi, a w zielonkawych oczach gorzał mu blask dziwny. Piotr i ja byliśmy pospołu z nim odurzeni. Jedynie dziadek pozostał chłodny jak wpierw i przechadzał się tam i z powrotem po kobiercami zasłanej podłodze, zapatrzywszy się w jakowąś wizję przyszłości.
— Czy to ... wszystko? — wyjąkał Flint. — Do kroćset! Byłaby to najwspanialsza gratka w naszem życiu, Murrayu.
— Wszystko to do nas należy — zapewnił Murray, — ale pod pewnym warunkiem.
— Warunkiem? — powtórzył Flint. — Jakież warunki? Któż to śmie stawiać nam warunki?
Dziadek zatrzymał się tuż przed nim.
— To moje warunki, za pozwoleniem — odpowiedział.
— Ach tak! — wymamlał Flint. — Lecz jeżeli to można zabrać...
— Będzie można zabrać, ale na pewnych warunkach, jakie postawię — upierał się mój dziadek.
— Ale jeżeli waszmość wiesz, gdzie można skarb ten zabrać, to na cóż bawić się w warunki? — rozżarł się Flint. — Cóż z takiego bogactwa, z którego ledwie ociupinka nam się okroi przy podziale?
Dziadek roześmiał się urągliwie na całe gardło.
— Przypatrz się, Robercie, — zawołał na mnie — oto ten człowiek pół godziny temu nie wiedział nic o tym skarbie, o którym teraz rozprawiamy, nigdy nie myślał, nigdy nie marzył o jego zdobyciu — a teraz, skoro pozyskał możność otrzymania zeń pewnej części, dąsa się, czy przypadkiem nie dostanie za mało!
Flint znów napełnił kubek rumem. Treść rozmowy zdawała się zwiększać niesamowitą siność jego twarzy, a źrenice jego oczu zmalały mu, jak dwie główki od szpilek — nie wiem, czy od przebrania miarki w napoju, czy od silnego podniecenia. Wszakoż czuł się pewniejszy niż przedtem.
— A czemużby nie? — rozjątrzył się na drwiny mego dziadka. — Jeżeli bierzemy, to czemuż nie brać wszystkiego?
— Dlatego, — odparł Murray, wybuchając wielką zawziętością, — że dałem słowo co do warunków, na jakich będzie można skarb zabrać.
— I cóż znaczy słowo waszmości? — sarknął Flint.
Przez chwilę myślałem, że dziadek go uderzy; ten istotnie już brał się machnąć na odlew, a pot perlisty wystąpił mu na czoło. Flint też się tego zląkł, ale urzeczony siłą utkwionego weń bazyliszkowego wzroku Murraya nie śmiał ani ruszyć ręką, by się obronić.
— Jest to moje słowo, — rzekł nakoniec Murray głosem wielce łagodnym, — nic więcej, Flincie. Chudopacholskie, lecz moje własne, jak mówi poeta. Ponadto (żeby utrafić w nutę zgodną z pojęciami asana) tak się składa, że z dotrzymaniem tych warunków związane są moje sprawy osobiste.
— Tak właśnie przypuszczałem, — zarechotał Flint.
— Ach, przypuszczałeś? — rzucił dziadek słodkim głosem i w takimże tonie mówił dalej.
— W tej sprawie już nie będziemy bawić się w dalsze roztrząsania, gdyż to nie na twoją głowę. Powiem aści tylko, że warunki są już postanowione, a waćpan będziesz musiał albo je przyjąć...
— Jakież to warunki?
— Co do podziału łupów? Sto tysięcy funtów dostanie się mnie, jako obmyślicielowi całego planu; siedemset tysięcy przypadnie na nasze dwa okręty, a siedemset tysięcy otrzymają moi przyjaciele, którzy współdziałali ze mną celem umożliwienia tej zdobyczy.
Flint trzasnął pięścią w stół i krzyknął:
— Byłbym..., gdybym to przyjął! Co? Nasza drużyna miałaby otrzymać mniej niż połowę? Waszmość czmychniesz sobie ze stu tysiącami funtów w kieszeni, a pańscy przyjaciele może się w kułak śmiać z nas będą pokryjomu!
Dziadek zażył znów tabaki na pokrzepienie, starając się nadać tej czynności wrażenie niesmaku, co wydało mi się zabawne.
— Niech mnie djabli wezmą, ale asan masz łeb zakuty! — rzekł z przejęciem. — Pozwól asan, bym zwrócił ci uwagę na tę okoliczność, że przyjaciele moi i ja podjęliśmy się dobrowolnie przypuścić waćpana do uczestnictwa w podziale siedmiuset tysięcy funtów, wzamian za co nie będziesz miał nic do roboty, jak tylko przystać na kilka zobowiązań, jakie ci narzucę.
— Słucham.
Dziadek zaczął kolejno wyliczać na palcach:
— Po pierwsze, byłoby rzeczą wielce pożądaną, ażebyście mogli siedzieć cicho w ciągu najbliższych miesięcy. Działania takie, jakie zazwyczaj odbywamy, przyczyniłyby się do zaniepokojenia Naczelnej Rady Indyjskiej i wywołałyby zmianę planu co do żeglugi okrętów ze skarbami.
— Cóż więc mamy czynić?
— Radzę schronić się na Wyspę Lunety i tam wyciągnąć nasze okręty na ląd; oba są w kiepskim stanie, więc byłaby to doskonała sposobność, by je oczyścić i wyporządzić.
Flint kiwnął głową.
— Będziemy musieli ruszyć naprzeciw Hiszpanów — zauważył.
— Do mnie to należy — odparł dziadek z pewną emfazą. — To mnie naprowadza na drugi punkt. Jest rzeczą wskazaną żebyśmy po ten skarb nie wyprawiali się razem we dwójkę Pragnę zająć Santissima Trinidad, zanim ten okręt przedostanie się z morza Karaibów na Atlantyk, w tym zaś celu muszę zaczaić się na pewnym południku, oczekując na sekretne poselstwo, donoszące mi, kiedy nasza zwierzyna ruszy z legowiska.
Flintowi twarz jeszcze bardziej posiniała.
— Więc waszmość chcesz Konia morskiego zostawić za sobą? — zagadnął.
— Muszę to uczynić, — uparł się mój krewniak. — Wyobraź sobie waćpan, jakie miałoby to następstwa gdyby dwa wielkie okręty jeździły sobie przez cieśniny morskie, koło Jamajki, Hawany i Martinico! W te pędy puściłyby się za nami fregaty. Ja myślę udawać okręt królewskiej floty, który unika wszelkich niepożądanych natrętów.
— Tak — odrzekł Flint. — A skoro waszmość zdobędziesz skarb i załadujesz cały jego zasób do swojej komory, to czy dasz nam co na pokład Konia morskiegohę? Czmychniesz sobie w świat, a my będziemy mogli szukać wiatra w polu.
— Źle o mnie sądzisz, kapitanie Flincie — odparł mój dziadek prostodusznie.
Ale Flint roześmiał się ohydnie. Może wynikło to z nadmiernej ilości wypitego rumu, może z podniecenia wywołanego rozmową, może ze wzmocnienia się dufności w sobie; w każdym razie już niepodobna go było utrzymać w karbach wpływem moralnym. Gdybym w to powątpiewał, zmusiłaby mnie do tego przekonania łagodna oględność, z jaką odnosił się doń mój dziadek.
— Jeżeli źle sądzę o waszmości, panie Murray, to zdarza się to chyba poraz pierwszy bez poważnej przyczyny — podchwycił Flint. — Dalej, dalej! Waszmość winieneś nabrać lepszego o mnie mniemania.
— Obmyślałem, jak można najlepsze warunki — odparł Murray. — Zważ, że było najzupełniej w mojej mocy zrobić w jakąś noc ciemną fugas chrustas przed asanem, zdobyć w pojedynkę Santissima Trinidad i nie dać waćpanu ani szeląga. Nie uczyniłem tego z dwóch przyczyn: popierwsze poczuwam się do obowiązku dotrzymania sojuszu z tobą i twymi ludźmi; pracowaliśmy i walczyliśmy dotychczas ręka w rękę, więc chciałem was dopuścić do udziału w tym łupie. Powtóre, za podstawę swych działań pragnę obrać Rendez-vous, więc jeśli asanu tak się podoba, możesz uważać swój udział w zyskach za wynagrodzenie z powyższego względu, oraz za rekompensatę z powodu ofiary, jaką ponosisz, wstrzymując się od okazyj do innych łupów.
— Niema czemu przeczyć — żachnął się Flint. — To, co waszmość powiadasz, brzmi obiecująco. Może to i prawda! Ja jednak nie mogę za powrotem oznajmić tego na naradzie załogi Konia morskiego, boby mi nie uwierzono. Jestem w kłopocie, gdy o tem pomyślę. — —! — zaklął gniewnie. — Wiem, cobym uczynił na pańskiem miejscu.
— Jakąż zatem dajesz mi odpowiedź? — zagadnął.
— Nie bawię się w takie warunki — odrzekł Flint stanowczo. — Niech mi będzie wolno jechać z waszmością, brać udział w zdobywaniu okrętu, a inaczej pogadamy ze sobą.
Murray potrząsnął głową.
— Zniweczyłoby to moje zamysły. Znam ja ciebie, Flincie. Nie umiesz ty tak żeglować, by nie zaczepić po drodze bogatych kupców, którzy przemykają ci się przed nosem — że tylko ich chapnąć! Za dowód może służyć statek pocztowy z Filadelfji, o który tak się dąsałeś, gdyś tu przybył! Człowiecze, toż pewno mielibyśmy ze dwanaście takich wypadków, że w czasie, gdy dybiemy na okręt hiszpański ty puszczasz się w pościg za jednym ze statków kupieckich. Nie, nie mogę ryzykować. Gdy będę sam, potrafię tego dokazać, że nie ściągnę na siebie niczyjej uwagi; gdy będziemy razem, rozdrażnimy przeciwko sobie całe gniazdo szerszeni.
— Niech mnie więc djabli wezmą, jeżeli się na to zgodzę. — warknął Flint. — Nie będę ufał waszmości, panie Murray, i basta!
— A gdybym ci dał zakładnika? — zapytał, jakby próbując, Murray.
— Zakładnika? Czyż możesz dać zakładnika, którego życie miałoby dla ciebie jakąkolwiek wartość? Nie, nie! Gdybyś widział, że podrzynają gardło Marcinowi lub komuś z twych ludzi, nawet nie mrugnąłbyś okiem!
Mój krewniak ruszył ramionami na znak pogardy, największej jaką można sobie wyobrazić. Na ten widok owładały mną różne uczucia, gdyż zacząłem miarkować co się święci.
— Nie Marcina miałem na myśli — odpowiedział Murray. — Myślę o moim wnuku i dziedzicu. Będę na tyle otwarty i wyznam, że jedynym powodem, iż przedsięwziąłem wykonanie tego wspaniałego dzieła, jest chęć zapewnienia stanowiska i poważania temu chłopcu.
Flint wpatrzył się weń chytrze, powiódł wzrokiem na mnie i znów z powrotem na niego.
— Pański wnuk, powiadasz waszmość? Hm! Długi Jan powiada, że waćpan za nim przepadasz. Jednak... Nie, nie podobają mi się aścine warunki, panie Murray. Zamało przynoszą mi one korzyści.
— Są to najlepsze warunki, jakie mogę ci ofiarować — odpowiedział Murray nieustępliwie. Żeby nie było żadnego nieporozumienia, dodam ci, Flincie, że drugie siedemset tysięcy funtów będzie obrócone na poparcie interesów pewnej sprawy, a nie na posmarowanie kieszeni oficjalistom hiszpańskim, jak może przypuszczasz; a jest też rzeczą wielce możliwą, że pójdzie na to i znaczna część mojego osobistego zysku.
Kapitan Konia morskiego wytarł kałużę rumu rozlanego na stole i odwróciwszy glinianą flaszkę dnem do góry, wysączył do kubka resztę jej zawartości.
— Twarda to umowa — odezwał się. — Na półtora miljona jedynie osiemset tysięcy!
— Tyle albo nic, — oświadczył Murray.
— A przez ileż to miesięcy mam się wstrzymać od krążenia po morzu, gdy waszmość będziesz czatował na okręt ze skarbem?
— Sześć, albo i więcej.
— Bodajby mię! ale waszmość, panie Murray, targujesz się jak żyd!
— I zapłacę też jak żyd, suto i pewnie, dając przytem dobrą porękę.
— Wcale tego nie widzę, — sarknął Flint i wychylił resztę rumu.
— Daję siedemset tysięcy funtów do sprawiedliwego podziału między dwie załogi okrętowe, z których wasza nie będzie narażała swej skóry dla tego zarobku.
Flint powstał i poprawił pas na sobie.
— Przyjmuję, bo nie pozostaje mi nic lepszego — odezwał się. — Ale muszę mieć zakładnika. Niewielka wprawdzie z niego pociecha, ale muszę się jakoś zabezpieczyć... bodajem marnie zginął, jeżeli gra cała nie opłaci się siedmiuset tysiącami funtów!
I skinął na mnie, trzasnąwszy w palce.
— Chodźno, chłopysiu! Pokażemy ci, jak to żyją prawdziwi zbójnicy na pokładzie Konia morskiego!
— Nie jestem murzynem, ażeby miano mną handlować i żebym przechodził z rąk do rąk coraz to innego właściciela! — krzyknąłem w uniesieniu. — Waćpan możesz zmusić mnie do pójścia, ale sam nie ruszę się ani krokiem z dobrej woli!
Flint miał już odpowiedzieć stekiem przekleństw, ale Murray mu przerwał.
— Asan uprzedzasz wypadki — tak zgromił on swego sprzymierzeńca. — Na razie jeszcze niema potrzeby dawać zakładnika. Teraz popłyniemy na Rendez-vous; całe tygodnie, ba, miesiące przeminą, zanim będę mógł wyruszyć na zachód w kierunku Hispanioli.[2] Mamy więc dość czasu, by mówić o wydaniu ci zakładnika.
Przez chwilę zanosiło się na to, że Flint sprzeciwi się temu zamiarowi, ale wkońcu widocznie uznał, że nie warto było wszczynać nowego sporu na ten temat.
— Niechże tak będzie, — burknął. — Na wyspie omówimy tę rzecz szczegółowo. A, niechże mnie!... — ozwał się nagle z radością; — widziałem, że nie nadarmo zdobyliśmy sobie tego rudowłosego chłystka! Jest-ci on nam nieomylną zapowiedzią szczęścia!
I chwiejnym krokiem wytoczył się z kajuty, tupiąc, trzaskając drzwiami i szafując hojnie przekleństwami, aż dostał się na pokład i krzyknął na swych wioślarzy, by odwieźli go z powrotem na pokład Konia morskiego.









  1. Od strony rufy.
  2. Haiti. (Przyp. tłum.)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arthur Howden Smith i tłumacza: Józef Birkenmajer.