Szeroki Dunaj

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych

Na Szerokim Dunaju, na targu,
Rozkładają przekupnie stragany,
Dzień się ocknął z nocnego letargu
I na dachy blask rzuca różany.
Zieleniny, jarzyny, owoce
W żywych barwach na kramach się pstrzą
Stary Dunaj jak młynek trajkoce,
Przeplatając rozmówki psiąkrwią.

Ród przekupek nie wymarł doszczętnie,
Staromiejskich pyskaczy sprzed wieku.
Gdy się baba rozkrzyczy namiętnie,
Stań na boku i słuchaj, człowieki;
Daj ci, Boże, temperament taki
W różnych sprawach do najdalszych lat...
Potem sypie do torby groszaki
I w zwyciestwie jest wielka jak świat.

Wśród przyblakłych kolorowych murów,
Go odległe pamiętają czasy,
Chodzi słońce pogodnych lazurów
I parciankę zamienia w atłasy.
Rozkochane w życiu i w hałasie
Czar istnienia sączy w ciepłą krew,
W młodych dziewcząt rozgląda się krasie,
Pierś całuje, muska czarną brew.

Spoza dachów, szarych od starości,
Paulinów widać smukłe wieże;
Lubią na nie patrzeć ludzie prości,
Którym braknie czasów na pacierze.
Bój o chleba kawałek aż warczy,
I gorączką uderza do głów,
A Bóg dobry, z pewnością mu starczy
To spojrzenie, modlitwa bez słów.

Na Dunaju, trzeba wiedzieć o tem,
Było sławne kwiatów targowisko —
Tak niekiedy lśnią róże pod płotem
Lub liliami zakwita bagnisko.
Jakże piękne na tle staroświeckiem
Jaskrawieje kwiecia wiosny zbiór;
Jak staruszek lubi bajać z dzieckiem,
Tak się kocha w kwiatach stary mur.

Leży w pękach kwiat świeżo zerwany
Na straganie Pani Walentowej.
Hijacynty, bzy i tulipany,
Groszek biały i groszek różowy.
Jak z ogrodów i z wiosennej łąki
W brudny rynek leci cudna woń
I, w zadumie, srebrne rosną pąki
Do ust niesie pięknej Zośki dłoń.

Piękna ZoŚka, Walentowej córka,
Z krwią jak płomień, co oczyma strzela,
Ze starego rwie się świat podwórka,
W świat upojeń, pieśni i wesela.
Georginie, astry i nagietki
Lubi pieścić zgrabną rączką swą...
A ta córka poszła na chleb „letki”,
Któż tam zgadnie, co się dzieje z nią?...

Siedzi stara, pomrukuje z cicha,
Zbrzydł jej towar i nabywcy zbrzydli:
„Ot, to życie do ciężkiego licha!
Ty hodujesz, a chłop ją usidli!”
I pochyla twarz amarantową
(Bo wódeczka tak barwi, jak mróz);
Wypić zdrowo, a dumać niezdrowo —
Było — nie ma, łzy kap-kap — i szlus.

Pod jatkami ćma psów się przemyka
Z desperacją w psiej zgłodniałej twarzy,
Syty kocur siedzi u rzeźnika
Ironicznie patrząc na nędzarzy.
Z dachów lecą wróble darmozjady,
Kąsek jadła capnąć, gdzie się da,
A na boku stoi chłopiec blady,
Ten od psa się jeszcze gorzej ma.

Chociaż ludzi z mych piosnek legendy
Od lat dawnych nie ma już na świecie,
Tak, jak niegdyś, lubię chodzić tędy
I kłaść farby na starej palecie,
Lecz gdy związać zechce mi się z czasem
Tych, co byli, i tych, którzy są,
Dzień dzisiejszy mruczy grubym basem:
„To nie to już, mój stary, nie to!”

Za to nocą, w pustce i w ciemności
Przez księżyca osrebrzanej skrawek,
Znów się moje ożywiają włości
I jak dziecko ma swój świat zabawek.
Wszyscy, których znałem tak dokładnie,
Wyszli z grobów, by mi podać dłoń,
Potem szepcą, kłaniają się ładnie —
I w przeszłości zapadają toń.

Chciałbym, żeby w tych prastarych domach
Znów rosło dzielne pokolenie
Z tych, co mężnie stają na wyłomach
I kochają aż na śmierć, szalenie,
Aby nad tym kramikarskim gwarem
Wzlatywała jak hejnału śpiew
W pieśni wolności zamieniona czarem
Ta, co wsiąkła w Stare Miasto, krew.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora.