Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/017

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


rego ze świeżych dorobkiewiczów, a każdy z nich złoży u jej stóp całą górę sesterców, płacąc hojnie za nazwisko, pokryte pleśnią wieków, i za stosunki. Ta droga jednak równała się dla jej dumy hańbie. Tylko patrycyuszowi powinna patrycyuszka — tak wierzyła — złożyć przysięgę przy ołtarzu bogów domowych, tylko potomkowi pierwszych rycerzów Rzymu mogła ślubować: gdzie ty, Kaju, tam ja, Kaja...
A tych patrycyuszów była za Antoninów ilość już tak szczupła, iż wybór stawał się coraz trudniejszym.
Niedobitkowie starych rodów podzielali zresztą coraz mniej przesądy Tulii. Pochwyceni ogólnym wirem scepcytyzmu i wstrętu do ubóstwa, nie poddawali genealogii posażnych panien surowemu badaniu.
Zbyt dobrze znała Tullia sfery, do których należała, by się mogła pod tym względem łudzić. Wiedziała, że duma rzymska błąkała się już tylko w jednostkach wyjątkowych, jak upiór zgasłych czasów.
Ona czuła ją w sobie, ale inni?... Wszakże ulubiony jej krewny, Marek Kwintyliusz, sprzedawał zasłużone nazwisko lichwiarzowi i ździercy.
Jedyny Publiusz, osobiście zamożny i przywykły liczyć na swoje własne siły, nie zniży się do roli posagołowcy.
Dla niego odgrywała dziś Tullia komedyę nabożnej matrony, składającej ofiary cieniom przodków, które ją tyle obchodziły, co pył, pokrywający kamienie przydrożne, nie wierzyła bowiem nietylko