Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/014

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


tach. Jej serce proste brzydziło się takiem kłamstwem.
Patrycyuszka, zaopatrzona w świetlane wzory dawnych czasów, w cnotliwe matrony, w słynnych wojowników i obywateli, rozpoczynających każdą czynność pobliczną[1] od ofiary, w pobożnych królów, konsulów, legatów i trybunów — córa przodków, którym świadomość spełnionego obowiązku osładzała godzinę śmierci przedwczesnej, czuła bardzo dobrze, że wiara w bogów, w światy inne jest najlepszą pomoczniczką i pocieszycielką człowieka. Ale gdzież oni są, ci bogowie prawdziwi, co kierują losami ziemi, prowadząc ramię bohaterów i myśl prawodawców? Nie mieszkańców Olimpu, z których pierwszemu lepszemu histryonowi wolno drwić berkarnie[2], należy się cześć i posłuszeństwo.
Owych bogów prawdziwych szukała dusza Mucyi w chwilach samotnych w księgach Grecyi, Rzymu i Egiptu, pragnąc ich z tęsknotą natury szlachetnej, którą boli pustka wewnętrza. Odepchnięta przez zwyczaje, obyczaje i pojęcia swojego czasu, chciała sobie stworzyć świat własny, któryby wypełnił próżnię w jej sercu.
Ale księgi Grecyi, Rzymu i Egiptu nie rzucały światła na ciemności, w jakich pogrążyło ją wychowanie filozoficzne. Najlepsze z pomiędzy nich odsyłały człowieka do niego samego, radząc mu czerpać z siebie moc i cierpliwość. Była to wskazówka zbyt oschła dla kobiety.

Zmęczona daremnem badaniem, szła Mucya do cieniów swoich przodków, zanosząc do nich skargę udręczonej duszy niewieściej. Nie po raz pierwszy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – publiczną.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – bezkarnie.