Strona:Jules Verne-Anioł kopalni węgla.djvu/018

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


 — Używają, owszem, ale jest to praca niezmiernie ciężka.
 — O, pani! — zawołała Anna tonem najgorętszej prośby — wystaraj się dla mnie o taką pracę, choćby za połowę tej zapłaty, którą dają innym, a ucałuję ci ręce i nogi.
 Gdy to Anna mówiła, młody robotnik, który przed chwilą wszedł do izby, spojrzał na dziewczynkę ze współczuciem, i udając, że się rozmowie nie przysłuchuje, zwracał jednak na wszystko pilną uwagę. Łucya, (tak się nazywała matka chłopczyny), wysłuchawszy prośby Anny, pokręciła głową i odrzekła:
 — Dla ciebie, panienko, praca w kopalni na nicby się nie przydała! Wyglądasz, jak pani, jesteś wątła i bojaźliwa, umarłabyś z utrudzenia, jeżeli nie ze strachu podczas spuszczania się do kopalni... Szukaj innego zajęcia!
 — Wszędzie go już szukałam, ale nadaremnie.
 — Ależ chyba nie wiesz, że górnicy są narażeni na największe niebezpieczeństwa?
 — Wiem o tem, i na tych właśnie niebezpieczeństwach opieram moje nadzieje. O, gdybyś pani wiedziała, co cierpi mój ojciec!.. W chwili, gdy pozo-