Przejdź do zawartości

Strona:Józef Weyssenhoff - Nowele.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
—   162   —

już matkę pożegnał i zostawił spokojną, uciec mi tylko stąd, od Celiny.


Sokal, dnia 16-go marca.

Jest mi tak, jakbym się wyrwał z płonącego domu i znalazł się nagle samotny w ciemnym lesie. Po upale i łoskocie przejmująca cisza panuje we mnie. Może mi naw et tam było lepiej w tem piekle, niż pośród smutnych i zimnych szlaków, na które zabrnąłem. Siedzę tu już trzy dni; chciałem mieć czas na obrachunek siwych interesów materyalnyich i moralnych; widzę jednak, że zajmuję się głównie rachunkiem sumienia.
Podróż i dzień, póki światło, zajmowali mi Krotoski i Recan. Nigdy nie byli rozmowniejsi ani serdeczniejsi. Tak ich ta moja skóra obchodzi, chociaż nie zdają się przypuszczać, aby mi się co stać mogło. Krotoski mówi mało o pojedynku, jest niby swobodny i odrywa mnie od trapiących myśli swym specyalnym darem malowania słowem. Zdarza się, że o wszystkiem zapomnę, gdy ten wywoła przede mną jakiś obraz przyszłości prawie niemożliwy, ale ponętny, i określi go szerokim gestem i oświetli poetycznym zapałem, aż mu wierzyć trzeba i pragnąć tego, czego on pragnie. Krotoski, to przeciwieństwo Kassandry; to prorok wołający, że będzie lepiej, ale nie taki sobie optymista ślepy, tylko człowiek, który rozumie, gdzie dążyć, który złem obecnem się nie zraża, usuwa je tylko całą siłą, wiedząc, że po fali w głąb nastąpi fala w zwyż, i wola: »może my zginiemy, ale będzie lepiej«.