Niedowiarek
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Smutno i ciężko w kotlinie podkarpackiej. Słota już dwa tygodnie trwa... Zewsząd, z południa i z zachodu, z dalekich lądów i od morza zleciały się mgły i przysiadły tę ziemię nieszczęsną, tę krainę łez, kęp i wiecznej nędzy; rozścieliły się po mokrych ziemniaczyskach, porosłych wcześnie łopuchem i mleczem trującym, i przeganiają się po ugorach i tłokach, gdzie czerwienią się rdzawo rozorane, niczym nie obsiane zagony.
— Dawno już nie było takie wiesny — mówią strapieni ludzie między sobą. — Ani to ziemniaków okopać, ani to dosiać poczciwie, jak się patrzy, bo jakże? Deszcze i psoty bez ustanku... O Boże litościwy i drogi, cóż sie to stało, aj co, żeś sie tak uwziął na ten naród nieszczęsny?
— Dejcie no spokój — powiadają starzy. — Nie bądźcie tacy nagli. I Poniezus sie zlituje, skoro go złość opuści...
— Dyć niejak, ale...
— Najgorzej pierwszą biedę przeczekać, to się już, do następnych człowiek wezwyczai...
— Ba, musi!
— Nie bluźnijcie. ino, moi mieli, i nic nie gadajcie naprzeciw wyroków boskich, a miejcie se to na uwadze, że Opatrzność boska zawdy wisi nad nami, ino że my je nie widzimy, bo my je niegodni...
Na to już nie ma nikt nic do powiedzenia, jeden tylko Cyrek, co przy samym kościele siedzi, zdaje się powątpiewać, bo chlipie niezrozumiale oczami... Ale kto by się ta obzierał na takiego niedowiarka? Nie wierzy — to zmierzy i sam się przekona.
W kościele nabożeństwa się odprawiają na uproszenie pogody u Pana Boga. Falami lud zalewa kościół drewniany. Ciżba w świątyni, duszenie, płacz, przekleństwa i krzyki — po sumie: suplikacje przejmujące, organy i jęki. Wszystek lud płacze zmiłowania Bożego. Z dalekich roztok spłynął do ołtarza i pada krzyżem przed wystawioną monstrancją.
Po nabożeństwie wylewa się potok głów odkrytych z kościelnego cmentarza i rozpływa się po kamienistym rynku. Widać gromadki, powiększające się z każdą chwilą, gwarzące cicho, trwożliwie, bez krzyku i hałasu.
Na długich ławach przed karczmą-ratuszem usiedli rzędem gazdowie i wiekowi. Siedzą z pochylonymi głowami, strączki białych włosów osłoniły im spalone szyje. W siwych chazukach z owczej wełny zdają się być rzędem karłowatych jałowców, osędziałych śniegiem.
I u wójta, w urzędzie gminnym nie tak gwarno i hałaśliwie jak zwykle. Poschodzili się, co prawda, wszyscy radni; nie brak Jędrka znad miedzy i Józka od Chlipały, Tomka Nieboraka ze Skalistnego; jest i pan pisarz, „jedna głowa na cztery wsie dookoła, jeden rozum i jedno orędzie“.
Siedzą, bo siedzą, bo ławek nie braknie; piją, bo piją, bo co mają robić na te ciężkie czasy — ale u wszystkich widać zasępienie i utrapienie wieczne, co młyńskim kamieniem sparło się na sumieniu i ani rusz.
— Tak, mościewy — począł Tomek podając szklankę kumotrowi. — Nie dość jednej biedy na świecie, ba zawdy ich musi być więcy. Człek się ogania, wicie, siepie na wszystkie strony, a tu darmo, bo jak cię ścisną zewsząd, to ani dychniesz, człeku nieboraczku... W ręce!
— Dej Boże!
— Na tę naszą biedę...
— Biedkę kochaną!
I kolejka przeszła rzędem nie omijając nikogo. Wójt z Okpiśny szynkuje raźno, sprawiedliwie, przymruguje każdemu z osobna, wszystkim potakuje i ręce zaciera, rad widocznie sobie i całemu światu.
— Pamiętacie wy kiedy, wójcie, taką wiesnę? — Jakże chcecie, cobych nie pamiętał?
— O, o, cóż się to dzieje, moiściewy Kochani, drodzy... — jęczy Tomek. — Ani ziemniaków ogrześć nieporada, ani nic... Do znaku wszystko skapie i zmarnieje... Matko Najświętsza! Dejże też te pogody jakie, uproś przecie u Pana Jezusa, u synaczka swojego najmilszego... Królowo Niebios, Pani moja... W ręce!
— Dej Bożej
— Na tę naszą biedę...
— Biedkę kochaną!
W milczeniu podawali dalej szklankę okopistą, uważając przy tym, ażeby nie rozlać, nie sponiewierać daru Bożego.
Gdy przyszła kolej na pisarza, ten ujął misternie szklankę dwoma palcami, przejrzał się w niej i wypił; potem nalał drugą i tę już bez namysłu wychylił podając sturbowanemu sąsiadowi, kto bądź nim był, próżne, zielone szkło. Tak czynił lawdy, odkąd go poznali, więc nikt się temu nie dziwił.
— Musiał się już z tym urodzić — powiadali — abo, kto wie...
— Ho! ho! Nasz pisarz ma głowę i łeb, moiściewy, nie na wszy! Kazanie wam calutkie powtórzy, ani słóweczka nie wypuści... Taki pamiętny, wicie, już od urodzenia.
— Bóg mu dał talant...
— Hej, by miał z czego żyć... Jedni, wicie, żyją z gruntu, a drudzy letko — z talantu. Na jednych Paniezus więcy łaskawy, na drugich mniej.
— Ni ma to i w niebie sprawiedliwości... — Nie blużnijcie! padam wam, bo...
— Kto bluźni?
I wnet by przyszło do bitki, bo kilku ujęło się gorliwie za sprawiedliwością boską, gdy powstał pisarz zza stołu i chrząknął wyraźnie trzy razy, co znaczyło, że pragnie zabrać głos... Uciszyli się Wszyscy. On zaś oparłszy pięście o stół przemówił w te słowa:
— Nie powiem wam nic inszego, jak ino to, co gadał ksiądz pleban na kazaniu.
— Dyć my już słyszeli...
— To usłyszycie drugi raz... Nie zawadzi.
— Słowo Boże — rozpoczął pisarz — jest jako światły chleb, który się nigdy nie przyje...
— Oj, nie przyje, nie!
— Cicho tam!
— Tak samo jak manna niebieska... — Nie jak placek owsiany...
— Cit!
— Słuchajcie!
— A kto je będzie słuchał nieśpiący — ciągnął pisarz — tego tuszy staną się otwarte na wszelkie słowa mówiące t pisane. I stanie mu się we łbie jasno, mówił ksiądz pleban...
— To już wiemy!
— i... pozna wszelkie arkana wiary naszej przenajświętszej, i będzie jako on filozofus, który okiełznał emanację...
— O czem wy gadacie? — szarpnął go Jędrek za rękaw. Pisarz, zbity z tropu tak niesłychaną uwagą, chrząknął raz, chrząknął drugi raz, wreszcie wychylił duszkiem stojącą przed nim szklankę.
— Bieda jest, bo jest! — począł ocierając usta.
— Tak mówcie! —wrzasło paru — co tam filozofy!...
— A wiecie, skąd się bierze?
— Ba! Kaduk by ta odgadł... Przyszła i jest, psiapara.
— A co gadał ksiądz pleban? Wszyscy się zastanowili.
— No, co gadał? Powiedzcie... — szepnął Tomek. Pisarz potoczył dokoła okiem filozofa, „który okiełznał emanację“...
— Grzech jest w narodzie! — huknął. — Grzech jest i nic więcej...
— A bieda kany się podziała? — wtrącił Jędrek żałośnie z końca stołu.
Pisarz ku niemu oczy gniewnie obrócił. — Bieda jest w grzechu, a grzech w biedzie! Rozumiesz teraz? A gdy wszyscy milczeli, podniósł głos i tak prawił:
— Ksiądz pleban dokumentnie wyłożył, o co się rozchodzi. Nie idzie — prawi — o tych, co się zabawią w karczmie albo w Kółku. Bo co biedny człek ma w niedzielę robić?
— Hej! — potaknęli.
— Ino o tych idzie, co pod dzwonnicę nie zajrzą, a dom Boży obchodzą z daleka... Ci to heretycy, niedowiarki, prawił, co niedzielę świętują w chałupie, wymijają ućciwych ludzi, do spowiedzi nie idą jak rok długi, ba ino grzeszą i grzeszą... Oni to rozumu uczą się z pism diabelskich i bezbożnych książek, oni to diabłu zaprzedali swą duszę na wieczne zatracenie.
Tu odsapnął pan pisarz i wychylił szklankę.
Potem otarł pot z czoła, na którym żyłami wypisane stało kaznodziejstwo.
— Jest tu między wami kto taki, co widział te bezbożne pisma?
Milczenie.
— Chwała Bogu! Sprawiedliwość nie odeszła z narodu... Was to Bóg karze za tych zaprzedanych; cała wieś cierpi za jednego...
— Za Cyrka! — szepnął Tomek.
— Za Cyrka! — powtórzył pisarz i zaraz dodał: — Dwa tygodnie słonka nie widać. Paniezus zasłonił swoje oblicze przed nami...
— Bo my niegodni...
— Kto niegodny?!
Powstał hałas. Z hałasu nic nie można było rozumieć, tylko jedno słowo: Cyrek.
— Ta psiakrew! Ta nas gubi...
— Diabłu duszę zaprzedał!
— Ksiądz pleban... — począł pisarz.
Nie słuchali go. Zajadłość na Cyrka rosła; dopowiadali o nim coraz to nowsze historie.
— Idę se — mówił Tomek — wyjrzeć na pasterzy, a ten, wiecie, co robi w samiutką sumę? wiecie?
— Co?
— Kwiczole chyta... Zjadłeś ty diabła, aj-eś ty zjadł — powiadam mu — toś tu? A któż za ciebie w kościele? — „Ja — pada — za siebie najął“... — Kogo? — pytam się. — „Błażeja Szczyptę“ — odpowiada. — „Ja mu siekł, a baba mu żęna“... Poczekaj, hyclu! — mówię mu — diabli Szczypty za ciebie do piekła nie najmą; musisz ty sam odsługować...
— Siedem roków, jak nie był do spowiedzi...
— A przed kościołem mieszka...
— Luter krotny! heretyk! Wójt się wmieszał.
— Nie pije, pada, ani do karczmy nie chodzi...
— E, bo mu diabli wódkę noszą do chałupy! Co się ma fatygować?
— Dyć niejak!
— Powiesić psiąkrew, to sie upamięta...
— Nauczyć hycla rozumu!
Wszyscy porwali się od stołu. W oczach każdego zaistrzył się groźny, ponury fanatyzm.
Nagle drzwi się otwarły i do izby wszedł Cyrek.
Dwadzieścia nóg raptem posunęło się ku niemu, dwadzieścia pięści ujrzał nad swą głową. I zamiast się przerazić...
— Zaczekajcie — rzekł spokojnie. — O co wam ta idzie?
Połowa pięści opadła.
— Ty, niedowiarku, ściągasz na nas pomstę! Bez ciebie deszcz leje!...
— Dejcież mi usiąść! — ozwał się Cyrek i zwracając się do wójta szepnął: — Cztery flaszki!
Wszyscy, zdziwieni, odstąpili go patrząc po sobie, a wójt skoczył do szafki i postawił na stole cztery litry. Cyrek podszedł zwolna i nalał.
— Kto nie pije?
Nikt nie odpowiedział, więc przypił do pierwszego z kraju. Poprzysuwali się w milczeniu i nieśmiało. Żaden nie chciał być ostatnim. Pisarz jeno zapomniał sobie o zwyczaju i wypił tylko jedną szklankę. — To pijecie? — spytał Jędrek.
— A piję... dy widzicie! — odparł Cyrek.
— No... no... kto by sie to spodziewał?
— Niczemu się, moiściewy, dziwować nie trza... — rzekł ostentacyjnie pisarz.
Rozmowa się powiązała i z drugą kolejką urosła w hałaśliwą gwarę. Każdy się do Cyrka zwracał, każdy chciał z nim mówić.
— E, każ-eście się zabrali? — pytali go.
— Do folusza...
— We święto?
— Dyć kież pódę? W robotny dzień czasu ni ma, a tu porczęta ladaco...
Wyciągnął nogę.
— Słusznie macie, kumie — ozwał się polowy — ale też uwazujcie na niedzielę, uwazujde, bo to grzech. Cyrek się roześmiał.
— Jakby wam cielę zdechło w niedzielę... nie ratowalibyście?
— A i pacierzy nie mówicie — dodał Jędrek — a pacierz od Boga nakazany...
— Ba, i ja się bez pacierza nikany nie ruszam, bobych sie ruszyć nie zdołał... Zawdy go noszą na grzbiecie...
Powstał śmiech.
— Oj kumie, kumie! Byście choć do kościoła zajrzeli raz kiela czas... Naród sie modli o pogodę... Dyć i wara potrzebna!
— Ja tak uwazuję — począł Cyrek. — Ludzie sie modlą, to chwała Bogu, to sie ta bez jednego obejdzie... Pan Bóg ta nie wie nawet, mościewy, czy żyje na świecie jaki Cyrek...
— Nie bajcięż!
— A do nieba sie ta nie napieram, bo mnie i tam posadzą na poślednim miejscu... tak, moiściewy! Kolejka przeszła rzędem.
— A potem i tak uwazuję — ciągnął Cyrek — jak sie wszyscy modlą, jak sie modli cała wieś, to honor Panu Bogu większy niżeli ode mnie... Tak, tak.
Zadumał się wsparty na ręce i zwolna posępniał, a kumotrowie raczyli sie rzetelnie jego winem.
— Do nieba sie nie napiera... no powiedzcie! Co to za...
— Bo i zresztą — mruknął Cyrek — nigdy bych sie nie dokołatał... darmo! — podniósł głowę. — To tak na przykład: Ja wnoszę do starosty suplikację i wójt wnosi... To wójta pierwi przyjmą, posadzą na stołku, a ja muszę stać w sieni, burzyć się i czekać.
— Sprawiedliwie! — kichnął wójt.
— Na zdrowie! — odpowiedzieli.
— Toż to — kończył Cyrek — prędzej wy uprosicie u Pana Jezusa pogodę, niżeli ja, mizerny człek...
— Sumiennie gada! — rzekło paru.
— A jak wam bedzie słoneczko świeciło, to przecie na mój grunt nie poleje...
— Dyć każ-by!
— I ja sie wtedy, wicie, bedę w polu uwijał. Nic nie umieli odpowiedzieć.
Wszystkim przypadły do serca rozumne słowa.
— To ci łeb! — mówili między sobą.
— Haraku! — krzyknął pisarz i spojrzał dumnie na obecnych. — W mig pojawiła się flaszka.
— O, tu mnie już nie upytacie — szepnął Cyrek i powstał.
— Każ uciekacie?
— Muszę!
— Kanyż wam tak pilno?
— Czas nie stoi, ba idzie... Zawdy go trza gonić, aby nie uciekł...
— Dyć mądrze gadacie, bo mądrze, ale... napijcie się z nami!
— Darmo!
— E, siedźcież!
Rzucili się ku niemu i poczęli go ciągnąć gwałtem; jeden za chazukę, drugi za serdak, inny znów, gdzie zdołał dostać i uchwycić... Ale on zaparł się nogami i ani rusz. Zeszarnotali się i pomęczyli przy nim.
— Twarde macie sumienie — mówili dysząc.
— Co bych robił na świecie bez niego? Ziemia twarda jak skała, ani je ugryść, to trza twarde uwziątki, coby wyżyć... Kumie! — zwrócił się do wójta — mam do was nieduży interesik... ale to jutro — dodał po namyśle. — Wyciągnijcie no jeszcze flaszczynę!... — szepnął i począł szukać w zanadrzu okrąglaków.
Radni myśleli, że sobie Cyrek flaszkę do rękawa wsadzi, więc niemałe było ich zdziwienie i radość, skoro ją Cyrek na stole postawił.
— Ostajecie? — wołali.
— Nie, ino chcę wypić za wasze zdrowie, a potem już do reszty wy moje pokrzepcie... W ręce!
— Dej Boże!
Cyrek pożegnał się ze wszystkimi..
Wójt, bełkocąc coś niezrozumiale, wyprowadził go do sieni, lecz nie dojrzał już złośliwego uśmiechu na ustach Cyrka, bo ten szybko przechybnął próg. Splunął potem przed siebie, poprawił kapelusz i poszedł.
W izbie zawrzało po jego odejściu.
— To mi człek!
— Takich więcy!...
— Wójcie...
— Krześcijan, jak sie patrzy!... Nasze wiary, święte wiary!
— Wójcie! Dejcie no jeszcze kapkę. Niech już bedzie do równości...
— Pamiętasz, Jędruś, jak my se razem pasali... W ręce!
— Dej Boże!
— Na tę naszą biedę... — Biedkę kochaną!