Morskie Oko
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
I
- Ponad płaszczami borów, ściśnięte zaporą
- Ścian olbrzymich, co w koło ze sobą się zwarły,
- Ciemne wody rozlewa posępne jezioro,
- Odzwierciedlając w łonie głazów świat zamarły.
- Stoczone z szczytów bryły mchu pokryte korą,
- Po brzegach rumowisko swoje rozpostarły,
- Na nim pogięte, krzywe kosodrzewu karły
- Gdzieniegdzie nagą pustkę w wianki swe ubiorą.
- Granitowe opoki, wyniesione w chmury,
- Rzadko tam żywsze blaski słoneczne dopuszczą...
- I tajemnicze głębie kryje cień ponury.
- Cisza - tylko w oddali gdzieś potoki pluszczą
- Lub wichry, przelatując nad zmartwiałą puszczą,
- Swym świstem grozę dzikiej powiększą natury.
II
- Tu myśl twórcza straszliwą pięknością wykwita:
- Pięknością niezmierzonej potęgi i siły,
- Co gromami na skałach rozdartych wyryta
- Świadczy dziś o przewrotach w łonie ziemskiej bryły.
- Dziki zamęt! - głazami zasłane koryta
- Zdają się placem boju, gdzie niegdyś walczyły
- Północne groźne bogi i krew ofiar piły
- Z czary, która w jezioro upadła - rozbita.
- Wszystko tu do ostrego tonu się nagina:
- Poszarpane gór grzbiety, wody, co czernieją,
- Skały, wiszące śniegi, zarośla, mgła sina...
- Wszędzie surowa wielkość, przed którą maleją
- Sny człowieka, co staje, jak mała dziecina,
- Przed skamieniałą dawnych bogów epopeją!
III
- Słońce, gdy na zachodzie złotą tarczę skłoni,
- Purpurą zdobi jeszcze skał korony wierzchnie -
- Tysiąc tęczowych świateł po szczytach się goni,
- Tu zsinieje... tam ogniem zaświeci... znów zmierzchnie;
- A w dole na jeziora zamąconej toni
- Odbity blask zakrwawia drżących wód powierzchnię,
- Póki skrwawionej fali płaszcz mgły nie osłoni
- I ostatni rumieniec wieczoru nie pierzchnie.
- Wszystko zgasło... świat cały napełniony mrokiem...
- Granitowe olbrzymy majaczeją w dali -
- Rosną w bezmiar i kształt zmieniają przed okiem...
- Mgła pokryła przepaści szarym swym obłokiem
- I jezioro zniknęło... lecz słychać szum fali
- I z gór lecący potok wymowniej się żali...
IV
- Noc króluje - na głowę kładzie gwiazd dyjadem;
- Przez błękity przesiąka niepewna i drżąca
- Jasność jeszcze skrytego dla oczu miesiąca;
- Mgły ulatują w górę śnieżnych chmurek stadem.
- Wszystko topnieje w świetle niebieskiem i bladem,
- I ciemność nad otchłanią chwieje się wisząca,
- Księżyc przez skał szczelinę wstał nad wodospadem,
- Srebro leje i w przepaść wraz z falami strąca.
- z wolna cała kotlina z śpiących wód topielą
- Wynurza się. jak obraz czarodziejskiej księgi...
- Wybrzeża przeraźliwym odblaskiem się bielą.
- Jakby pokryte zmarłych śmiertelną pościelą;
- Czarne wody w płomienne rysują się pręgi,
- przypominając piekieł dantejskie okręgi.
V
- O wielki poemacie natury! któż może
- Iść w ślad za twych piękności natchnieniem wieczystem?
- Kto uchwyci poranku wzlatującą zorzę
- I zapali rumieńce na niebie gwiaździstem?
- Kto wyrzeźbi kamienne wodospadu łoże?
- Przemówi szumem fali, wichru dzikim świstem?
- Srebrne chmurki zawiesi w szafirów przestworze
- I odbije skał ostrza w wód zwierciadle czystem?
- O wielki poemacie! ciebie tylko można
- Odczuć i wielbić razem w drgnieniu serca skrytem,
- Gdy pijąc wszystkie blaski, źrenica pobożna
- W cichym zachwycie tryśnie źródłem łez obfitem,
- Gdy na skrzydłach tęsknoty - dusza leci trwożna
- I nakrywa się własnych marzeń swych błękitem.