Do Joachima Lelewela
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
| ←Improwizacja z powodu wysłania filaretów... | Wiersze filomackie Do Joachima Lelewela Adam Mickiewicz |
||
Bellorum causas et vitia, et modos
Ludumque Fortunae, gravesque
Principum amicitias, et arma...
Periculosae plenum opus aleae
Tractas, et incedis per ignes
Suppositos cineri doloso.
Horat. L. II. c. 1.
- O, długo modłom naszym będący na celu,
- Znowuż do nas koronny znidziesz LELEWELU!
- I znowu cię obstąpią pobratymcze tłumy,
- Abyś naprawiał serca, objaśniał rozumy.
- Nie ten, co wielkość całą gruntuje w dowcipie,
- Rad tylko, że swe imię szeroko rozsypie .
- I że barki księgarzom swymi pismy zgarbi:
- Nie taki ziomków serca na wieczność zaskarbi;
- Ale kto i wyższością sławy innych zaćmi,
- I sercem spółrodaka żyje między braćmi.
- LELEWELU, w oboim jak ci zrównać blasku?
- Szczęśliwyś i w przyjaciół, i w prawd wynalazku.
- Oto nad wiek młodziana przerosłeś niewiele,
- Tobie mędrszemu siwe zajrzą Matuzele;
- Imię twoje wybiegło za Chrobrego szranki,
- Między teutońskie sędzie i bystrzejsze Franki;
- A jak mocno w litewskim uwielbianyś gronie,
- Publicznie usta nasze wyznają i dłonie.
- Już długo z sal uczonych wracało na sucho
- Łakome, a przez ciebie znarowione ucho;
- Zacznij słynąc cudami dla uczniów natłoku,
- Coś je tylekroć sprawił w onegdajszym roku,
- Gdy twoim czarodziejskim użyciem sposobów
- Greckie i Rzymian cienie ruszałes spod grobów.
- Wstają z martwych, przechodzą na prawdy zwierciadła.
- Od czoła ich Plutona przyłbica odpadła
- I żelazne na piersiach łamią się pokrycia,
- W których myśli i chęci taili za życia.
- Oto mędrzec Fedona, to Persów zabierca:
- Patrzym w bezdenność myśli, w labirynt ich serca.
- Tam iskra światła, ówdzie nasiona potęgi,
- Gdy je zdarzeń pomyślnych wzmaga oddech tęgi,
- Iskra łunę roznieca, z nasionek wylęga
- Olbrzym dosięgający brzegów ziemiokręga.
- Tak dzielne genijusze panują nad światem;
- Teraźniejszość upada przed ich majestatem;
- Stworzenia, które kiedyś wyda przyszłość mętna,
- Niosą kolor ich blasku lub ich razów piętna.
- Ale równa jest wielkość, czy to światu władać,
- Czy skutki wielkiej władzy nad światem wybadać.
- Nieraz miasto w podziemną rozpadlinę gruchnie,
- Słońce kirem zachodzi, woda płomień buchnie;
- Nadarzeń się takowych mnogie żyją świadki,
- Przecież ich źródła dociec umie arcyrzadki;
- A na podobnej liczbie jeszcze gorzej zbywa,
- Co by, różnego wątek spajając ogniwa,
- Potrafili wybadać za rozsądku wodzą:
- Jak się z przyczyny wspólnej różne skutki rodzą,
- Jak podziemny wypadek morzem zakołata
- I niebieskiego sprawi zaburzenie świata.
- Z mniejszości postępujmy ustawnie do góry,
- Z martwej, przejdżmy w krainę żyjącej natury.
- Kędy ludzkość jest światem, żywiołami duchy,
- Jak śledzić przyczyn, związać następów łańcuchy?
- Tu zaćmi nieskończona różność widowiska,
- Tu po obcych świadectwach droga myśli śliska,
- A bóstwo Prawdy, skąpiąc nagiego promienia,
- Pełni swojej nie raczy ukazać spod cienia.
- Bo jej trudno dostrzeże, choć kto oczy wlepi;
- Od dzieciństwa jesteśmy długo na nię ślepi.
- Skoro zaczniem przezierać, że nie dosyć bystrze,
- Podejmują się obcy nam usłużyć mistrze;
- I szkła swojej roboty wsadzają na oko,
- Przez które widać szerzej i więcej głęboko.
- Ale jaką im barwę dał mistrz wynalazku,
- W takim wszystkie przedmioty okazują blasku.
- Stąd cudze malowidła, własne wzroku skazy,
- Omyłką na zewnętrzne przenosim obrazy.
- Człowieku, sługo wieczny! bo nie tylko zmysły,
- Ale i sądy twoje od drugich zawisły.
- Pierś dziecinną ojcowskie napełniają czucia,
- Gdyś młody, uciskają zwyczajów okucia.
- Nieraz myślisz, że zdanie urodziłeś z siebie,
- A ono jest wyssane w macierzystym chlebie;
- Albo nim nauczyciel poił ucho twoje,
- Zawżdy część własnej duszy mieszając w napoje.
- A tak, gdzie się obrócisz, z każdej wydasz stopy,
- Żeś znad Niemna, żeś Polak, mieszkaniec Europy.
- A słońce Prawdy wschodu nie zna i zachodu,
- Równie chętne każdego plemionom narodu,
- I dzień lubiące każdej rozszerzać ojczyźnie,
- Wszystkie ziemie i ludy poczyta za bliźnie.
- Stąd, kto się w przenajświętszych licach jej zacieka,
- Musi sobie zostawić czystą treśc człowieka,
- Zedrzeć wszystko, co obcej winien jest przysłudze,
- Własności okoliczne i posagi cudze.
- Ku takim pracom niebo dziejopisa woła.
- Odważają się liczni, ale któż wydoła?
- Tylko sam, komu rzadkim nadało się cudem
- Złączyć natchnienie boskie z ziemianina trudem,
- Nad burzę namiętności, interesu sieci,
- Z pomroków ducha czasu nad gwiazdy wyleci;
- Uważa, skąd dla ludów przyszła ryknie burza,
- Albo się pod otchłanie przeszłości zanurza;
- Grzebiąc zapadłe wieków odległych ciemnoty,
- Wykopuje z nich prawdy kruszec szczerozioty.
- LELEWELU! rzetelną każdy chlubę wyzna,
- Ze ciebie takim polska wydała ojczyzna.
- Na świętym dziejopisa jaśniejąc urzędzie,
- Wskazujesz nam, co było, co jest i co będzie.
- Pierwszy towarzyskiego widzim obraz stanu
- Od łożyska Eufratu po wieże Libanu.
- Na równiach nie dzielonych żadnymi przegrody:
- Tam naprzód w wielkie ciało zrosły się narody;
- Zaraz na karku onych ciemięzcy usiedli,
- Miasta wałem, a ludy łańcuchem obwiedli.
- Ówdzie między wysepki i morskie rękawy
- Drobny Greczyn urządzał pospolite sprawy,
- Ruchem do mirmidońskich podobny zwierzątek,
- Od których słusznie mniemał wyciągać początek.
- W cudzych osiada miastach, lecz je sam bogaci,
- Przychodnim bogom swojskie nadaje postaci;
- Dla nieznanych cór nieba pierwszy w jego rodzie
- Wystawiono Piękności kościół i Swobodzie.
- Tych natchnieniem Helenin gdy piersi zagrzewał,
- Walczył, rozprawiał, kochał, nauczał i śpiewał.
- Lecz już medańska szabla okrąża dokoła,
- Bałwanowi wschodniemu świat uchylił czoła,
- Trzaskiem samowładnego napędzona bicza
- Wali się od Kaukazu zgraja niewolnicza.
- Kserkses ludy podeptał, miasta porozwalał,
- Morza flotą zahaczył, lądy tłumem zalał;
- Wtem z małej chmurki greckiej gdy pioruny padną,
- Rozprysnęły się tłumy, floty poszły na dno.
- Zgubnego Europejczyk umknąwszy rozgromu,
- Poszedł Azyjanina nękać w jego domu,
- A na perskie węzgłowia upuściwszy skronie,
- Drzemał i na bok rzucił ordzewiałe bronie.
- Tak swobodnie sennego zabrali w łańcuchy,
- Wilcze Romula plemię, italskie pastuchy.
- Kłótliwi przez własne wyuczeni zwady,
- Jak gwałtem lub chytroscią wyniszczać sąsiady,
- Ustawni napastnicy, we chwilach pokoju
- Ramiona do nowego krzepili rozboju;
- Albo darli się z sobą, wtenczas tylko w zgodzie,
- Kiedy społem o cudzej przemyślali szkodzie.
- Lecz skoro zapaśnikom przeciwnych nie stało,
- Z otyłości próżniackiej coraz słabnie ciało.
- Rzym pastwi się nad światem, a tyran nad Rzymem,
- Świat rzymski obumarłym staje się olbrzymem.
- Któż w nieżyjących zwłokach nowy duch roznieci?
- Wy, ogniste spod lodów skandynawskich dzieci.
- Oto senijor pełnym odziany kirasem,
- Niosąc kopiją w toku, różaniec za pasem,
- Pobożności oddany, kochance i chwale,
- Pod dach gotycki ściąga na ucztę wasale.
- Damy wskazują wieńce, bardy w lutnie dzwonią,
- Młodzież kopije kruszą albo w pierścień gonią.
- Czulsze serce niż u nas biło im spod stali,
- Oni najpierwsi z niebios Miłość przywołali
- Serdeczną, i za dawnych nie cenioną wieków,
- U duchownych Hebreów i cielesnych Greków.
- Oni, kiedy praw słaba chwieje się budowa,
- Krzepili ją łańcuchem rycerskiego słowa.
- Aby naprawiać krzywdy, piękne zyskać względy,
- Ważyli się na puszcze i zamorskie błędy,
- Nowe herby z odległych przynosząc turniei
- Lub krwią kupując palmę męczeńską w Judei.
- Tymczasem na ich zamkach zasiadły opaty,
- Ksiądz cisnął się do celi, a mniszka za kraty;
- Na wystrzał bulli z tronów spadały korony,
- Rzym powtórnymi ziemię opasał ramiony.
- Aż królowie zadały przez pułkowe władze
- Śmierć domowym rozruchom i obcej przewadze.
- U ludów, gdzie społeczny gmach na pismach wsparty,
- Panów i sług powinność objaśniły karty.
- Takie na Albijońskim spisano ostrowie
- I takie Jagiellony dali nam królowie.
- Ale po innych władzach samowładna stopa
- Buntujące się panki zniżyła do chłopa.
- Hiszpańczyk dalej zrobił: od brzegów Gadesu
- Doścignał aż do światów nieznajomych kresu;
- Tam co rok z flotą chodzi, nowe skarby kopie
- I żelazami całej pogroził Europie.
- Naprzeciw chęciom jego inne pany dążą,
- To otwarcie nastają, to się milczkiem wiążą,
- Wzajem sobie nieufni, ustawnymi czaty,
- Dla własnych zysków cudzej łaknący intraty;
- Oko ich zawżdy czujne, broń wiecznie dobytą.
- Co jeden z rąk upuści, wnet dziesięciu chwyta.
- Jeśli nie miał zawadzić kędy ząb łakomy
- I sąsiednie pokojem zakwitnęły domy,
- Pokłócą w dzień mieszkańców, w nocy ogień kładną,
- Przybiegają ratować, i ratując kradna.
- Wszystkie ziemie i ludy za swe mając spadki,
- Rozdzielaja na przedaż, wiano albo datki;
- Raz jako napastnicy, znowu jak obrońce
- Czasem dla okrągłości cudze rwali końce.
- Taką w całej Europie szły koleją sprawy,
- Nim dojrzały w wulkanach nadsekwańskich lawy.
- Tam zadawniony ucisk, ponawiane skargi,
- Wieczne państwa świętego z doczesnym zatargi,
- Wyskoki głow myślących, zapały młodzików,
- Duma panów, rozkutych wściekłość niewolników;
- A jak ziemia, ciężarna sprzecznymi nasiony,
- Z potwornym niegdyś cielskiem rodziła Pytony,
- Tak z pomąconych chęci i myśli natłoku
- Rewolucyjny Gallów wylągłeś się smoku!
- Darmo go przemoc złamie iw piasek zagrzebie,
- Posiane kły - mścicieli odradzają z siebie.
- Kłótliwa wschodzi zgraja; w jednych chęć urasta
- Platoniczne po ziemi odbudować miasta;
- Drudzy skarbce do nowej znosili budowy,
- Żeby z nich potem własne poczynić obłowy.
- Gdy przeciwników szyję zgięli albo zsiekli,
- Poszli cudzą przelewać, własną krwią ociekli.
- Z gminowładnego wzleciał ptak cesarski gniazda,
- I krwawa legijonów zabłysnęła gwiazda;
- A choć teraz skruszone olbrzymy zachodnie,
- Jeszcze na ziemię krew ich może działać płodnie.
- Gdzież jestem, LELEWELU! jaka chęć uniosła
- Opiewać morza, których nie tknęły me wiosła?
- Poziomy płazik, orlej nabrawszy ochoty
- Uczone myśleń twoich naśladować loty!
- Wyręczaj mię, bo w polskim dziejopisów kole
- Wyniosły jesteśl stanąć mający na czole.
- Ty, co nie dozwoliłeś tylu księgom kłamać,
- Z samego kłamstwa prawdę umiejąc wyłamać,
- Znasz lepiej trudne twojej nauki ogromy,
- Słodkości jej owoców sam lepiej świadomy, -
- Głosem, którym okrzyki i przyklaski wzniecisz,
- Powiedz, jak tam zaszedłeś, skąd tak rano świecisz?
- Na wierzchy, gdzie parnaska trzyma cię opoka,
- Zwabiaj niższych łagodnym twego blaskiem oka.
- Niejedne już zyskałeś z godniejszych rąk wieńce,
- Nie gardź tym, jaki wdzięczni składają młodzieńce.
- I daruj, jeśli będziem chwalić się po światu,
- Że od Ciebie wzięliśmy na ten wieniec kwiatu.