Ze sztuki — śmieci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Wyspiański
Tytuł Ze sztuki — śmieci
Pochodzenie Wiersze, fragmenty dramatyczne, uwagi
Redaktor Wilhelm Feldman
Data wydania 1910
Wydawnictwo nakładem rodziny
Druk Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ZE SZTUKI — ŚMIECI.[1]

Szanowny Panie Redaktorze!

Cóż milszego nad nic nieznaczącą paplaninę; czyżbyś mi odmówił szpalt dziennika twego, Szanowny Panie Redaktorze? Wierzę, święcie wierzę, że dyssertacyę moją retoryczno-satyryczno-koziołkującą zamieścisz w całej rozciągłości, pisać bowiem zamierzyłem o sztuce, a pisanie o sztuce wyobrażam sobie jako koziołkowanie na drucie powieszonym nad wód błękitną tonią. O tak. Wszak to jasne i bardzo jasne, że niema nic milszego nad pisanie o rzeczach tak pisania godnych, jak „Sztuka“, o rzeczach tak do pisania giętkich, jak „Sztuka“, o rzeczach tak nigdy nie nudnych jak „Sztuka“. Któż pisząc o sztuce nie byłyby w stanie w końcu znaleźć siebie w tej plątaninie słów, wyrazów, rzeczowników, przymiotników, które tak jakoś same gonią jedno drugie i same się składają w jakąś całość, którą doskonale można uznać za „coś“ i której tylko brakuje pseudonizmu za podpis, aby pozaludzkie jej pochodzenie narzuciło ją ogółowi, który ma respekt dla druku.


JA W PAŁACU SZTUKI.

Oto wrażenie, przedewszystkiem wrażenie.
Wchodzę na wystawę, aha, zapomniałem rozpocząć, że wstałem około 9 rano, a raczej, że jeszcze śpiąc pół a pół marząc, około 8-ej, wyobrażałem sobie, że widok z okna mego pokoju (sąsiedniego sypialni) musi być cudowny wśród tych oparów rannych, ten ton kamienia szary i półmglisty i ten ruch (bo zapewne już był ruch o tej porze), ten więc ruch wzmagający się z każdą chwilą i te doróżki i te wózki i te i t. d.... Ale otóż wstałem, spojrzałem przez okno obok mego łóżka w sypialni, ale że spieszyłem się, więc nie pamiętam, co widziałem, potem ubierając się patrzyłem czas dłuższy przez okno przy biurku mojem w sąsiednim sypialni pokoju, ale również nie pamiętam co widziałem, potem poszedłem, a tak, potem zeszedłem na dół, mieszkam bowiem na piętrze, wyszedłem na ulicę, minąłem kilka ulic, rozumiesz Szanowny Redaktorze, że minąłem parę ulic i nie widziałem nic, patrzyłem bowiem w głąb duszy mojej i żądzy wrażeń, wrażeń, wrażeń, wrażeń.
Wstąpiłem do kawiarni. Śniadanie, parę gazet, jaknajwięcej gazet, jaknajszybciej, i dalej wybiegłem na ulicę i nie pamiętam czym co w kawiarni widział, chociaż być może, że widziałem coś, co już oglądałem na wystawach obrazów, o ile to malowano. Nie mogło więc być nic godniejszego uwagi, gdyż ja jestem wrażliwy, wrażliwy, wrażliwy — całkiem wrażliwy.
Potem biegłem na wystawę. Jak wchodzę, widzę, sala duża, wiele osób — jakaś pani z lornetką, jakiś pan w cylindrze, jakiś pan bez cylindra, jacyś młodzi panowie, jacyś starsi panowie, jeden pan z brodą, jedna pani w pelerynie, jakaś panienka, jakieś dziecko, zapewne z matką, albo z ciotką, tego oczywiście niewiem czy z matką czy z ciotką, bo cóż mnie to obchodzi — i obrazy — obrazy, ach obrazy.
Żyję tylko sztuką, ale pani tej nie pozwalam się opanować — o ile obraz oczy moje ciągnie, ani też Pani tej nie pozwalam ubliżać, o ile wydaje mi się, że obraz oczu moich nie ciągnie. Ach bo wobec sztuki, tej wielkiej Sztuki, zrozumiesz Szan. Panie Redaktorze, muszę mieć to drżenie kwiatów wiosennych wobec deszczu zapowiadanego zefirem, drżenie zefiru wobec tego faktu, że wypada mu potrącać wpółsenne kwiatów okiście, koniecznie wpółsenne, chociaż lepiej byłoby może rozbudzone i koniecznie okiście, chociaż możnaby napisać listowie, ale to już pozostawiam Twojej decyzyi, Szanowny Panie Redaktorze. Ach, więc o czemże to pisałem. Aha, obrazy! Tak, obrazy.
Rzeczywiście stanąłem pod obrazami. To jest, stanąłem przed jednym obrazem, potem stanąłem pod drugim obrazem, potem stanąłem pod trzecim obrazem.
I co powiesz, Szanowny Panie Redaktorze?
Co za wrażenie?!
Oto stoję, stoję i nic.
Tak jest: NIC.
Natychmiast przypomniałem sobie, że takiegoż samego wrażenia doznałem, kiedy po raz pierwszy ujrzałem lokomotywę. Jest to niejako zasadnicze moje wrażenie. Później dopiero przychodzi refleksya i ta już mąci mój sąd.
Ale ten pierwszy moment momentalny, ten podtrzymuje życie moje i jego szarość, ten mnie upaja, ten mnie olśniewa, ten mnie unosi.
Stoję i — — — NIC.
Chciałbym co przesyłać o tych obrazach. Chciałbym usłyszeć co mówią, co mówią — i chciałbym w ocenie ich z mojem porównać wrażeniem.
Chociaż nie powinienem tego czynić, bo wszak powinienem moje wrażenie „vierge“ utrzymać, ale ot trzeba coś mówić, coś mówić, a mówić można tylko to, co się mówi. —
Przyjm Szanowny Panie Redaktorze wyrazy mego najgłębszego szacunku.

Inexprimable.



Przypisy

  1. Drukowane w „Krytyce“ zesz. III. 1908 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Wyspiański.