Zaklęty Dwór/II/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Na dworze ciemna, głucha noc.

Niebo czarnym, zasnuło się całunem, ani jeden srebrny promyczek nie spływa z góry, a jakieś duszne, parne, ołowiane powietrze owionęło ziemię. I dziwnie jakoś straszno i złowrogo w pobliżu Zaklętego Dworu. Nietoperze jak czarne, skrzydlate muchy uwijają się dokoła, sowy i puchacze z dzikim krzykiem odzywają się w zawalonych na pół oficynach, a snadź przeczuwając słotę, lękają się wylecieć z bezpiecznego ukrycia i wrzeszczą z głodu coraz przeraźliwiej.

W chacie starego klucznika słabe łyska światełko, ale wewnątrz głucha, grobowa zdaje się panować cisza.

Nagle rozwarły się drzwi od sieni, a w progu ukazały się dwie osoby.

— Będzie słota, mój ojcze — ozwał się dźwięczny i słodki głos kobiecy.

— Nic nie szkodzi! On przybędzie — ozwał się silny głos męski, głos naszego znajomego maziarza.

— Więc idziesz, ojcze? — zapytała nieco trwożliwie dziewczyna, nieochybnie nasza piękna, jasnowłosa Jadwiga.

Maziarz podniósł w górę trzymaną w ręku latarkę, a przy blasku jej światła dziwnie fantastycznie zarysowała się jego postać.

Był ubrany jak wczoraj na wysepce, tylko jeszcze długi czarny płaszcz wisiał mu niedbale na ramionach. Ponure, surowe jego rysy nosiły w tej chwili wyraz jakiegoś głębokiego rozmarzenia, tylko oczy migotały zawsze tym dzikim, niespokojnym, tajemniczym blaskiem.

— Ulewa nie spadnie tak prędko — szepnął na zapytanie córki, rozglądając się dokoła — przyprowadzę ci gościa jeszcze przed deszczem.

— Więc ja go koniecznie muszę widzieć tak późno?

— Wiem, że byś mi nie przebaczyła, gdybym go sam tylko przyjął.

— Mój ojcze... — szepnęła dziewczyna skonfundowana.

Maziarz pochwycił ją nagle w swe ramiona i przyciskając do piersi ucałował i ściskał milcząc jej śliczną, jasnowłosą główkę.

— Do widzenia, moje dziecię — szepnął nareszcie. — Za pół godziny przybędzie nas dwóch!

Dziewczę wzdrygnęło się z lekka.

— Nie wiem, co mi jest, ale boję się dziś czegoś zostać samą.

— Dzieckoś — odparł prędko maziarz. — Całe dnie i noce przepędzałaś sama bez trwogi, a dziś lękasz się pół godziny.

I jeszcze raz pocałował ją w czoło, a potem z lekka wepchnął do sieni.

— Zamknij się, moja duszko, i oczekuj nas bez troski.

I połę płaszcza po bandycku zarzucił na ramię, poskoczył z progu i z pośpiechem pomknął ku furtce ogrodowej.

Dziewczę znikło w sieniach, a za przymkniętymi drzwiami żelazna zaskrzypiała zasuwa.

Prawie w tejże samej chwili zatrzeszczała laskowa brama, a na jej szczycie zarysowała się śród ciemności jakaś postać ludzka. Lekka błyskawica mignęła w tej chwili na dalekim zachodzie nieba, a przy jej blasku poznać złowrogie rysy Mykity Ołańczuka!

Siedział na szczycie bramy i pilnie rozglądał się na wszystkie strony. Nagłe w cichy, przytłumiony, a mimo to strasznie jakoś dziki wybuchł śmiech.

— Psy się ani ruszą! — szepnął. — Wronie oko skutkowało! Złodziej Żyd tak długo mi odmawiał tej odrobiny trutki! — dodał jakby z żalem ukrytym. I zręcznie i zwinnie w jednym mgnieniu oka zsunął się na dół.

Sięgnął za pazuchę, a w ręku długi błysnął mu nóż.

— No, Kostiu Buliju — mruknął półgłosem — porachujemy się raz z sobą! Kogut już zapiał, twój diabeł ci nie pomoże, psij synu!

I nędznik zgrzytnął zębami jak głodny wilk na widok zdobyczy.

Nagle drgnął i niespokojnie obejrzał się dokoła.

— Będzie słota — mruknął — a jam już potruł psy i nie mogę odwlekać dłużej!

— Cicho, głucho — poszepnął uspokojony po krótkiej chwili. — Słota nie nadejdzie i za godzinę! Mam czas!

Wstrząsł się i rzucił z ramion jakiś spory ciężar.

Był to pęk silnych kołów bukowych i gruby powróz z lipowego łyka. Chyłkiem na palcach postąpił ku chacie, koły przyparł pod ścianę, a z łykiem posunął się ku drzwiom. Zasilił powróz wokoło żelaznej klamki, a potem odstąpił szybko i przywiązał go mocno do grubego jesiona, co piął się o kilka kroków od chaty.

— Teraz niech sobie z wewnątrz otworzy drzwi — mruknął nędznik i uśmiechnął się zadowolony, a potem prędko pochwycił za koły i postąpił pod okno.

— Jest w domu — mruknął widząc, że światło przebija się zza okiennic.

I znów w ów głuchy, przytłumiony wybuchł śmiech.

— Poprzebijałeś sobie okiennice, aby cię nikt nie podejrzał, jak z upiorem i diabłem wchodzisz w konszachty. Poczekaj no, bratku!

I wtykając kół silnie w ziemię, przyparł go silnie do okiennic.

— Teraz ją sobie otwórz! — poszepnął z dzikim szyderstwem.

I to samo powtórzył przy dwóch dalszych oknach chaty.

Potem przystanął i odetchnął ciężko.

— Diabeł mu nie pomoże, bo już po północy, a ucieknąć mi nie ucieknie!

I sięgnąwszy za pazuchę, szastnął nagle po swej odzieży, a w ręku zajęło mu się kilka zapałek.

Przeczekał spokojnie, aż zgorzała siarka, a potem przytknął zapałki do sporego pęku wyjętych z kieszeni kłaków i wszystko razem rzucił na dach chaty...

— Nareszcie zapłacę ci, stary zbóju, za moich sto kijów i moje doby zmarnowane! — rzekł głośniej i nowy rozżarzywszy ogień rzucił na dach przyległej stodoły.

A potem kapelusz głęboko zasunął na czoło i jak strzała pomknął ku bramie. Wydrapawszy się zwinnie jak kot na szczyt bramy, rzucił jeszcze raz okiem poza siebie, a na widok jasnych płomieni, wybuchających z wolna na dachu, na nowo dzikim zawył śmiechem i skoczył na drugą stronę.

Znamy przyczynę, dla której Mykita Ołańczuk tak zaciekłą dla starego kozaka żywił nienawiść.

Dla zuchwałego oporu i targnięcia się na starościca poniósł on za surową, może nawet za okrutną i nieludzką karę. Starościc w pierwszym wybuchu swej gwałtowności nie umiał się powściągnąć, a nim jeszcze wyrzekł słowo, już gorliwi słudzy spełniali jego rozkazy.

Mykita Ołańczuk należał do tych dzikich, zaciekłych natur, których nieprzebłagana nienawiść i mściwość stopniuje się tylko upływem czasu, a kończy się z życiem samym. Pokrzywdzony rzeczywiście przez starościca, zakipiał srogą ku niemu złością, a daremne skargi i procesa, jako też wynikła stąd nędza i ubóstwo podsycały, rozżarzały tym więcej pierwotną żądzę zemsty.

Ołańczuk przysiągł sobie, jak mówił, „nie darować swego” i trwał zawzięcie w swym postanowieniu. Śmierć starościca nie uśmierzyła, a nawet nie złagodziła jego zaciekłej złości. Przeniósł ją tylko w całej pełni na Kostia Bulija, ślepego wykonawcę okrutnej woli nieboszczyka. W starym kozaku nienawidził w jednej osobie niesłusznego sędziego i zanadto gorliwego kata. A każdy rok nowy utwierdzał go tylko w tej nienawiści, która w końcu doszła do jakiegoś delirycznego zapomnienia, do szalonej, nieprzytomnej zaciekłości.

Napróbowawszy się na próżno zaspokoić swą dziką żądzę zemsty legalnymi środkami, zaniechał zniechęcony dalszych skarg i procesów i nie wzdragał się już dłużej przed zbrodnią samą. Ogień u naszego ludu prostego jest, niestety, najzwyczajniejszą, a prawie jedyną bronią zemsty, podpalenie najpowszechniejszą, najczęstszą po złodziejstwie zbrodnią.

— Puszczę cię z dymem! — grozi za lada drobnostkę najbliższy sąsiad sąsiadowi. A jak często pogróżka taka w okrutny spełnia się czyn!

Toteż i Mykita Ołańczuk postanowił podpalić Kostia Bulija. Wierząc jednak, że Kost' Bulij zostaje w tajemniczych związkach z nieboszczykiem starościcem, a nawet z diabłem samym, poczytywał ten rodzaj zemsty za niedostateczny.

— Diabeł mu chatę duchem odbuduje, ale od śmierci go nie ocali, bo nad śmiercią sam Pan Bóg tylko ma prawo — rozumował w swej grubej, ciemnej zabobonności.

I po krótkiej walce z samym sobą postanowił dybać wprost na życie nieprzyjaciela i podpalić w taki sposób chatę, aby on sam znalazł śmierć w płomieniach.

Widzieliśmy, jak zmyślne i okrutne porobił do tego przygotowania. Dniem jeszcze naprzód usunął największą przeszkodę, czujność psów.

Wałęsając się po całej okolicy, poznał w pobliskim miasteczku jakiegoś osławionego Żyda, przechowywacza kradzieży, a pod pozorem, że do wielce zyskownej przysposabia się wyprawy, wyłudził od niego truciznę na oba czujne i wierne psy.

Dokonawszy teraz zbrodni, uciekał co tchu przez pola i łąki. W znacznym oddaleniu przystanął na chwilę i obejrzał się poza siebie. Dom i stodoła stały w jasnych płomieniach.

Zbrodniarz dziko łyśnął oczyma.

— Zaczyna się grzać, nieboraczek — mruknął z okrutnym zadowoleniem.

W tej chwili w przyległych Buczałach ponuro i donośnie zagrzmiały dzwony.

Zbrodniarz przeżegnał się skwapliwie.

— Już biją na gwałt — poszepnął po chwili. — Tak prędko się spostrzegli...

— Nic nie szkodzi — pocieszał się po krótkiej pauzie — przybędą za późno.

I nie obzierając się jął, jakby gnany furią, uciekać dalej.

Nędznik ani się domyślał, że ohydna jego żądza zemsty zupełnie obcą wybrała sobie ofiarę, okrutna zbrodnia nad cale niewinną zawisła głową.

W blado oświetlonej chacie siedziała Jadzia w kącie przy ścianie, głowę wsparła na śnieżnej dłoni, a myślom snadź wolny puściła obieg, bo w jej na pół przymrużonych oczach i koło ust różanych malował się jakiś błogi, swobodny uśmiech. Dziewczę roiło o przyszłym szczęściu, stawiało zamki na lodzie, cieszyło się tęczowymi barwy baniek mydlanych.

Naraz znikł uśmiech, a twarz i oczy jakiś poważny i tęskny przybrały wyraz. Dziewczę widocznie z marzeń na przyszłość wpadło w wspomnienia i wrażenia przeszłości. Przypominała sobie ten domek i tę kuźnię w małym odległym miasteczku, gdzie upłynęły pierwsze lata jej dziecięcego wieku. Stanęła jej żywo przed oczyma ta matka nieboszczka, której pieszczoty tak żywo tkwiły jej w pamięci, choć minęły tak dawno, a trwały tak krótko.

Dziewczę westchnęło żałośnie.

Nie wiedzieć dlaczego wszystkie późniejsze chwile, przebyte w szczęściu i dostatkach, nie miały dla niej tyle uroku, co te rzewne wspomnienia pierwszych pieszczot macierzyńskich.

— Biedna matka — szepnęła z westchnieniem — umarła nie widziawszy mnie więcej!...

I gorąca łza zakręciła się w jej cudnym oku.

A tuż odżył w pamięci i ów kowal, ojczym ponury, zamyślony, który choć niemiłymi patrzył na nią oczyma, nigdy najmniejszej nie wyrządził jej krzywdy.

— On żyje zapewne do tej chwili! — poszepnęła dziewczyna, a główkę w głębokim zamyśleniu pochyliła na piersi.

— Dlaczegoż muszę być tak obojętną mężowi mej matki? — zagadnęła się po chwili. — Dlaczegoż matka moja nie mogła nigdy zgłosić się do mnie za życia?

I na próżno zaczęła zaciekać się nad głęboką tajemnicą, która osłaniała jej urodzenie. Do tej chwili nie wiedziała nawet, jakie właściwie nosiła nazwisko. Ojciec wtajemniczył ją w swoje plany, swoje zamiary, ale nigdy nie wyjawił swego imienia. Dlaczegoż jej druga, przybrana matka, ta zacna, dobra pani Tączewska, nie umiała o nim powiedzieć nic więcej, jak tylko, że był największym przyjacielem nieboszczyka starościca, Mikołaja Żwirskiego!

A ileż za to nagadała się jej staruszka o tym starościcu, swym wychowanku, który obok najburzliwszej gwałtowności, najniesforniejszego uporu łączył najlepsze serce, najszlachetniejszy charakter!

A i ten wierny, pełen poświęcenia kozak Kost' Bulij wspominał zawsze z taką czcią, z takim uwielbieniem nieboszczyka starościca, że nigdy nie mógł na większą pochwałę zdobyć się dla jej ojca, jak tylko, „że był przyjacielem jego nieboszczyka pana”.

— Obadwaj byli jak jedna dusza i jedno ciało — mawiał stary kozak.

I dla tej jednej przyczyny gotów był w każdej chwili dla jej ojca do najwyższego posunąć się poświęcenia, dla tej przyczyny dzielił z nim najsroższe niebezpieczeństwa, narażał bez wahania wolność i życie, oddawał się ślepo duszą i ciałem jego daleko sięgającym zamiarom.

A te zamiary miałyż urzeczywistnić się pomyślnie?...

Gdyby się wykryły przed czasem albo rozbiły nieprzyjaźnie?...

Na tę myśl zimny dreszcz wstrząs! dziewczynę od stóp do głowy; nie śmiała się nawet zastanawiać dłużej nad tym i z największym natężeniem siliła się nadać inny zwrot, inny bieg swym rozbudzonym marzeniom.

I mimowolnie Juliusz nasunął jej się przed oczy. Miała go widzieć dzisiaj, miała z nim mówić swobodnie, miała nawet przyczynić się jakoś do wybawienia go od groźnego ciosu.

Ojciec mówił coś o poświęceniu, o oddaniu ręki... zapytywał ją w tak dziwny sposób, mówił o młodzieńcu z takim jakimś szczególnym wyrazem i naciskiem!

Młoda dziewczyna zasnuwała się w coraz szersze i gęstsze pasmo najróżniejszych domniemywań.

A myśl jej płynęła tak swobodnie, tak lekko, tak różne potrząsała struny uczucia, tak jakiś luby budziła urok, że oddawała jej się coraz bezoporniej i niejako wbrew własnej woli i wiedzy przenosiła się w jakiś stan obcy, w jakąś inną, pełną najcudniejszej ułudy sferę.

Oczka jej zmrużyły się do reszty, główka dalej pochyliła się na piersi. Jakiś blask różany owionął ją dokoła, jakieś nieokreślone nadziemskie tony i akordy łudziły ucho, anioł w srebrzystej szacie ukazał się nad jej głową i rozpostarł skrzydła swe nad jej marzeniami niewinnymi...

Dziewczę usnęło...

A właśnie w tej chwili zaciekły zbrodniarz dokonał swego okrutnego zamachu, a podłożony ogień płomienistym językiem wystrzelił do góry i coraz szersze zakreślał koło. Niebo chmurne i zagniewane spoglądało z swej wyżyny, a jakby w zawody z wybuchającym na dole płomieniem, zaczęło nagle coraz częstszymi rozjaśniać się błyskawicami.

A dziewczę drzemało spokojnie, uroczymi a niewinnymi ukołysane marzeniami. Zdało jej się, że Juliusz stoi przed nią, w oczach jego lśniły łzy, usta drżały z rozrzewnienia... Coś mówił do niej wzruszonym głosem i wyciągnął rękę nieśmiałą... Ona chciała odpowiedzieć... serce jej biło gwałtownie... twarz płomieniała... a nie miała siły rękę swą podnieść do ręki młodzieńca... Aż nagle zbliżył się ojciec z promieniejącą od radości twarzą, własnymi dłońmi złączył ich ręce... chciał coś przemówić...

Ale wtem cudny obraz rozwiał się jak zaczarowany, jakiś dziwny, chaotyczny nieład powstał dokoła, duszne, ołowiane powietrze spadło jej na piersi, jakieś czarne, okropne, złowrogie mary powstawały jedna po drugiej... i tuż nagle jakiś potwór ohydny. wyrósł z ziemi przed jej oczyma i wyciągnął ku niej straszne, monstrualne, błoną niedoperza spojone szpony i rozwarł paszcz ziejącą krwią i ogniem.

Piekielny przestrach ogarnął dziewczynę, włosy najeżyły jej się na głowie, zimny dreszcz przenikał ją od stóp do głowy, krew zatrzymywała się w biegu, a oddech urywał w krtani. Zbierając wszystkie swe siły, rzuciła się dziewczyna gwałtownie i wydała przeraźliwy wykrzyk.

I ocknęła się ze snu nareszcie.

Rozpierzchły się okropne mary i widziadła, ale został ów nieświadomy przestrach piekielny i owo straszne, ołowiane powietrze tłoczyło piersi jak we śnie.

Porwała się szybko z siedzenia i przetarła oczy, i nowy, przeraźliwszy jeszcze wydała wykrzyk przestrachu i zgrozy. Izbę napełniała ciemność nieprzebita, gorąca gąszcz dymu paliła piersi, wierciła oczy, a nad głową rozlegał się jakiś dziwny złowrogi szelest, jakiś przerażający powiew wiatru, jak gdyby stado puchaczów i niedoperzów trzepotało bezustannie skrzydłami.

— Wielki Boże!... — Co to jest, co to znaczy? — krzyknęła dziewczyna.

I jeszcze raz rzuciła sobą gwałtownie i potarła oczy, jak gdyby nie wierzyła sama sobie, że ocknęła się z swego snu okropnego.

— O, nie! Ja nie śpię, ja czuwam! — krzyknęła na pół nieżywa z przestrachu.

Nad głową tymczasem coraz, bliżej i głośniej odzywał się ów straszny szum — szum falujących płomieni, a od pory do pory z przerażającym łomotem trzeszczały palące się belki i krokwie.

Dziewczyna poskoczyła do okna.

— To ogień, to pożar, wielki Boże! — krzyknęła i upadła na kolana.

Gorąca gąszcz dymu wzmagała się coraz bardziej.

Jadwiga nie mogła odetchnąć, okropny zakrztusił ją kaszel, a w głowie zakręciło się jak w kołowrocie.

— Ratunku! pomocy! — wyjęknęła śród kaszlu.

Ale któż ją mógł usłyszeć?

Maziarz w lipowej ulicy pod Buczałami oczekiwał Juliusza, Kost' Bulij wybrał się wczoraj w dalszą jakąś podróż, a groza sąsiedztwa Zaklętego Dworu odstraszała z daleka każdego przechodnia.

Krótką chwilkę leżała Jadwiga bezprzytomnie na kolanach. Nagle nadludzką kupiąc w sobie siłę porwała się na nogi i uderzyła pięścią w okno. Krew trysnęła z śnieżnej rączki, ale okiennica oparła się uderzeniu. Wszakże przez wyrżniętą w niej w kształcie serca dziurę wionęło powietrze z zewnątrz.

Dziewczę odetchnęło i z największym wytężeniem odsunęła zasuwkę od okiennicy. Ale podparta z drugiej strony okiennica trzymała się jak przykuta.

— Ratunku! Pomocy!... — zawołała dziewczyna trochę głośniej.

Ale cicho było na dworze, tylko nad jej głową huczało i trzeszczało coraz okropniej.

— Ratunku! pomocy!... — powtórzyła dziewczyna z dziką, obłąkaną rozpaczą.

Okropny łomot walących się krokwi odpowiedział na jej wołanie. Jadwiga znowu bezsilnie padła na kolana i znowu straszny zakrztusił ją kaszel.

— Śmierć! Umierać!... — wyjęknęła.

I znowu jakby jakaś nadziemska wstąpiła w nią siła: porwała się prędko, rozdarła z gwałtownym wysileniem, suknię na swych duszących się piersiach i poskoczyła do drugiego okna. I w mgnieniu oka skrwawioną rączką drugą rozbiła szybę, odsunęła zasuwę od okiennic i całą siłą próbowała wyłamać się na dwór... Zdało się jej, że okiennica ugina się pod jej naciskiem... że jedno tylko mgnienie oka, a uratuje się szczęśliwie... ale wtem okropnie coś zapiekło ją w głowę. Właśnie tuż nad oknem przepaliła się powała, a płomienny język wdarł się do środka i wił się na wszystkie strony jak żądło gadziny... Dziewczyna jęknęła okropnie... Dzika rozpacz i zgroza ostatnie wstrzęsła w niej siły. Jednym susem poskoczyła do pierwszego okna i całą mocą uderzyła w przypartą okiennicę... Wtem znowu okropnie zahuczało, zatrzeszczało i załomotało nad jej głową. Nieszczęśliwej zdawało się, że śród tego huku i grzmotu rozległ się jakiś donośny krzyk pomieszanych głosów ludzkich... Pocisnęła jeszcze raz okiennicę... I owa okrutna zapora ustąpiła z głuchym trzaskiem...

Ale tuż okropny rozległ się grzmot, straszny blask oślepił jej na wierzch z przestrachu wysadzone oczy... a przez otwarte okno buchnęły zewsząd płomienie.

Dziewczyna wydała rozdzierający wykrzyk... bezsilnie zatoczyła się w tył... jeszcze jeden urywany jęk wyniknął się z jej piersi... chciała coś wyszeptać... ale już wszelkie opuściły ją siły... padła na ziemię bez ducha.

A tu znowu okropny rozległ się grzmot, a płomienie z wszystkich stron buchnęły do środka!...