Z Moskwy do Irkutska/Cz.1/01

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Z Moskwy do Irkutska • Część I. Rozdział I. • Juliusz Verne Rozdział II
Z Moskwy do Irkutska
Część I. Rozdział I.
Juliusz Verne
Rozdział II

Uwaga! Tekst niniejszy w języku polskim został opublikowany w latach 1876-77.
Stosowane słownictwo i ortografia pochodzą z tej epoki, prosimy nie nanosić poprawek niezgodnych ze źródłem!


'Michael Strogoff' by Jules Férat 03.jpg


Uroczystość w Pałacu.


Jenerale, nowa depesza.

– Zkąd?

– Z Tomska.

– Czy komunikacya z tem miastem przecięta?

– Tak jenerale, od wczoraj.

– Co godzina posyłać telegram do Tomska, i mnie dokładnie o wszystkiem uwiadamiać.

– Dobrze jenerale – odparł pułkownik K*.

Wyrazy te zamienione zostały o godzinie 2-ej rano, kiedy uroczystość dochodziła swego najwyższego blasku.

W czasie wieczoru, muzyka pułku Preobrażeńskiego i Pawłowskiego nieustannie wykonywała najpiękniejsze polki, mazury i walce. Pary tancerzy i tancerek snuły się po wytwornych salonach pałacu, stojącego zaledwo w odaleniu kilku kroków od „starego kamiennego domu” gdzie tyle strasznych dramatów odbywało się niegdyś, a echa których rozbudziły się właśnie tej nocy, głusząc motywa kadrylów.

Było w tem coś olśniewającego.

Wielki salon, najwspanialszy ze wszystkich w tym pałacu, służył orszakowi dostojników i kobiet pysznie strojnych, za odpowiednią oprawę ich wspaniałości. Bogate złocone sklepienie, ręką czasu nadwerężone, zdało się gwiazdzistem oświetleniem. Złotogłowia portyer i firanek, spadające w ciężkich fałdach, mieniły się jaskrawemi barwy, łamiąc się gwałtownie na rogach ciężkiej materyi.

Przez szyby wielkich obłąkowatych okien, światło salonów lekko przyćmione zasłonami, wydawało się na zewnątrz jakoby odbiciem pożaru, tworząc żywe przeciwstawienie z ciemnościami nocy, otaczającemi ten pałac błyszczący. Sprzeczność ta zajmowała uwagę osób nie tańczących. Umieściwszy się w framugach okien, mogli dojrzeć kilka dzwonów, rysujących się niepewnie wśród cieniów. Pod rzeźbionymi balkonami, przechadzały się liczne, milczące, z karabinem na ramieniu placówki, których spiczaste szyszaki zdawały się zakończone kitą o zapince płomiennej, od blasku świateł na zewnątrz wychodzących. Słyszeli także kroki patroli, wybijających takt na płytach kamiennych, dokładniej może, niż nogi tancerzy na posadzce salonów. Od czasu do czasu warta powtarzała hasło, czasami zaś trąbka na apel mięszając się z dźwiękami orkiestry, łączyła swe czyste tony do harmonii ogólnej.

Niżej jeszcze, przed fasadą, ciemne massy rysowały się na wielkich ostrokręgach światła, wychodzącego z okien pałacu. Były to statki na rzece, której wody oświetlone drgającym płomieniem kilku latarni okrętowych, obmywały pierwsze podmurowania tarasów.

Główny bohater balu, to jest wydający tę uroczystość, którego pułkownik K* tytułował jenerałem, był po prostu ubranym w mundur gwardyjski strzelców. Nie była to przesada, ale przyzwyczajenie człowieka obojętnego na przepych i pozór. Ubiór więc jego tworzył żywą sprzeczność z wytwornymi kostyumami, snującymi się wokoło niego.

Postać ta wysoka, twarzy przyjemnej i spokojnej, jednak z chmurą zamyślenia na czole, przechodziła kolejno od jednej do drugiej gruppy, ale mówiła mało, a nawet zdawała się nie wiele zwracać uwagi tak na wesołe dowcipy zaproszonej młodzieży, jako też na słowa poważniejsze wysokich dygnitarzy lub członków ciała dyplomatycznego Europy. Dwóch czy trzech z tych biegłych polityków- – fizyognomistów z urzędu – zauważyło na twarzy gospodarza, pewien objaw niepokoju. Przyczyny jego nie mogli odgadnąć, ale żaden nie odważył się zapytać. W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że oficer gwardyi tajemnicą swą nie chciał zakłócać uroczystości. Ożywienie i wesołość balu ani na chwilę nie zbladły.

Jednakże pułkownik K*, odawca depeszy z Tomska, czekał na rozkaz odalenia się, a oficer nie przerywał milczenia. Wziął telegram, przeczytał, czoło jego więcej się jeszcze zachmurzyło. Nawet mimowolnie chwycił za rękojeść szpady, potem oczy zasłonił na chwilę. Możnaby sądzić że blask światła go raził, i że szukał ciemności aby mógł lepiej w samego siebie spojrzeć.

– Tak więc – powiedział, odprowadziwszy pułkownika do framugi okna – od wczoraj nie mamy żadnych wiadomości.

– Żadnych, i należy się lękać, że wkrótce depesze nie będą mogły już przebyć granicy syberyjskiej.

– Ale wojska z Amuru i Irkutska, jako też z Zabajkalia, otrzymały rozkaz natychmiastowego wymarszu.

– Rozkaz ten wyprawiony ostatnim telegramem jaki mogliśmy przesłać za jezioro Bajkalskie.

– Czy z zarządami Jenissejska, Omska, Semipałatyńska i Tobolska, wciąż jesteśmy w bezpośredniej komunikacyi, od chwili wkroczenia?

– Tak jenerale, nasze depesze dochodzą ich, a obecnie mamy pewność, że tatarzy nie posunęli się za Irtysz i Obi.

– Milczeć o tem wszystkiem!

Poczem skłoniwszy się głęboko, pułkownik zniknął w tłumie i wkrótce opuścił salony bez zwrócenia na to niczyjej uwagi.

Oficer zaś stał chwilę zamyślony, potem zbliżał się do rozmaitych towarzystw, zebranych w kilku punktach salonu, i wtedy twarz jego znów wyrażała najzupełniejszy spokój.

Jednakże ważne wypadki w skutek których odbywała się powyższa rozmowa., nie były tak zupełnie nieznanemi, jak sądził oficer gwardyjski i pułkownik K*. Nie mówiono o tem urzędownie, to prawda, ale kilku dygnitarzy wiedziało mniej więcej dokładnie o wypadkach. W każdym razie, o tem czego się może zaledwo domyślano, a o czem nie mówiono wcale, nawet w ciele dyplomatycznem, rozmawiało dwóch z gości, nie odznaczających się ani mundurem, ani orderem żadnym na, a zdający się mieć wiadomości dosyć dokładne.

Jeden z tych ludzi był Anglikiem, drugi Francuzem; obydwaj szczupli, wysokiego wzrostu, jeden brunet, jako południowiec z Prowancyi, ­ – drugi rudy jak prawdziwy gentleman z Lancashire. Anglo-Norman, sztywny, zimny, powolny, oszczędny w ruchach i słowach, zdawał się mówić i rozprawiać tylko pod naciskiem sprężyny, w równych przestankach działającej. Francuz przeciwnie, żywy, ruchliwy, jednocześnie mówił ustami, wzrokiem, rękami, posiadający dwadzieścia sposobów odmalowania swej myśli, kiedy tymczasem jego słuchacz zdawał się mieć tylko jeden wyraz niezmiennie wystereotypowany w mózgu.

Te ich sprzeczności fizyczne byłyby uderzyły najnędzniejszego w świecie fizyonomistę; badacz zaś popatrzywszy z bliska na dwóch cudzoziemców, byłby określił w krótkości tę ich sprzeczność słowami: że Francuz „cały był wzrokiem” Anglik „cały uchem”.

W istocie przyrząd optyczny jednego z nich w skutek częstego użycia., szczególniej był udoskonalonym. Czułość i ruchliwość jego błonki ocznej, wyrównywała czułości jednego z tych czarodziejów, rozpoznających kartę, w krótkiej chwili zbierania, albo poprostu z ułożenia kratki niedostrzegalnej dla innych oczów. Francuz ten posiadał więc w najwyższym stopniu dar tak zwanej „pamięci ocznej”

Anglik przeciwnie, zdawał się wyłącznie stworzonym do słyszenia i słuchania. Skoro jego organ słuchu uderzony został jakim dźwiękiem, niezapominał go więcej i w dziesięć, dwadzieścia lat poznał go wśród tysiąca.

Uszy jego nie posiadały, ma się rozumieć, zdolności poruszania się jak uszy zwierząt opatrzone trąbkami słuchowemi; ale ponieważ uczeni zawyrokowali, że uszy ludzkie są „prawie” nieruchome; możnaby twierdzić że uszy naszego Anglika, prostując się, skręcając w prawo i lewo, usiłowały pochwycić dźwięki zaledwo dosłyszalne.

Tutaj należy powiedzieć, że ta doskonałość wzroku i słuchu u tych dwóch ludzi, służyła im wybornie, bo Anglik był korespondentem Daily Telegraph, Francuz zaś korrespondentem… Jakiego dziennika lub jakich dzienników, nie mówił nigdy, a skoro go pytano odpowiadał żartobliwie, że korespondował ze swoją „kuzynką Magdaleną”. W gruncie, Francuz ten pozornie tak lekki, był bardzo przebiegłym i bystrym. Rozprawiając na wszystkie strony, być może dla pokrycia swej chęci dowiedzenia się czegoś, nigdy się nie zdradzał. Sama jego gadatliwość służyła mu doskonale, był on prawdopodobnie więcej milczący i skryty od swego kolegi z Daily Telegraph.

Jeżeli uczestniczyli na balu w nocy z 15 na 16 Lipca, uczestniczyli jako dziennikarze dla tem większego zbudowania czytelników.

Zbytecznem byłoby mówić, te ludzie ci namiętnie kochali swoje powołanie, rzucali się ze zręcznością łasicy, na nowiny najmniej przewidziane, żadna przeszkoda nie była zdolną ich przerazić, posiadali niezmiernie zimną krew i rzeczywistą odwagę ludzi swego fachu. Prawdziwi łowcy polujący na wiadomości, przeskakiwali płoty, przebywali rzeki, przesadzali zapory z nieporównanym ogniem biegunów czystej krwi, co chcą stanąć „pierwszym” lub „zginąć”.

Dzienniki nie żałowały im pieniędzy, – najlepszego, najpewniejszego i najdoskonalszego środka zdobywania wiadomości, po dziś dzień światu znanego. Należy dodać na ich pochwałę, że nigdy nie wglądali i niewdzierali się za mury prywatnego życia, a działali tylko kiedy interesa towarzyskie lub polityczne tego wymagały, Słowem byli tak zwanymi „reporterami politycznymi i wojennymi”.

Korrespondent francuzki nazywał się Alcyd Jolivet; Harry Blonnt, angielski. Spotykali się po raz pierwszy, na uroczystości w pałacu, z której mieli dać sprawozdanie do swoich dzienników. Niezgodność charakterów, połączona z zazdrością dziennikarską, nie mogła obudzić sympatyi wzajemnej. Jednak zamiast unikać, szukali się raczej, pragnąc przeczuć wiadomości dnia tego. Byli to dwaj myśliwi, polujący na jednem territoryum z jednaką ostrożnością. Co jednemu brakowało, z korzyścią mogło być wyciągnięte od drugiego, w wspólnym więc interesie potrzebowali się widzieć i porozumieć.

Tego więc wieczoru obydwaj czatowali. W istocie, coś było w powietrzu.

– Gdyby to nawet było tylko przelotem kaczek – mówił do siebie Alcyd Jolivet – warte jednego strzału.

Dwaj korrespondenci rozmawiali z sobą, właśnie w kilka chwil po wyjściu pułkownika K*, usiłując wymacać się wzajemnie.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 04.jpg

– Doprawdy, panie, uroczystość ta jest cudowną! – powiedział ujmująco Alcyd Jolivet, rozpoczynając rozmowę tem zdaniem prawdziwie francuzkiem.

– Wspaniałą! telegrafowałem to już – odparł zimno Harry Blonnt, używając tego wyrażenia wyłącznie poświęconego uwielbieniu przez obywatela Królestwa Zjednoczonego.

– Jednak – dodał Alcyd Jolivet – jednocześnie czułem się w obowiązku oznajmić mojej kuzynce…

– Pańskiej kuzynce? – powtórzył Harry Blonnt zadziwiony, przerywając swemu koledze.

– Tak – ciągnął dalej Alcyd Jolivet – mojej kuzynce Magdalenie. Z nią to korresponduję. Kuzynka moja lubi dobrze i spiesznie być powiadamianą! Sądziłem się więc w obowiązku donieść jej, że podczas uroczystości jakaś chmura zdawała się obciążać czoło jenerała.

– Mnie zaś wydał się promieniejącym – odrzekł Harry Blonnt, pragnący może ukryć swe przekonanie w tej mierze.

– I naturalnie kazałeś mu „promienieć” w szpaltach Daily Telegraph!

– Rozumie się.

– Są ludzie umiejący w najkrytyczniejszych chwilach zachować pozory spokoju.

– Czego wcale nie dokazał nasz gospodarz, kiedy pułkownik zawiadomił go, iż komunikacya przerwana między granicą a Irkutskiem.

– Ah! to pan wiesz o tem?

– Doskonale.

– Mnie, trudno byłoby wiedzieć, ponieważ ostatni mój telegram poszedł do Udinska – zauważył z pewnem zadowoleniem Alcyd Jolivet.

– Mój zaś do Krasnojarska tylko – powiedział Harry Blonnt.

– A zatem musisz pan wiedzieć także o rozkazach wysłanych do armii w Nikołajewsku?

– Tak panie, wiem o tem równocześnie z chwilą wysłania telegrafu do Kozaków Tobolskich, aby się koncentrowali.

– Najszczersza prawda panie Blonnt, zamysły te i mnie były znane, a wierz mi, że kuzynka moja wielu rzeczy jutro się dowie.

– Właśnie jak czytelnicy Daily Telepraph, panie Jolivet.

– Otóż to: kiedy się wszystko widzi!…

– I słyszy co się mówi!…

– Interesująca, warta śledzenia kampania, panie Blonnt.

– To też śledzić ją będę, panie Jolivet.

– W takim razie spotkamy się może na territoryum mniej bezpiecznem od salonowej posadzki!

– Mniej pewnem, tak, ale…

– Ale też i mniej śliskiem – odparł Jolivet, który podtrzymał swego kolegę w chwili, kiedy ten tracił równowagę odalając się.

Na tem, dwaj koledzy rozstali się, zadowoleni, że jeden drugiego w niczem nie wyprzedził. W istocie obaj zarówno grali.

W tej chwili drzwi prowadzące do wielkich salonów otwarły się. Tam stało kilka obszernych stołów z prześliczną zastawą, zlotem i porcelaną obciążonych. Na stole środkowym przeznaczonym dla wyboru towarzystwa, błyszczał niezmiernej wartości serwis, sprowadzony z fabryk londyńskich, w około zaś tego arcydzieła sztuki jubilerskiej, odzwierciadlały się, pod blaskiem przepychu, tysiące sztuk najcudniejszego serwisu jaki kiedykolwiek wykonały rękodzielnie w Sevres.

Zaproszeni skierowali swe kroki ku sali jadalnej.

W tej samej chwili pułkownik szybko podszedł do oficera strzelców.

– I cóż? – zapytał tenże żywo, tak samo jak pierwszą razą.

– Telegramy nie przechodzą już za Tomsk.

– Kuryera natychmiast!

Oficer opuścił salon, wyszedł do przyległego pokoju. Byłto gabinet pracy, bardzo skromnie starym dębem umeblowany, położony w rogu pałacu. Kilka obrazów, między inne mi kilka z podpisem Horacego Vernet’a, wisiało na ścianie.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 05.jpg

Oficer szybko otworzył okno, i odetchnął stanąwszy na obszernym balkonie, powietrzem orzeźwiającem pięknej nocy lipcowej.

'Michael Strogoff' by Jules Férat 05a.jpg

Oczom jego, oświetlone promieniami księżyca ukazały się mury ufortyfikowane, w pośrodku których wznosiły się dwie katedry, trzy pałace i arsenał. W około tego opasania wyraźnie rysowały się trzy miasta: Kitaj-Gorod, Biełoj-Gorod, Zemlianoj-Gorod, rozległe cyrkuły europejskie, tatarskie lub chińskie, nad niemi wznosiły się wieże, dzwony, minarety, kopuły trzechset kościołów, z zatkniętemi srebrnemi krzyżami. W małej rzece płynącej krętem korytem gdzieniegdzie odbijały się promienie księżyca. Całość tworzyła ciekawą mozajkę różnokolorowych budynków w obwodzie dziesięcio milowem.

Rzeka ta była to Moskowa, miasto Moskwa, mur ufortyfikowany Kremlin.