Złote sidła/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł Dziwna zdobycz
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.
Dziwna zdobycz.

Mężczyzna nazywał się Filip Brant.
Owego wieczora siedział w domu Piotra Breaulta we dwójkę przy stole. Piecyk z blachy żelaznej płonął, rozgrzany do czerwoności. Na dworze zapadła noc.
Piotr, który polował na lisy, zbudował swoją chatę na skraju długiego i cienkiego skrawka niskich świerków, który sterczał w Barrenie. Wiatr szumiał posępnie w pustynnej przestrzeni i przejmował Filipa dreszczem. Niedaleko, ku wschodowi, znajdowała się zatoka Hudsona. Otworzywszy drzwi chaty słyszało się głuchy, nieustanny grzmot podmorskich prądów, walczących z lodami o wolną drogę przez skały, aż do Oceanu Lodowatego. Chwilami huk ten zgłuszał inny, gwałtowniejszy i rozlegający się daleko. Był to huk gór lodowych pękających i rozłamujących się na dwoje, jak gdyby rozcinał je ogromny nóż.
W stronie zachodniej znajdował się natomiast posępny Barren, umarły i bez granic, nie posiadający nic, ani skały, ani zarośli. W ciągu dnia zakrywało go niskie i ciężkie niebo, niebo z szarego granitu, z pasmami purpuru, podobne do tego, które Gustaw Doré namalował w swoim „Inferno“, na sławnym obrazie, który Piotr Breault widział raz niegdyś. I wydawało się zawsze, że to niebo runie na dół w straszliwych lawinach. W ciągu nocy, gdy jęczał wiatr i skomlały białe lisy, było jeszcze posępniej.
— Zaprawdę, jako pragnę dla siebie Raju, przysięgam wam, panie, że widziałem go żywego... — powtarzał Piotr, oparty o stół.
Filip Brant, który należał do patrolu, wysłanego z twierdzy Churchilla, przez policję Królewskiego North-Westu, przestał się uśmiechać z powątpiewaniem. Wiedział, że Piotr Breault jest człowiekiem dzielnym, bez tego bowiem nie zdołałby usadowić się w tej chacie zupełnie sam, w sercu Barrenu, aby polować na białe lisy. Wiedział, również, że Piotr nie był zabobonny, jak większość ludzi jego zawodu. Bo krzyki i jęki, które w ciągu nocy są wiecznym zmaganiem się wiatrów, odpędziłyby go daleko od miejsca, w którym się znajdował.
— Przysięgam! — powtórzył Piotr.
Twarz Filipa ożywiła się, a krew, która ją oblała paliła jego policzki. Wyciągnął pięści na stół i zacisnął je nerwowo. Był to mężczyzna trzydziestopięcioletni. Podobnie jak Piotr był wysmukły i dobrze zbudowany. Ale oczy jego o barwie stali były równie jasne, jak Piotra były czarne. Był niegdyś czas, bardzo odległy, gdy nosił odzienie wszystkich cywilizowanych ludzi, w wielkim mieście, w którym żył. Obecnie odziany był w skórę renifera, z wystrzępionymi rękawami, ręce jego były pokryte guzami, a w twarzy jego wiatry i burze wyryły głębokie bruzdy.
— To niemożliwe, — odparł — Bram Johnson nie żyje.
— Żyje, mój panie!
Głos Piotra drgnął dziwnie.
— Gdybym powtarzał panu pogłoski, gdybym go sam nie widział, wtedy mógłby pan wątpić!
Oczy jego błyszczały ponurym ogniem. Podniósł głos i ciągnął dalej:
— Siedziałem tutaj, jak my teraz, gdy usłyszałem ujadanie sfory. Wtedy zbliżyłem się do drzwi i otworzywszy je stanąłem, pragnąc nadsłuchiwać wśród nocy i usiłując coś zobaczyć. Do licha! Nie byli daleko i zbliżali się szybko. Usłyszałem odgłos kopyt renifera na zmarzniętym lodzie. Przebiegł wkrótce, jak huragan, wlokąc za sobą wyjącą sforę wilków, nad którą dominował jeden głos, silny jak głos dziesięciu ludzi. Był to głos Brama Johnsona, polującego na mięso. Mon Dieu! tak oto było. On żyje. I to nie wszystko. Nie, nie, to nie wszystko.
Wykręcił palce, zacisnąwszy je jedne za drugie. Po raz trzeci lub czwarty od kwadransa Filip widział, jak próbował zdławić w sobie silne wzruszenie. Opuściło go niedowierzanie w stosunku do niego i począł wierzyć poważnie w słowa Piotra.
— A potem? — zapytał. — Widzieliście go jeszcze?
— Tak, — odparł Piotr. — I to zupełnie blisko. Nie chciałbym uczynić tego po raz drugi za wszystkie lisy, żyjące między Jeziorem Atabasca, a zatoką Hudsona. Działałem pod wpływem jakiegoś szału. Jakaś halucynacja wypchała mnie na dwór, w noc. Szedłem za diabelskim orszakiem. Maszerowałem w śniegu za śladami, pozostawionymi przez łapy wilków i narty człowieka. Tak, szedłem. Przybyłem do końca śladów i usłyszałem kłapanie szczęk, zwierzęcych, rozdzierających mięso, tak, tak, i dziki śmiech ludzki, zmieszany z tym hałasem. Na szczęście wiatr dął na mnie i ta sfora przeklętych dusz nie mogła zwąchać mojego zapachu i mojej obecności. Ale gdyby wiatr jął dąć w przeciwną stronę, coby się ze mną stało, tonnere de Dieu!
Dreszcz przejął ponownie Piotra Breaulta. Ściskał i rozluźniał palce, aż trzaskały w stawach.

— A jednak, panie, zostałem, zagrzebany do połowy pod nawałnicą śniegu. Po długiej chwili człowiek i wilki oddalili się. Zbliżyłem się do zabitej zwierzyny. Był to
Otaczały go wilki, oświetlone blaskiem ognia, niemal przytulone do niego
renifer, samiec wielki i ciężki i skonstatowałem, że zabrano całą tylną część kadłuba. Po jego śladach poszedłem dalej, ponieważ noc była tak ciemna, iż na dziesięć kroków nie widziałem nic przed sobą. Ślad ten zaprowadził mnie na skraj lasu. Tutaj Bram osobiście rozpalił ognisko. Mogłem się mu przypatrywać dowolnie i na Boga, poznałem go dobrze. Przed zbrodnią był dwa razy w mojej chacie. Rysy jego nie zmieniły się. Otaczały go wilki, oświetlone blaskiem ognia, niemal przytulone do niego. Widziałem, jak je głaskał, widziałem ich błyszczące kły i słyszałem szelest ich ciał, ocierających się o siebie. Przemawiał do nich, a mówiąc, śmiał się na całe gardło. Wtedy dopiero otrzeźwiałem nagle. Odwróciłem się i całym pędem jąłem biec w kierunku mojej chaty. Biegłem tak szybko, że nawet wilki nie zdołałyby mnie dopędzić... I to nie wszystko jeszcze!

Palce Piotra jęły się zaciskać rozkurczać i trzaskać, gdy wpatrywał się w Branta.
— Wierzy mi pan?
Filip potrząsnął głową.
— W zasadzie wydaje mi się to niemożliwe. A jednak nie mogłeś chyba śnić, Piotrze.
Piotr Breault odetchnął silnie, jako znak zadowolenia, i podniósł się do połowy na nogach.
— A uwierzy mi pan, gdy mu opowiem resztę?
— Tak.
Poszedł do pokoju, w którym spał i wrócił wkrótce z małym woreczkiem ze skóry renifera, gdzie chował zwyczajnie swoje krzesiwo, krzemień i inne drobne przybory, służące do rozniecania ognia w czasie polowania.
— Następnego dnia, — jął mówić dalej, usiadłszy naprzeciw Filipa, — wróciłem, panie, tam gdzie widziałem Brama. On i wilki odeszli.
Resztę nocy przespałem pod gałęziami świerków. Potem ruszyłem ponownie w drogę. Par les milles cornes du diable! możnaby rzec, że śnieg został zmieciony z jego drogi. Tak szerokie były ślady mokassimów, w które odziane były jego potworne nogi. Zmieszane były przy tym ze śladami łap wilczych. Szukałem wszędzie dokoła siebie, chcąc znaleźć jakiś przedmiot, którego mógł zapomnieć. I wkońcu znalazłem oto to.
Spojrzenie Piotra, jeszcze bardziej, niż ruch jego długich, delikatnych palców, roztwierających mały woreczek ze skóry renifera, podrażniło nerwową ciekawość Filipa. Czekał, nie wymówiwszy ani słowa.
— Oto panie co znalazłem — rzekł Piotr. — Są to sidła na króliki, które musiały wypaść na śnieg z jego kieszeni.
I podał je Filipowi.
Lampa oliwna, zawieszona u stropu chaty, oświetlała stół, stojący między nimi. Filip wpatrywał się przez chwilę w sidła, poczem wydał okrzyk zdumienia.
Piotr zerwał się. Początkowo można było nie ufać mu. Ale teraz tryumfował i postać jego promieniała radością. A Filip przestał niemal oddychać. Z uwagą, napiętą do ostatecznych granic, wpatrywał się w tajemniczy przedmiot, który w świetle lampy błyszczał w jego ręce. Nie było żadnej wątpliwości. Przedmiot ten był długi około na metr, z przedziwnym „kółkiem czippewajskim“ na jednym końcu, a z węzłem na drugim. Jak dotąd, nic ciekawego.
Ale sidła te były sporządzone z jasnych włosów kobiety!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.